SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Realizm histeryczny Adam Krzemiński 7/3/2004 12:00:00 AM Zródło: Polityka.pl - nr 27
Realizm histeryczny

Wielcy pisarze amerykańscy chadzają czwórkami. Faulkner, Hemingway, Caldwell i Steinbeck w latach pięćdziesiątych. Pynchon, Updike, DeLillo, Gaddis w siedemdziesiątych. A teraz – jak twierdzi krytyka – postpostmoderniści: Jonathan Franzen, Jeffrey Eugenides, David Foster Wallace, Richard Powers.

Niedawno otrzymaliśmy jedną ze sztandarowych powieści nowego amerykańskiego nurtu: uhonorowany nagrodą Pulitzera „Middlesex” Jeffreya Eugenidesa (polskie wydanie P.H.U. Sonia Draga Sp. z o.o.). I jest co czytać. Middlesex to ulica w dzielnicy Detroit, w której pół wieku temu mieszkali ci, którym się udało. Choćby Stephanidesowie – drugie pokolenie greckich imigrantów. I o tym jest ta powieść, o drodze greckiej pary z wioski w Azji Mniejszej do amerykańskiej tożsamości w wielkim przemysłowym mieście. Ale nie tylko o tym. To również powieść o seksie, a raczej płci wypośrodkowanej, o skazie genetycznej narratora-hermafrodyty.

Sagę grecko-amerykańskiego klanu opowiada obojniak, który narodził się dwa razy; w 1960 r. jako dziewczynka, tak też była wychowywana i kochana w dzieciństwie, oraz w 1974 r. jako mężczyzna, gdy okazało się, że – mimo genitalnych niedostatków – hormony męskie uzyskały przewagę. Jednak tak naprawdę pogodzi się ze swym ciałem dopiero po czterdziestce licząc, że spotka kobietę taktowną i wyrozumiałą, która da sobie radę z jego mankamentami.

Ta powieść jest świadomie pęknięta na dwie części jak tożsamość hermafrodyty. W warstwie pierwszej to tradycyjna saga trzech pokoleń klanu Stephanidesów: ucieczka rodzeństwa przed tureckim pogromem Smyrny w 1922 r., ich kazirodczy ślub na statku do Ameryki, potem kolejne przeobrażenia tożsamości, wejście do wielkiego miasta, praca przy taśmie zakładów Forda, a w tle Wielki Kryzys, druga wojna światowa, rozruchy na tle rasowym w 1967 r., Wietnam, afera Watergate i gdzieś w oddali turecka inwazja na Cypr w 1974 r.

Warstwa druga to podróż po uczuciowym świecie hermafrodyty. Obojniactwo jest przygodą felernego chromosomu, który się tłucze przez pokolenia, ale także istotą kondycji ludzkiej, mówi Eugenides. Greccy chłopi stają się emigrantami, potem żyją w wielkim mieście jako legal aliens. Ich dzieci niby stają się wzorowymi Amerykanami. Ale ich wnukowie odkrywają w sobie głębokie rozdarcie: nie tylko etniczne, w gruncie rzeczy samej istoty swego jestestwa, swej płci. Słowem: każda burza dziejowa potrzebuje ciała, w które mogłaby się wpisać. A historyczne dramaty XX w. są tylko tłem tego dramatu tożsamości.

„Middlesex” to powieściowy genom, wyjaśnia Eugenides. Pierwsza część sięga największych tradycji literackich od Homera, poprzez Tołstoja, po Pynchona. Natomiast część druga to nowoczesna powieść psychologiczna, będąca prowokacją dla każdej ortodoksyjnej feministki i stereotypowych gender studies.

Krytyka przyjęła powieść z entuzjazmem jako spełnienie oczekiwań, że pojawi się generacja, która zmieni kod stworzony przez eksperymentatorów lat siedemdziesiątych Pynchona i DeLillo, i stanie się kolejnym przejawem realizmu histerycznego, który zaprzecza tezom wykładowców szkół pisarzy (Creative Writing), że tradycyjna powieść umarła, a możliwy jest tylko postmodernizm i dekonstruktywizm. Natychmiast też połączono Eugenidesa z Jonathanem Franzenem, którego inna saga rodzinna, rodem ze środkowego Zachodu, „Korekty” („Corrections” – nie ma polskiego wydania) podobała się krytykom i czytelnikom.

Z prowincji

Eugenides i Franzen reprezentują pokolenie czterdziestolatków w literaturze amerykańskiej. Obaj są arywistami z prowincji, ze środkowego Zachodu. Eugenides z Detroit, Franzen z St. Louis. Obaj byli wychowani w duchu liberalnych lat 70. i obaj są świadomie konserwatywni w technice pisarskiej. Stanowią dziś główny team amerykańskiej nowej fali, niczym u nas Kornhauser i Zagajewski trzydzieści lat temu.

Eugenides (rocznik 1960) od dzieciństwa chciał być pisarzem i – jak zwykle w Ameryce – ukończył uniwersytecką szkołę pisarzy. Nie twierdzi, że to ona nauczyła go pisać, ale na pewno konstrukcji powieści i doboru właściwego języka. Poza tym ukończył studia literaturoznawcze. Twierdzi, że największe wrażenie zrobili na nim starożytni – Homer, wielcy Rosjanie – Nabokow i Tołstoj, oraz wielcy żydowscy Amerykanie – Bellow, Roth i Salinger.

Franzen kończył germanistykę – niemiecki wątek przeplata się u obu, i w biografiach, i w ich poetyce. Powieść Franzena „Korekty” krytyka z miejsca nazwała amerykańskimi „Buddenbrookami”. Są to dzieje upadku arywistów ze środkowego Zachodu, rodziny Lambertów ze St. Jude. Ojciec emeryt żyje w postępującej demencji i traci dorobek swego życia, w którym nie znał niczego poza pracą. Matka rozpaczliwie porządkująca kipiący chaos rzeczy, stara się po raz ostatni zebrać całą rodzinę na święta. Trójka dzieci to rozbitkowie. Każde jakoś chciało skorygować biografię ojca, żyć mile i przyjemnie. Ale korekta nie jest możliwa. Powieść jest dowcipnym portretem psychologicznym upadku tej warstwy, która była w Stanach solą ziemi, warstwy średniej z zamożnych dzielnic, której wiara w sukces i etyka pogoni za szczęściem niebezpiecznie się skołtuniła.

Franzen i Eugenides opowiadają, ni mniej, ni więcej, tylko – jak kiedyś Theodore Dreiser – tragedię amerykańską. Obaj też są skrajnymi realistami obdarzonymi znakomitym słuchem językowym i okiem, co wykorzystują w opisie szczegółu, są archiwistami obrazów i zapachów, jak na przykład zapachu wosku, którym Greczynki depilują sobie łydki, przedramiona i twarze. Są także pomysłowymi konstruktorami najbardziej powikłanych perypetii i – co najważniejsze – wszechwiedzącymi komentatorami akcji. I wreszcie: obaj dorastali wstecz, jak mówi Eugenides, który najpierw poznał Joyce’a, a dopiero potem Tołstoja, najpierw eksperymenty, a dopiero potem konwencje: „Dekonstruowaliśmy historię, zanim nauczyliśmy się ją opowiedzieć”. Równocześnie obaj dobrze wiedzą, jak roztrzaskane fragmenty posklejać w całość.

Zabawili się na śmierć

Trzecim z wielkiej czwórki jest David Foster Wallace. On również urodził się na środkowym Zachodzie, w Urbana w stanie Illinois. Jego wydana w 1996 r. powieść „Bezgraniczna przyjemność” („Infinite yet” – nieprzetłumaczona) to liczący 1100 stron gigant, jadowita krytyka rozrywki totalnej, jak gdyby Amerykanie – zgodnie z diagnozą Neila Postmana z 1984 r. – już rzeczywiście zabawili się na śmierć.

„Przyjemność” rozgrywa się w 2008 r. Trzej bracia, maniak seksualny, tenisowy geniusz i karzełek, starają się uporać z samobójstwem ojca, który z frustracji totalnej włożył głowę do mikrofalówki. Powieść jest układanką niezliczonych epizodów, ale większość akcji koncentruje się w Enfield, na fikcyjnym przedmieściu Bostonu. Na szczycie jednego ze wzgórz mieści się szkoła tenisowa, a u stóp odwykówka dla alkoholików i narkomanów. Poza ten mikrokosmos sięga w powieści cała paleta Amerykanów, którzy idiocieją po otrzymaniu jakiejś podejrzanej poczty. Nie bardzo wiadomo, dlaczego: czy to nowy test wojny psychologicznej, zagraniczny spisek zmierzający do ogłupienia Amerykanów przez rozrywkę, czy jakiś straszny przypadek? W każdym razie Hal, ten tenisowy wunderkind, chce się uratować od ogłupienia i woła słowami innego Hala – tego sympatycznego komputera z „Odysei kosmicznej 2001” Kubricka: „Nie jestem maszyną. Czuję i wierzę. Mam swoje poglądy. Niektóre może są bez znaczenia. Ale gdyby mi pozwolono, to gadałbym bez ustanku...”.

Młodym ludziom z górnej warstwy średniej materialnie wiedzie się w USA znakomicie, a równocześnie panuje wśród nich poczucie wielkiej pustki – pisze Wallace – z jednej strony niesłychany standard życia, z drugiej frustracja, impotencja i lęk przed deklasacją, za szczytem sukcesu kryje się przepaść.

Amerykańskie społeczeństwo – twierdzi William H. Gass, jeden z bardziej wpływowych krytyków – znajduje się dziś na podobnym zakręcie jak w czasach wielkiego kryzysu w latach 20. Podobnie sądzi Wallace. Gdy był młody, wierzył jeszcze, że niezbędne korekty polityczne i społeczne nastąpią w USA w wyniku jakiejś katastrofy czy nieszczęścia.

Matrix na co dzień

Czwartym do brydża jest Richard Powers, w którego (ósmej już) powieści „Ucieczka w cień” („Plowing the Dark” – nieprzetłumaczona) nakładają się na siebie dwa równoległe wątki. Z jednej strony fantazje Taimura Martina, amerykańskiego nauczyciela przykutego przez arabskich porywaczy do kaloryfera w pustym, białym pomieszczeniu i skazanego na to, co zachował w pamięci. Z drugiej strony fantazje Adie Klarpol, młodej graficzki, która na zlecenie jednego z koncernów konstruuje światy wirtualne. Też przebywa w pustym, białym pomieszczeniu, które wypełniają animacje motywów z Henri Rousseau, van Gogha aż po trójwymiarową symulację Hagia Sophia. „Te dwie historie rozwijają się w przeciwległych kierunkach – wyjaśnia Powers. – Jedna to próba ucieczki od świata przesyconego nadmiarem wrażeń. A druga to strategia przetrwania poprzez wygrzebywanie z pamięci i tworzenie z wyobraźni całkiem funkcjonalnych światów”.

Obie postaci nie mogą uciec od swych tęsknot. Jedna jest skazana na całkowitą bierność, a druga jedynie markuje aktywność technicznymi gadżetami. Wszystko jest poza nimi: historia, zmieniające się konstelacje polityczne, rozwój techniczny i gospodarczy. Taimur zostaje zwolniony równie nagle, jak był porwany, a Adie pod koniec wie tylko tyle, ile przyszłości już przeżyła. Matrix na co dzień.

Powers dorastał w Illinois, najpierw w Evanston, a potem na zamożnym przedmieściu Chicago. Jego ojciec pochodził z rodziny robotniczej, ale dopracował się stanowiska dyrektora szkoły średniej. Richard studiował fizykę, potem literaturę. By nie mleć słów, najpierw pracował jako programista. Pewnego dnia zobaczył w muzeum fotografię Augusta Sandera, trzech chłopów z Westerwaldu w drodze do pracy, rzucił pracę i w ciągu dwóch lat napisał swą pierwszą powieść „Trzech chłopców w drodze na tańce” („Three Farmers on Their Way to a Dance” – niewydana w Polsce). Potem wyjechał do Holandii, gdzie napisał kolejne powieści.

W 1998 r. ukazał się jego „Zysk” (Gain) o kobiecie chorej na raka. Równolegle do jej historii Powers opowiada dzieje firmy od początków XVIII w. do dzisiejszego światowego koncernu, którego nawozy sztuczne najprawdopodobniej spowodowały chorobę. Powers nie obwinia, a jedynie opisuje, jak Eugenides, Franzen, Wallace. Wszystko, co jest związane z funkcjonowaniem przedsiębiorstwa, społeczeństwa, rodziny – odbija się na życiu codziennym i niemal genetycznym zapisie poszczególnych osób.

Ten brak autentyczności współczesnego życia wymaga nowej poetyki, jeśli ma być opisany. I ta nowa poetyka jest w istocie konserwatywna. „Staramy się połączyć nowoczesność, postnowoczesność i stary dobry realizm, jest to Tołstoj w manierze Pynchona” – twierdzi Powers. Jego najnowsza powieść „Brzmienie naszych czasów” („The time of our singing”) z 2003 r. (700 stron!) została nazwana amerykańskim „Doktorem Faustusem”. Jest to historia miłości niemieckiego Żyda, naukowca, który uciekł w 1939 r. z Niemiec, i czarnoskórej pielęgniarki, pieśniarki gospel. A więc znów Ameryka jako tygiel narodów i kraj mezaliansu.

Rekiny w akwarium

„Korekty” Franzena ukazały się w 2001 r., „Middlesex” rok później. Obie powieści krytyka odnosiła do 11 września 2001 r. Jednak dramat współczesnej Ameryki opisali nie tyle chłopcy ze środkowego Zachodu, ile raczej przedstawiciel starej gwardii Don DeLillo, który – jak twierdziła „Neue Zürcher Zeitung” – powinien był dostać literacką Nagrodę Nobla w 2001 r., ponieważ w jego powieściach zaprogramowane jest to, co się stało 11 września.

W swej najnowszej powieści „Cosmopolis” (2003) DeLillo opisuje stan duszy nowojorczyka na krawędzi epok. Nie przedstawia samego ataku, ale upadek. Bohaterem jest bajecznie bogaty makler giełdowy. Eric Parker mieszka w gigantycznym mieszkaniu w jednym z wieżowców na Manhattanie: czterdzieści osiem pokoi, rekiny w akwarium. Na ścianach dzieła sztuki, których nikt nie rozumie, co właścicielowi daje przewagę nad każdym.

Rankiem postanawia udać się do fryzjera. Ale tego dnia cały Manhattan jest zablokowany, bo w mieście jest prezydent USA, demonstracja antyglobalistów i pogrzeb Sufi-Rappera, do którego wyznawców należy również Packer. Limuzyna Packera (oczywiście opancerzona, z wyłożoną marmurem podłogą, z toaletą i zestawem ekranów telewizyjnych) posuwa się w żółwim tempie, obstawa oczywiście biegnie obok samochodu, przestrzegając szefa, że jest przygotowywany zamach na niego. Packer zwołuje podwładnych i z limuzyny wykonuje skomplikowane operacje, które go rujnują i powodują kryzys międzynarodowy. Równocześnie żółwie tempo samochodu pozwala mu na erotyczny skok w bok, a także na spotkania z żoną, i – po raz pierwszy – dostrzeżenie jej koloru oczu.

W jednym z kluczowych dialogów powieści jest mowa o tym, że maszyneria gospodarki rynkowej całkowicie niszczy przeszłość, a teraźniejszość „jest wysysana ze świata, by stworzyć miejsce dla przyszłości przez nikogo niekontrolowanych rynków”. Ilustracją jest obraz samego Packera na jednym z jego monitorów wyprzedzający gesty, które makler ma dopiero zamiar wykonać.

Kto następny? Krytycy już wskazują na Arthura Phillipsa, Johna Griesemera, Williama T. Vollmanna. Ta nowa generacja wydaje się bardzo poważna. Tak w każdym razie twierdzi trzydziestolatek Jedediah Purdy, który już w 1999 r. wystąpił z filipiką przeciwko nadmiernej ironii w literaturze amerykańskiej, podobno kryje się za nią „lęk przed zdradą, rozczarowaniem i upokorzeniem”.

Mroczne perspektywy roztaczają wnukowie amerykańskich Buddenbrooków, ale ich czas jeszcze nie nadszedł. Na razie dominują ojcowie ze swym histerycznym realizmem. A może to jedynie twór wyobraźni pisarzy i krytyków?

Adam Krzemiński