SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

 

„W Imperium strachu Benjamina Barbera – jednego z moich rozmówców – (pisze Artur Domosławski we wstępie do „Ameryki zbuntowanej”) jest znakomity fragment, w którym autor poszukuje w przeszłości kraju odpowiedzi na pytanie o dziś: Co się dzieje z Ameryką?

Jeden z tropów znajduje w twórczości dziewiętnastowiecznego pisarza Hermana Melville'a:

w oczach Amerykanów zło jest zawsze obce, cnota zaś amerykańska. Warunkiem zabezpieczenia wolności, jaką cieszy się jego kraj, jest dla Amerykanina nie wewnętrzne oczyszczenie, ale odparcie zewnętrznych wrogów”.

 

Dlatego zapewne prowadzimy w tym kraju dwie kompletnie absurdalne, głęboko bezsensowne wojny, które pochłaniają wręcz niebywałe sumy pieniędzy z naszych podatków, napędzając ogromne pieniądze wszystkim tym, którzy są częścią wręcz niebywale pieszczonego przez rząd USA przemysłu zbrojeniowego.

Jest czymś zupełnie niewiarygodnym, że nikt nie mówi obecnie o cięciach wydatków w przemyśle wojennym, armii i wszystkim tym, co służy jedynie zabijaniu i marnotrawstwu pieniędzy podatnika. Bez problemu natomiast podnosi się podatki klasie średniej, bo to przecież najłatwiejszy sposób bogacenia się bogatych. Ciekawe jest to, że przeciętny Amerykanin da się nieomalże pociąć dla utrzymania prawa posiadania broni, natomiast dużo mniej jest w stanie znieść choćby dla poprawienia funkcjonowanie systemu opieki zdrowotnej w tym kraju, który nie obejmuje ogromnej części tego bogatego i kochającego broń społeczeństwa.

Cała moc propagandy narodowej USA jest skierowana na usensownienie zabijania, przemocy, agresji i wojny, czyli w istocie swej na utrzymaniu przy władzy tych, którzy ją sprawują. Jest czymś niebywale przerażającym, że fakt ten w żaden sposób nie niepokoi obywateli, którzy zgadzają się, a nawet popierają zabijanie młodych ludzi służących w armii w imię tak zwanego „patriotyzmu”, który w istocie swej nie jest niczym innym, aniżeli funkcją machiny propagandowej ludzi władzy, którzy dzięki takim zabiegom są w stanie utrzymać się przy władzy dużo dłużej niż powinni ją sprawować.

Cały koncept „zagrożenia terrorystycznego” służy przecież w genialny sposób zintensyfikowaniu wydatków z kieszeni podatnika na zbrojenia, służby wywiadowcze, ochroniarskie i jakiekolwiek inne, których zresztą jest już tak wiele, że nikt nie jest już w stanie ich nie tylko kontrolować, ale i koordynować - są cudownie kosztowną maszyną, która działa sama dla siebie, bo przecież nie dla zwykłego obywatela, którego szansa, że zginie w samolotowym ataku terrorystycznym jest jak jeden do 250 milionów.

Kochamy jednak broń, armię, zbrojenia i wojnę, bo taka jest natura człowieka i pisze o tym genialnie Cormac McCarthy we wszystkich swoich powieściach. Mroczna strona naszej świadomości to sfera wiecznej przemocy i nieprzemijającej agresji, z której bierze się to wszystko, co szumnie i górnolotnie nazywamy „walką za ojczyznę”, a co powinno być usprawiedliwieniem każdego okrucieństwa i bezsensownej śmierci mnóstwa ludzi.

Już przecież Heraklit pisał, że „wojna jest ojcem wszystkich rzeczy. Istotą życia jest spór, nieustanna walka przeciwieństw. Wojna toczy się zarówno w całej przyrodzie, jak i w świecie ludzkim” - a  biorąc pod uwagę, że kod genetyczny nie wiele nas od zwierząt różni, można śmiało przyjąć, że niewiele się też w tej całej sprawie szybko zmieni, jeśli cokolwiek w ogóle.

Jedno jakkolwiek zasadniczo nas od zwierząt różni i to nie po raz pierwszy na nasza niekorzyść: zabijamy nie dlatego, żeby zaspokoić głód, ale po to żeby utrzymać przy władzy elity rządzące.

 

Nie mamy też nic przeciw temu, by te elity rządzące w imię jakieś wyssanej z palca koncepcji inwigilowały nas w majestacie prawa i to w kompletnie biały dzień za naszym zresztą pełnym przyzwoleniem w sposób i w wymiarze niespotykanym nigdy w świecie do tej pory.

Każda rozmowa może być podsłuchana, każdy nasz ruch satelitarnie monitorowany, każdy zakup odnotowany, każde wykroczenie drogowe sfilmowane, każe kliknięcie w klawiaturę komputera zanotowane i zapisane, nasze ciała mogą być prześwietlane, obmacywane i monitorowane – a wszystko to w imię i „dla naszego bezpieczeństwa”, by czasem nie przyszło nam do głowy zrobić czegoś, co mogłoby wykroczyć poza tę kontrolę.

Co bardziej przerażające, rasowy Amerykanin wierzy szczerze i bez cienia wątpienia, że rząd i urzędnicy wybrani przez niego w wolnych wyborach są po to, żeby mu służyć i działać na jego korzyść. To, że polityką w USA radzą pieniądze wielkich korporacji, to że politycy działają przede wszystkim na swoja korzyść, a ich korupcja jest wśród nich czymś oczywistym i powszechnym, to że jedynym ich celem jest utrzymani się przy władzy za wszelką cenę - jest dla przeciętnego obywatela propagandą anty amerykańska – ale to już temat na kolejną książkę pod tytułem „Ameryka spasiona, zadowolona i pogodzona”.