SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Piekło Matki Teresy Tomasz P. Terlikowski 4/12/2008 12:00:00 AM Zródło: Rzeczpospolita.pl
Uśmiechnięta staruszka w białym sari – taką Matkę Teresę z Kalkuty zapamiętał niemal każdy. A jednak jej życie było niemal nieustannym pasmem udręk i ciemności.

Teresa z Kalkuty stała się ikoną popkultury. Jej charakterystyczna, lekko pochylona postać jest symbolem zaangażowania charytatywnego i pracy dla najuboższych. Jej dzieło i osoba przyciąga wszystkich: wierzących i niewierzących, zafascynowanych i tych, którzy chcieliby znaleźć na jej życiorysie skazę, by móc ją choć trochę odbrązowić. I tak jest już od wielu dziesięcioleci. Tysiące artykułów i książek sprawiają wrażenie, że jest to jedna z najlepiej znanych osób na świecie. Ale to tylko iluzja, bowiem życie Matki Teresy kryło mroczny sekret. Opowiada o nim wstrząsający zbiór prywatnych pism "Świętej z Kalkuty" opublikowany właśnie przez wydawnictwo Znak.

Ową tajemnicą, o której nie wiedział nikt poza kilkoma duchownymi, jest całkowita nieobecność odczuwanej obecności Boga w życiu Matki Teresy. Stan ten trwał od momentu powołania przez nią Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości. "Ciemność jest taka ciemna - opisywała swój stan kierownikowi duchowemu - a ja jestem sama.
- Niechciana, opuszczona. Samotność serca, które pragnie miłości, jest nie do zniesienia. Gdzie jest moja wiara? Nawet tam, głęboko, w samym wnętrzu, nie ma nic prócz pustki i ciemności".


Kilka lat później straciła nawet zdolność do mówienia innym o swoim stanie: "samotność jest tak ogromna. Wewnątrz ani na zewnątrz nie mam nikogo, do kogo mogę się zwrócić. On zabrał mi pomoc nie tylko duchową, ale nawet ludzką. Nie potrafię z nikim porozmawiać, a nawet jeśli to zrobię, nic nie wchodzi do mojej duszy (...) Jeśli piekło istnieje - to musi to być to".

Znawcy mistyki rozpoznają oczywiście w tych opisach stan "ciemnej nocy miłości", którą św. Jan od Krzyża uznawał za niezbędny element życia każdego mistyka. Tyle tylko, że to, co według niego samego jest elementem przejściowym, trwającym jakiś czas i przemieniającym się w poczucie trwania w obecności Boga, u Matki Teresy trwało kilkadziesiąt lat, z jedną niespełna miesięczną przerwą. Nauczała ona siostry, umacniała je w wierze, promieniowała świętością wręcz dostrzegalną, a sama odczuwała w głębi duszy "całkowity chłód", absolutne odrzucenie przez Boga, samotność pieki.

Ten dramatyczny stan poprzedziła niebywała bliskość z Bogiem. I to trwająca w zasadzie od najwcześniejszych lat życia. "Od dzieciństwa Serce Jezusa było moją pierwszą miłością" – wspominała wiele lat później. Lata spędzone w zgromadzeniu loretańskim były także niewątpliwie okresem spokojnego i pracowitego pogłębiania swojego życia wewnętrznego. Praca w szkole, niedzielne odwiedziny w slumsach i modlitwa harmonijnie układały się w jej życiu w całość, która miała jeden cel: służbę Chrystusowi.

W pewnym momencie jednak matka Teresa (tak określano w jej zakonie wszystkie siostry po ślubach wieczystych) zdecydowała się na dodatkowy ślub, "aby pod karą grzechu śmiertelnego niczego Chrystusowi nie odmawiać". O decyzji tej nie wiedział przez lata nikt poza jej kierownikiem duchowym. Ale to właśnie on, jak zawsze zaznaczała, "skrywał wszystko, co w niej było", co w życiu zrobiła i czym się kierowała. Wierność temu przyrzeczeniu sprawiła, że gdy w drodze na rekolekcje do Dardżiling 10 września 1946 roku usłyszała Głos (jak go określała), by porzucić wszystko i zająć się ubogimi, nie wahała się ani chwili. I od razu zabrała się do realizacji nowego "powołania w powołaniu".

Objawienie nowego powołania nie było jednak jedynym mistycznym wydarzeniem w jej życiu. Tego samego dnia rozpoczęła się seria "słów wewnętrznych", poprzez które zakonnica poznawała wolę Chrystusa odnośnie do nowego zgromadzenia. Podczas tych „intymnych rozmów" Jezus miał się do niej zwracać słowami "Moja własna Maleńka", a ona mówiła do Niego "Mój własny Jezu". "Są klasztory z mnóstwem zakonnic, które opiekują się ludźmi bogatymi, ale dla moich bardzo biednych nie ma zupełnie nikogo. Za nimi tęsknię, ich kocham... Czy mi odmówisz?" - pytał ją podczas tych rozmów Jezus.

Odpowiedź na to wezwanie wcale nie była łatwa. Najpierw musiała przekonać spowiednika i biskupa o prawdziwości swoich objawień, później przezwyciężyć niechęć części sióstr. A gdy już przeszła tę próbę i powstał pierwszy klasztor jej zgromadzenia, dopadło ją najstraszliwsze duchowe doświadczenie, czyli duchowa samotność i całkowite opuszczenie. Niespełna cztery lata po założeniu nowego zgromadzenia, gdy nabrało już ono sił i zaczęło się błyskawicznie rozwijać, Matka Teresa napisała do arcybiskupa, który był jej powiernikiem i przełożonym nowego zgromadzenia: "proszę o szczególną modlitwę za mnie, żebym nie zniszczyła Jego dzieła i żeby nasz Pan mi się ukazał, bo mam w sobie tak straszną ciemność, jak gdyby wszystko obumarło".

Potem było już tylko gorzej. Poczucie odrzucenia narastało, pragnienie doświadczenia obecności Chrystusa również, ale nic się nie zmieniało. A Matka Teresa wciąż zmagała się z pytaniem, dlaczego ją ono spotkało, o co chodzi Bogu, że doświadcza ją poczuciem, że On nie istnieje? Kolejni spowiednicy i kierownicy duchowi byli bardzo ostrożni w udzielaniu odpowiedzi, ale po wielu latach i rozmowach kalkucka święta odnalazła, dzięki pomocy wielu z nich, własną odpowiedź: jej samotność była rozciągniętym na całe życie odczuwaniem Męki Chrystusa na krzyżu, która kulminowała się w krzyku: "Bożej mój, Boże, czemuś mnie opuścił".

Ta odpowiedź, choć niewątpliwie nadawała sens niezrozumiałemu cierpieniu, wcale nie ułatwiała jego znoszenia. Jak wspominali jej bliscy współpracownicy, gdy w grudniu 1996 roku leżała chora po jednej z mszy świętych, miała powiedzieć: „Jezus wymaga ode mnie trochę za wiele”. Ale nie poddała się i jak komentuje te słowa autor wyboru pism o. Brian Koledejchuk MC, "wciąż zgadzała się na wszystko, czego od niej żądał". A wszystko po to, by pozwalać innym cieszyć się tym, czego sama doświadczać nie mogła.

Matka Teresa. "Pójdź, bądź moim światłem". Prywatne pisma "Świętej z Kalkuty", Opracowanie i komentarz Brian Koledejchuk MC, tłum. M. Romanek, Kraków 2008

Źródło : Rzeczpospolita