O banalności zła i banalności miłości

 

 

Jeśli „banalność zła” jest kategorią w miarę zrozumiałą to „banalność miłości” jest kompletnie niejasna w dramacie Savyon Liebrecht. Obydwa terminy jakkolwiek od siebie uzależnione, pozostają do siebie w „niezrozumiałych kombinacjach”.

Banalność zła w tekście Liebrecht tłumaczy sama twórczyni tego terminu Hanna Arendt. Interpretacja banalności miłości jest pozostawiona łasce czytelnika czy też widza dramatu. Jest z tym pewien zasadniczy problem, ponieważ musimy te kategorie rozważać w kontekście nie tylko tekstu Arendt, ale też samego dramatu Liebrecht zatytułowanego „Rzecz o banalności miłości”, którego osią dramaturgiczną jest relacja bardzo osobista, szalenie intymna i emocjonalna między Heideggerem i Arendt. Wzajemne uczucie tych dwojga wybitnych intelektualistów europejskich obserwujemy w dwu planach czasowych rozpiętych miedzy rokiem 1925 i 1975. Pięćdziesiąt lat wypełniające przestrzeń i czas między tymi dwoma datami obejmuje wydarzenia, które stanowią o istocie tej fascynującej miłości.

Przedziwna kombinacja czasu i przestrzeni pozwala Savyon Librecht snuć opowieść w dwu pespektywach czasowych, powiązanych zresztą ze sobą centralną postacią H. Arendt. To z jej perspektywy dotykamy banalności zła poprzez postać Eichmanna i banalności miłości poprzez postać Heideggera. Może najlepiej widać to w ostatniej, bardzo poetyckiej i malarskiej scenie wyreżyserowanej przez Feliksa Falka, w jego telewizyjnej adaptacji tego dramatu, gdzie 20-letnia Hanna podaje upragnionego papierosa 69-letniej Arendt dokonując tym samym dopełnienia cyklu, zamknięcia, spełnienia się w miłości i zachwyceniu poprzez banalny gest zapalenia papierosa.

Jest też swoiście przewrotna pułapka czy też zatrważająca ironia w tym zestawieniu banału ze złem i miłością. Z jednej strony mamy słynny tekst filozofki o istocie zła:

„[…] Smutna prawdą jest to, że zło w większości czynione jest przez ludzi, którzy nigdy  świadomie nie postanowili  być dobrymi czy złymi. Większość nazistów to byli ludzie kulturalni, mający rodziny, oddani ojcowie. Przerażająca jest ich normalność. I to jest właśnie banalność zła.” [s.258]

Zabijamy, mordujemy, torturujemy, znęcamy się, pastwimy się i upokarzamy innych, pozbywamy się ich bez zmrużenia oka, bo jesteśmy wykonawcami rozkazów, jesteśmy posłuszni autorytetom, zwierzchnikom, wyższym rangą, dowódcom – jest nam wygodnie, nie bierzemy przecież za to odpowiedzialności, odpowiedzialność spada na wydających polecenia – banalne aż do bólu i powszechne w wielu liniach obrony dawniej i dziś. Tak było ze sprawą Eichmanna w Jerozolimie i tak było ze sprawą Heideggera we Fryburgu:

„Nie miałem wyjścia. Byłem rektorem i musiałem działać zgodnie z prawem.” [s.279]

 

Z drugiej strony mamy w tle przytłaczające swym ogromem chrześcijańskie doświadczenie  miłości, które wynosi ją do ranki religii i czyni z niej narzędzie zbawienia.

Kochamy, szalejemy na czyimś punkcie, poświęcamy się w imię drugiego, pogrążamy się w uczuciu, nie myślimy, a jedynie czujemy, zatracamy się w namiętności, jesteśmy zaślepieni w miłości, tracimy poczucie rzeczywistości, porzucamy i poświęcamy siebie i innych w imię miłości, która otwiera lub zamyka przed nami świat i która jest w najlepszym razie niczym innym jak tylko doświadczeniem ulotnym lub ułudnym, a przecież nadającym temuż życiu sens.

„Frau Blücher nie skinęłaby palcem, gdyby cię skazali na szubienicę. Frau Blücher myśli podobnie jak Jaspers: że jesteś szatańskim filozofem o niebezpiecznych fantazjach. Ona widzi w tobie odpowiedzialnego za morderstwo Rafaela Mendelsona. Nienawidzi cię, pogardza tobą i myśli również, że jesteś tchórzliwym oportunistą, małym i słabym człowiekiem, który chowa się za wielkimi i odważnymi teoriami, na które wpływ na antysemicka żona […]

…ale tu jest Freulein Hanna Arendt, twoja wieczna sojuszniczka, dla której spotkanie z tobą było końcem jej dzieciństwa, bo wtedy stała się prawdziwym człowiekiem…która fanatycznie pamięta twoje wiersze wraz ze słodkimi  wspomnieniami jedynego na świecie człowieka z taką namiętnością do myślenia, który był najbardziej romantycznym kochankiem jakiego kiedykolwiek miała[…]”. (s.281)

Gdzie zatem szukać banalności miłości? W rozczarowaniu, niespełnieniu, strachu i obawie, powtarzalności i schematyczności, niezrozumiałości i absurdalności?

Nikt przecież nam nie każe kochać nazisty, choćby był najsłynniejszym filozofem, nikt tez nie każe nam spotykać się z nim po latach rozstania, gdy wiemy już na pewno, że postępował podle, nikt nam nie każe czytać i intepretować tego, co napisał – a przecież robi to Hanna Arendt. Czy wbrew sobie? Czy dlatego, że miłość jest banalna? Czy może dlatego, że nic innego nie wchodzi w rachubę?

Wydaje się, że tekst Savyon Liebrecht pokazuje, iż zło i miłość maja jedną wspólną, banalną cechę – nie wynikają one z działania wbrew sobie. Eichmann zdecydowanie zaprzeczał, iż działał nagannie, tak zresztą jak nigdy do żadnej naganności swego działania nie przyznał się Heidegger. Udowadnianie z kolei, że miłość jest uczuciem nakierunkowanym wbrew sobie byłoby z założenia absurdalne, a ostatnia scena „O banalności miłości” jedynie tę tezę poetycko potwierdza:

„Ja nie potrzebuję się otrząsać” – mówi Hanna Arendt w ostatniej scenie, odrzucając jednoznacznie oskarżenia młodego człowieka, iż popełniła błąd kochając Heideggera.

Skomplikowana historia uczucia między Hanna Arendt i Martinem Heideggerem obejmuje w dramacie lata 1924 – 1975, w istocie jednak te 50 lat pomiędzy tymi datami to czas „stawania się” albo raczej „dokonywania” tego, co rozpoczęło się w roku 1924/25 i co oglądamy przefiltrowane przez pamięć z perspektywy roku 1975:

doświadczenie wojny, zagłady, nazizmu, ostracyzmu, kompromitacji, strachu, śmierci, ucieczki, kolaboracji, kompromitacji, ale także doświadczenie obezwładniającej miłości, uczuciowej i intelektualnej fascynacji, naukowej inspiracji, szukanie niezależności i wyzwolenia spod przytłaczającego autorytetu i nigdy nie wygasłego uzależnienia emocjonalnego.

Wielopoziomowe, skomplikowane i kontrowersyjne uczucie, które jednocześnie jest niezwykle proste, trwałe i intensywne - ale czy banalne w swej istocie?

---------------------------------------------------

Rzecz o banalności... i inne sztuki, Savyon Liebrecht, Wyd. Adit, 2012, s.290.