SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

     

 

„Marzyłam o Afryce”

 

 

Ryszard Kapuściński duży fragment swego życia poświęcił opisywaniu Afryki w jej skomplikowanej i często niezwykle tragicznej współczesności. Szczegółowe analizy i reportaże, fascynujący literacko i symbolicznie „Cesarz”, wywiady, artykuły i listy – wszystko to w ostatecznym rozrachunku zdało się na nic. Powszechna bowiem świadomość i znajomość procesów i wydarzeń dokonujących się w Afryce jest poza nią praktycznie żadna.

 

Ciekawe, że dokonania takich ludzi jak Kazimierz Nowak, Ryszard Kapuściński, jego przyjaciel z czasów wojny w Angoli Michael Kaufman, czy Jardy Boucka (wszyscy oni, poza oczywiście Nowakiem, są wymienieni przez Artura Domosławskiego w jego znakomitej książce „Kapuściński – non fiction”) w żaden sposób nie mogą pokonać stereotypu Afryki, który odziedziczyliśmy między innymi po Karen Blixen, a który zasadza się na kolonialnym wyobrażeniu tego kontynentu: cudowne krajobrazy, palowania, wspaniała przyroda, biedni i głupi, jakkolwiek czasem nawet wierni i poczciwi tubylcy, zdatni głównie do noszenia ekwipunku koniecznego do safari dla białych europejczyków.

Dziwne to wszystko o tyle, że już dawno Doris Lessing pisała w swoich „Opowieściach afrykańskich”, że kolonie to zbiorowisko nieudaczników, palantów, zboczeńców i zakompleksionych rasistów, którym nie udało się w metropoliach. Nic też nie wskórał swoimi  świetnymi powieściami John Maxwell Coetzee. Jego wstrząsająca „Hańba” raczej opinią świata na temat Afryki nie wstrząsnęła. Podobnie zresztą jak choćby szalenie popularny, także sfilmowany, thriller „Wierny ogrodnik” Johna le Carre o nielegalnych, żeby nie powiedzieć zbrodniczych działaniach firm farmaceutycznych w krajach afrykańskich, czy wiele książek o współczesnych tragediach kobiet tego kontynentu, żeby wspomnieć tylko te najgłośniejsze, takie jak „Kwiat pustyni” Waris Dirie, „Okaleczoną” napisaną przez Senegalkę Khady, czy „Żyję dzięki wam” Nigeryjki Safijyi H.T. Tudu, która cudem uniknęła ukamienowania.

 

My jednak kochamy kolonialne wyobrażenie Afryki, wielkie polowania, wspaniałe krajobrazy, ratowanie dzikiej zwierzyny od zagłady, parki narodowe, niezapomniane romanse – jednym słowem mit przedkładamy nad rzeczywistość. Nic przecież w tym niezwykłego, że wolimy czytać i oglądać to, co estetyczne aniżeli to, co pokazuje korupcję, mordowanie, śmierć i niewyobrażalne zbrodnie przeciw ludzkości. Kogo w istocie obchodzi wymordowanie setek tysięcy Tutsi w Rwandzie, apokaliptyczna epidemia AIDS, czy też „banalny i telewizyjnie przetrawiony” fakt, że co parę sekund umiera na świecie, głównie w Afryce, dziecko z głodu.

 

Kuki Gallmann napisała wspomnienia, które genialnie wpisują się w tę chyba podświadomą, nieomalże archaiczną, a już na pewno archetypiczną potrzebę traktowania Afryki, jako kontynentu do spełniania swoich marzeń, pragnień i wyzwań - bez względu na rzeczywisty obraz społecznej i ekonomicznej katastrofy, spowodowanej kolonialno-kapitalistyczną chęcią bezwzględnego zysku za wszelką cenę, o czym zresztą dosyć dobitnie pisał swego czasu Kapuściński.

 

Kuki Gallman, Włoszka z bogatego domu z tradycjami, zawsze marzyła o Afryce i nawet tak tytułuje swoje wspomnienia „Marzyłam o Afryce”. Ostatecznie, po szeregu komplikacji towarzysko rodzinnych ląduje w Kenii i od tego momentu jest po prostu szczęśliwa, mimo wielu przytłaczających, osobistych nieszczęść, które ją w tym kraju dotknęły. Ginie jej mąż, potem zaraz ukochany syn, ona jednak decyduje się zostać w Kenii i poświęcić swoje życie ratowaniu  ginącej, afrykańskiej przyrody. Wszystko się cudownie układa i jej plany owocują powstaniem ogromnej i bogatej fundacji, która między innymi ratuje od wyginięcia unikalne, czarne nosorożce. Kuki Gallmann dopięła celu, jej marzenia stały się rzeczywistością.

 

Zadziwiająco, mimo że cała rzecz ma miejsce w Kenii, niczego konkretnego o tym kraju z książki Gallman się nie dowiadujemy. Nie mamy pojęcia, kto nim rządzi (tylko raz pada nazwisko prezydenta tego Kenii, gdy nagradza pracownika jej rancza), jakie drążą go problemy (mgliście i pośrednio widzimy problem kłusowników, handel kością słoniową, biedę i brak wykształcenia), jakie są społeczne, historyczne i gospodarcze uwarunkowania i teraźniejszość Kenii.

Spotykamy jedynie bogatych białych, którzy się cudownie ze sobą rozumieją i tworzą nieomalże bajkową społeczność wrażliwych i pomocnych sobie ludzi oddanych bez reszty temu krajowi i sobie nawzajem. Tubylcy we wspomnieniach istnieją o tyle, o ile wpisują się w wydarzenia rodzinne autorki.

Cudowny, magiczny świat niczym historia z „Pożegnania z Afryką”, aczkolwiek czasowo trochę uwspółcześniona no i oczywiście sfilmowana, więc niezwykle popularna – możemy czuć się po raz kolejny rozgrzeszeni z jakiejkolwiek odpowiedzialności za bezwzględną i tragiczną w skutkach,  kapitalistyczną eksploatację Afryki, bo przecież Kuki Gallmann dokonała tam rzeczy wspaniałych.