SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

 

 

 

DROGA

 

Ta poruszająca historia to „opowieść o skazanej na tragiczny koniec wędrówce, podana zaskakująco pięknym językiem, w najbardziej ponurych momentach osiągającym lotność poezji - jakby cmentarne ballady Nicka Cave'a czy Toma Waitsa przepisać na oszczędną, chirurgiczną prozę. "Droga" to czarna jak węgiel elegia o tym kolorowym raju, w którym żyjemy, nie zdając sobie sprawy z naszego szczęścia. Niewiele znam książek tak silnie grających na emocjach.”
Jacek Dukaj

 

Nie wiadomo gdzie, po co i dlaczego. W zasadzie nie wiemy też kto. Jedno jest jednak oczywiste – trzeba za wszelką cenę przetrwać. Jak to zrobić? To też jest raczej niejasne, no może poza przekonaniem, że trzeba przebyć drogę, aby dojść do bliżej nieokreślonego celu.


Tych niewiadomych, mglistych, niejasnych, nieokreślonych elementów w powieści Cormaca McCarthy'ego jest znacznie więcej. Nie znamy w istocie biografii głównych bohaterów. Nie wiemy kim są, ani skąd się wzięli. Wiemy jedynie, że są w drodze. Nie mamy żadnych szczegółowych informacji dotyczących tego, co się stało wokół nich i z nimi, dlaczego muszą gdzieś iść. Wiemy natomiast bardzo dobrze, że przetrwali jakąś katastrofę, coś totalnego i destruktywnego. Muszą się ukrywać, szukać jedzenia, bronić i nieustannie czuwać by nie zostali zabici i zjedzeni.

 

Ojciec i jego paroletni syn przez parę lat idą na spotkanie czegoś lub raczej kogoś „dobrego” i wierzą, że ostatecznie dojdzie to do skutku. To wędrowanie jest niesamowite samo w sobie, ponieważ toczy się w zupełnie odrealnionej, nieludzkiej rzeczywistości pełnej okrucieństwa.

 

W zasadzie nie wiemy skąd tych dwoje ludzi czerpie nadzieję i siłę do przemieszczania się, ponieważ nie ma żadnych przesłanek do tego, by wierzyć, iż cokolwiek „dobrego” może im się przydarzyć. Ich sytuacja jest po prostu beznadziejna.

 

Niezwykle dramatyczne doświadczenie „konieczności” przetrwania za wszelką cenę, które jest wpisane w postać ojca, nie jest już tak bezwarunkowe w przypadku jego syna. Są jednak obydwaj „zakładnikami” siebie nawzajem. Ojciec absolutnie chce uratować życie dziecka, które samo nie jest w stanie przetrwać w świecie po katastrofie i jest od niego zupełnie zależne. Ciekawe, że nie robi tego w powieści matka, która już u samego początku poddaje się i nawet nie próbuje walczyć o cokolwiek czy kogokolwiek  - po prostu wychodzi.

 

Spotykają na swojej drodze praktycznie samo zło, co nie zmienia faktu, że ostatecznie doświadczają tego, czego oczekiwali – wybawienia z opresji.

 

Mamy w tej powieści do czynienia z metaforycznym mówieniem o ludzkim losie w taki sposób, w jaki robili to anonimowi twórcy średniowiecznych apokryfów: wędrówka człowieka przez świat musi mieć sens, który jesteśmy zobowiązani jej nadać. W przeciwnym wypadku lepiej, żeby nas zjedli inni.