56 czy 57

    

Gombrowicz wielkim pisarzem i wielkim inspiratorem jest!  Takie zdanie z pewnością powoduje, że przewraca się autor Ferdydurke w grobie z prędkością ponaddźwiękową, ale niewiele na to można poradzić, gdy czyta się takie książki jak „Morfina” autorstwa Szczepana Twardocha, która to powieść z Gombrowicza cała i w pełni jest!

Bo cóż to znaczy, iż „powieść z ducha gombrowiczowskiego zrodzona została”, poza oczywiście swoistą stylistyką i melodią zdania? Żeby znaleźć na to pytanie odpowiedź wystarczy zajrzeć choćby do, uhonorowanej w 2011 roku nagrodą Nike, powieści Mariana Pilota „Pióropusz”.

„Nie jest to powieść zabawna tak jak „Konopielka” i nie jest to też tekst odkrywczy, tak jak Ferdydurke, mimo że akurat od Gombrowicza, aż się w „Pióropuszu” roi:

(...)w tym rozcieńczonym świetle ledwo majaczyła blada postać leżącego na staroświeckim żelaznym łóżku młodego człowieka – był to zresztą ktoś mniej niż młody, młodzik, młodzieniaszek zgoła, z twarzą, czy też, słuszniej powiedzieć, buźką bezwąsą, pucołowatą; uszy nad ostrzyżoną do goła makówką blade niemowlęcą jakąś, litość budzącą bladością.”

Podobnie roi się od Gombrowicza u Twardocha, przy czym Morfina jest czytaniem Polski i polskości nieporównywalnie bardziej pociągającym niż to się dzieje u Pilota w Pióropuszu.

Gombrowicz u Twardocha to po prostu czysty Mrożek, zaprawiony Littellem i doprawiony Mickiewiczem. Niesamowite wyczucie ironii, groteski, maski, formy, zadęcia i wydęcia powoduje, że zostajemy wciągnięci, wraz z głównym bohaterem, w splot niebywałych i nieprzewidywalnym zdarzeń i wydarzeń na pograniczu snu narkotycznego i jawy. Miesza się ze sobą to, co faktycznie miało miejsce i to, co mogłoby się zdarzyć. Narracja prowadzona niezwykle sprawnie i błyskotliwie pozwala czytelnikowi poznawać losy bohaterów i ciąg wydarzeń, w które są zanurzeni z różnych punktów widzenia i czasowo-przestrzennych perspektyw. Mimo więc, że mamy akcję rozwijającą się linearnie, to jednocześnie skaczemy po tej linii w różne punkty i to nie tylko w przód i tył, ale też w górę i w dół.

Akcja, wyjąwszy obszerne retrospekcje, obejmuje trzy tygodnie od połowy października do początku listopada 1939 r. i zasadniczo rozgrywa się w okupowanej przez Niemców Warszawie.

Głównym bohaterem Morfiny jest 30-letni Konstanty Willemann, syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki. Ongiś próbował studiować polonistykę, brał prywatne lekcje rysunku, ale żadnego zawodu nie zdobył. Nie musiał - do wybuchu wojny żył wygodnie za pieniądze matki, w całości oddając się ulubionym rozrywkom - alkoholowi, kobietom lekkich obyczajów, modnym warszawskim lokalom. No i morfinie, choć kokainą też nie pogardził.”

Twardoch ma niezwykłą łatwość budowania napięcia poprzez błyskotliwe zabiegi narracyjno-konstrukcyjne. Mówi się w tej powieści na różne sposoby i z różnych perspektyw. W trzeciej i pierwszej osobie, a nawet bezosobowo, jakkolwiek zawsze poprzez różne stany świadomości rozmaitych „tych” i „onych”, którzy nam coś muszą opowiedzieć. Jakby tego było mało nie bardzo wiemy, czy mówi do nas świadomość świadoma tego, co mówi, czy ta zanarkotyzowana – bardziej transowa niż rzeczywista, czy też świadomość kogoś, kto jest, a jakby go nie było.

Ta ostatnia kategoria narracyjna, czyli opowiadanie historii z punktu widzenia fantasmagorycznej istoty, która nie jest człowiekiem, bo jest ciemnością, nie ma twarzy bo nosi kaptur, która jednocześnie jest i nie jest, która jest sama, ale przecież ma siostry - jest oczywistym zapożyczeniem z genialnych „Łaskawych”, w których Jonathan Littell dał niebywały popis bulwersujących dla wielu czytelników zabaw z mitologicznymi postaciami Erynii, które prowadzą bohatera ku przeznaczeniu i taką samą rolę pełni jedna z nich w nieustannym obcowaniu z Kostkiem.

„Wilemann jest bonvivantem, morfinistą, kobieciarzem, który przed wojną bawił się z artystami i podrywał kobiety w Adrii. Ma żonę Helę i kochankę Salę, a właściwie to one go mają – jest we władaniu kobiet. Kim innym jest przy Heli, kim innym przy Sali, a kim innym przy matce, szalonej, przypominającej indiańskiego wodza.

Jest jeszcze ktoś, orientujemy się, że narracja jest prowadzona z punktu widzenia kobiety, która idzie krok w krok za Konstantym, zna jego los. Mojra, czyli prządka losu? Melancholia? Morfina?

Dość, że Konstanty jest pacynką w czyichś rękach. Staje się Niemcem, żeby stać się dobrym Polakiem. Ma szansę, i to dzięki kobiecie, stać się w końcu sobą, tylko czy to w ogóle jest możliwe?”

Erynie są potrzebne Twardochowi, bo z nimi i tajemnica i mitologia i głębia i symbolika i metafora przeznaczenia i losu i tego wszystkiego, co też na polskim gruncie tak fenomenalnie wykorzystał Marek Krajewski w bestselerowym cyklu o Breslau. Erynie wiecznie żywe są tak zresztą jak dyskusja o tym ile mamy nas samych w sobie, a ile w nas obcego elementu. Kim jestem, o ile w ogóle jestem, bo gdy się naszprycuję, mam wrażenie, że mnie nie ma, ale przecież gdy się budzę, muszę dalej zmagać się z tym fundamentalnym problemem bycia sobą i udawania siebie i grania sobą, żeby innych zadowolić, bo jak tu i być tym który niby jest sam, ale i nie sam, bo jest ojczyzna nasza wielka.

Bohater Twardocha chciałby może i być sobą, ale nie może, bo znaczenie jego rodzi się dopiero w oparciu o coś, a o co tu się oprzeć jak tego czegoś już nie ma, bo przyszli Niemcy i dwadzieścia lat odzyskanej, ukochanej Ojczyzny w trzy tygodnie września 1939 roku szlag trafił!

„[…] Polski już nie ma, a to Polska określała ich wartość i znaczenie, Polska, którą sami budowali i za którą dwadzieścia lat wcześniej nawet niektórzy walczyli i tak świętowali koniec swojego życia, a potem uciekali do Rumunii, na Węgry i albo wpadali w ręce Sowietów, albo im się udawało i uciekali dalej, do Francji i do Londynu, i tam dokonywali swojego życia bezwartościowego, bo tej Polski, która określała ich wartość jako mężczyzn i ludzi, ni ebyło już nieodwołalnie. (Morfina, s.284)

Kostek jest jednakowoż w znacznie wygodniejszej pozycji, jest ulokowany gdzieś „pomiędzy”, stąd nic nie jest skończone „nieodwołalnie”. Jak sam w pewnym momencie mówi:

„Posiedziałem tak trochę w dziwnym poczuciu bycia nigdzie, w świecie, którego nie ma, w wielkim pomiędzy”. (tamże, s.200)

 Teraz jest Niemcem, bo przedtem był Polakiem, tak jak poprzednio był Polakiem, mimo że jednocześnie był Niemcem – i w końcu nie wie - czy jest makiawelicznym lisem czy mickiewiczowskim Konradem W. -  tak jakby to nie było wszystko jedno, a jeśli nie jest to na ile?

To tylko niektóre sparafrazowane pytania, które zadaje sobie Kostek, który zgubiony i odnaleziony nam się wydaje i to szukanie siebie w nim jest intrygująco w Morfinie skonstruowane, opowiedziane i sfotografowane, bo:

„Twardoch to mistrz detalu, pieczołowicie odtwarza rzeczywistość początku wojny, chodzimy z nim po ulicach, odwiedzamy lokale. Jeszcze nie wiadomo, co nastąpi później, jeszcze jest ciepła woda w kranie, kawa, w kawiarni można obserwować nową wojenną modę – eleganckie towarzystwo nosi buty narciarskie i plecaki, żeby być gotowym do drogi.”

Ta „droga” jest misternie nakreślona w powieści. Twardoch tworzy koronkowe układy narracyjne. Jeśli główny bohater, Konstanty Willemann, morduje grubego lwowiaka i wyciąga mu przy tym scyzorykiem oko z oczodołu, to jednocześnie poznajemy przeszłe losy tegoż, jesteśmy wciągnięci w historię zakopanej w klasztorze broni z dodatkowym wątkiem siostry przełożonej i paru jeszcze innych sióstr, musimy też dać sobie radę z „epopeją” zakonspirowanej paczki, którą Kostek musi dostarczyć do domu Łubieńskiej i przekazać niejakiemu Stefanowi Witkowskiemu o pseudonimie „Inżynier”  – rzecz jasna to nie wszystko, bo tu z kolei Twardoch rzuca nas na głębokie wody organizacji konspiracyjnych  i tajnych służb oraz polityki rządu emigracyjnego i krajowych władz AK.  To też jeszcze nie wszystko, powieść ma przecież prawie sześćset stron i nie wolno nam zapomnieć o bardzo istotnym wątku kurwy o wdzięcznym imieniu Salome, której udział w całym wydarzeniu mordowania Kajetana Tumanowicza i odzyskiwania pakunku jest zasadniczy i to nie tylko z powodu zamiłowania Kostka do unarkotyzowanego seksu, ale głównie dla jej związków z Igą, żoną najbliższego przyjaciela Kostka, doktora Jacka Roztańskiego, od którego dostaje często morfinę, i którego żonę pozbawił dziewictwa, oczywiście jeszcze przed orgiastycznymi bachanaliami, w której brała udział wraz ze wspomnianą już kurwą. To zresztą zdarzenie prowadzi nas do kolejnej historii dotyczącej panny Alicji z dworu u Rochacewiczów, która zgwałcona przez sowieckiego żołnierza, rodzi dziecko w Kazachstanie, które umiera tam z głodu, a ona już w Palestynie, strzela sobie w usta.

Ta niekończąca się historia, nabudowana wokół splatających się i przenikających wzajemnie postaci i wydarzeń jest nieustającą, permanentną próbą określenia tej całej menażerii ludzkiej w komedio-tragedii (czy raczej odwrotnie), gdy Niemiec jest Polakiem, a Polak Niemcem, a wszyscy są sobą o ile sobą nie są!

„A bardziej, głupiec, myśli o tym, jak dramatycznym jest jego życie, rozdarte pomiędzy polskością a niemieckością, och, jakież to straszne w tym świecie zdeklarowanych, totalnych narodowości być rozdartym między niemieckim ojcem a polską matką, jak to strasznie mieć dwie Muttersprache, dwa serca bijące w piersi, jak ciężko być Polakiem, kiedy jest się z krwi i pochodzenia Niemcem, jakaż to katorga!” (tamże, s.266)

To przemieszanie wszystkiego ze wszystkim jest rzecz jasna gombrowiczowską metodą na znalezienie odpowiedzi na pytanie: kim w istocie jesteśmy, a kim nie jesteśmy i gdzie jest to JA moje, a gdzie nie moje, a tylko przez innych mi narzucone?

„Kostek od dzieciństwa spędzonego w rodzinnych Katowicach (warszawiakiem został wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości), prowadził życie podwójne w każdym wymiarze. W skrytości kochał niemieckiego ojca, ale z woli matki musiał go nienawidzić. Choć łajdak, cynik i narkoman - ożenił się z kobietą "higieniczną, eugeniczną" i zamieszkał z arcypolskim teściem, "poznańskim endekiem". Spłodził syna i, na gruncie owej mimikry, usiłował wieść życie porządnego mieszczanina z artystycznymi pretensjami. Przyjaźnią zaszczycał go sam Iwaszkiewicz. Wszystko miało być tak, jak w scenariuszu przewidzianym dla warszawskiego inteligenta. A więc podchorążówka w Grudziądzu, ćwiczenia w pułku ułanów, a we wrześniu roku pamiętnego - wymarsz na front.”

Ta kapitalna historia rodzinna głównego bohatera, jego śląsko-niemiecko-polskie korzenie w kontekście biografii ojca, niemieckiego oficera – arystokraty i matki hospitalizowanej psychiatrycznie, która oczarowała swego psychiatrę, który dla niej zwariował i został Polakiem, a ona, mająca też upodobanie do młodych chłopców i Polski, uwiodła ojca Kostka, wtedy nastoletniego, którego zresztą potem porzuca, bo ten traci swego penisa w wojennej zawierusze, a cóż to za mężczyzna bez członka i cóż to za Polska bez Polski? Ta kapitalna biografia, kompletnie i całkowicie schizofreniczna pozostawia nas na zawsze z pytaniem na ustach, czy JA to JA, a jeśli nie lub tak, to na ile?

Czy odpowiedź jest możliwa? Wydaję się, że jej prawdopodobieństwo jest jak 56, a może 57 – dlaczego? No właśnie dlatego.

 

Morfina, Szczepan Twardoch, WL, 2013, s.578.

W tekście wykorzystano fragmenty artykułów z:

Kostek Wallenrod nie daje rady, Dariusz Nowacki, w: Gazeta Wyborcza, 11 grudnia, 2012.

Mężczyzna w rękach kobiet, Justyna Sobolewska, w:Polityka, 4grudnia, 2012.