„Nie czytam. I co z tego?”

 

To, że ponad połowa Polaków nie czyta niczego w ogóle, że nie jest w stanie zrozumieć dłuższego niż trzy strony tekstu, że nie kupuje dzieciom książek, że nie jest w stanie przyswoić rozkładu pociągów czy standardowej instrukcji obsługi dołączanej do różnych urządzeń to fakty powszechnie znane, wielokrotnie omawiane i publikowane. Wystarczy kliknąć na strony dotyczące badań czytelnictwa wśród Polaków przeprowadzane cyklicznie przez Bibliotekę Narodową, by poznać szczegóły.

Pojawił się nawet ostatnio w Gazecie Wyborczej świetny, zabawno-przerażający tekst Pawła Goźlińkiego, który doskonale tę sytuację opisuje:

 

„Nie czytam. I co z tego?

Moja zdolność wyrażania emocji skurczyła się do zestawu emotikonów. Na całą wmawianą mi komplikację świata mam jednoznaczne, proste reakcje: "lubię", "nie lubię" (dlaczego jeszcze nie opisują tak kandydatów na kartach do głosowania?).

Moje myśli to zestaw dań do odgrzania w mikrofali kupionych w promocji (dziewięć na dziesięć gratis, jakość taka jak cena) w internetowym hipermarkecie. Nie bardzo potrafię je nawet zapisać, jeszcze dwa zdania do kupy jakoś dam radę, ale jaki jest związek pierwszego z trzecim - trochę nad tym nie panuję.

W ogóle ze skupieniem mam problem. I z rozumieniem instrukcji obsługi - całe szczęście wszystko teraz działa intuicyjnie (niektórzy mówią: jak dla idiotów, ale to przecież nie o mnie).

Mam swoje sposoby na szybkie zdobywanie informacji, gorzej jest z ich przetwarzaniem i weryfikacją (skąd ja znam to słowo?). No dobrze, łatwo jest mną manipulować. Ale całkiem mi z tym wygodnie. Wybór to przecież taka ciężka praca. Obywatel więc ze mnie średni, za to konsument doskonały. Ciągle daję sobie wmawiać nowe potrzeby, kupuję to co wszyscy i mam przy tym poczucie wyjątkowości.

No bo skąd mam wiedzieć, na czym polega prawdziwa wyjątkowość, na czym polega niepodległe "ja"? Skąd mam wiedzieć, co to jest prawda i co to jest wolność? Przecież nie czytam.

Mój wewnętrzny świat kurczy się i kurczy, traci kolejne wymiary, coraz więcej okien łączących mnie ze światem i z samym sobą zostaje zamurowanych. Coś chcę powiedzieć, ale nie wiem co. Coś zdaje się rozumiem, ale nie potrafię już tego pomyśleć. Duszę się z nadmiaru nienazwanych uczuć. Więc może komuś przypier...? Będzie lżej.

A, chciałem się jeszcze poskarżyć, że reklamy są coraz nudniejsze. Może dlatego, że ja też?

Uff, to tylko senny koszmar.”

 

To wszystko jednak nie jest jeszcze niczym nadzwyczajnym, ani wyjątkowym. Czytających było zawsze mniej, niż nieczytających, bo jakimś dziwnym trafem głupich jest zawsze statystycznie więcej niż mądrych – ale to też jeszcze nie byłoby godne uwagi, gdyby nie jeden istotny aspekt wspomnianych badań, który pokazuje, że obcowanie z tekstem literackim jest powszechne wśród bogatych i coraz rzadsze wśród średnio zamożnych i biednych.

 

Drastycznie i okrutnie potwierdza to pewien model współczesnego społeczeństwa, nie tylko zresztą polskiego, ponieważ analogiczne badania czytelnictwa w USA przeprowadzane co 12 lat przez National Endowment for the Arts pokazują to samo – coraz większe rozwarstwienie społeczne.

 

Społeczeństwa współczesne, mimo posiadania nieskończonej ilości gadżetów elektronicznych, mnóstwa taniego pokarmu bazującego na modyfikowanej genetycznie kukurydzy i soi oraz powszechnego dostępu do informacji przez praktycznie nieustanne „podłączenie” do sieci, coraz bardziej przypominają średniowieczny model relacji międzyludzkich, z zamkiem w centrum i bogatymi, którzy w tym zamku rezydują oraz biedotą, która na tych mieszkających w zamku pracuje.

 

Jeśli prześledzimy ostatnie dane dotyczące dystrybucji bogactwa w USA to wyraźnie widać, że coraz mniejszy procent obywateli tego kraju posiada coraz większą część tak zwanego produktu narodowego. Jak napisał profesor William Domhoff w artykule „Wealth, Income and Power” dokładnie 1% najbogatszych skupia w swoich rękach 34.6% bogactwa USA. Wystarczy obejrzeć dokumentalny film „Inside job”, żeby wpaść w wielodniową depresję, między innymi, z tego powodu.

 

Coraz mniej czytamy sami dla siebie, coraz rzadziej czytamy swoim dzieciom, coraz mniej inwestujemy w nasz własny i naszych dzieci rozwój duchowy, umysłowy, intelektualny, bo coraz częściej mamy wrażenie, że wystarczy poklikać na klawiaturze swoich nowych elektronicznych gadżetów, żeby coś poznać, czegoś doświadczyć i czegoś się nauczyć. Otóż niekoniecznie! Ostatnie badania pokazują, że powszechny, wyjątkowo łatwy i nieomalże nieustanny dostęp do wiedzy przy użyciu internetu poprzez wszelkiego rodzaju gadżety nie przekłada się w żaden sposób na wyniki nauczania w szkołach publicznych i to nie tylko w Chicago. Niektórzy komentatorzy twierdzą nawet, że jest jeszcze gorzej, niż parę lat temu.

W Polsce badania wypracowań szkolnych uczniów różnych szkół i klas wskazują na drastyczne zubożenie zasobu słownictwa przeciętnego ucznia i nieumiejętność formułowania wypowiedzi strukturalnie wielopoziomowej i tematycznie wielokierunkowej, o czym zresztą wiele mówiono i pisano w związku z ustaleniami, jakie poczyniono na Kongresie Języka Polskiego w Katowicach w maju tego roku.

 

Pozwalamy się zepchnąć do roli mieszkańców podzamcza, za naszym zresztą cichym przyzwoleniem. W końcu po co nam mieć świadomość różnych procesów, problemów i komplikacji współczesnej nam rzeczywistości. Najważniejsze, by mieć co trawić, a o to w istocie chodzi tym, którzy mieszkają w zamku – przecież spasiony obywatel nie będzie się buntował, ani robił rewolucji, bo musi zająć się trawieniem, a nie myśleniem.

Bezmyślność to nadrzędna cecha współczesnego obywatela demokratycznego i wolnego świata, a przecież jak mówił Tischner w jednym ze swoich wykładów z filozofii człowieka, „im bardziej jesteśmy kulturalni, tym bardziej jesteśmy ludźmi”. To właśnie kultura czyni nas ludzi i to ona odróżnia nas od innych stworzeń tego świata -  a kultura to nic innego jak przemyślany konstrukt intelektualny, z którym musimy krytycznie współistnieć, żeby być w pełni sobą.

Kultura to nieustanna wymiana myśli, idei i pomysłów, ale żeby móc być częścią tego procesu, trzeba mieć co poddawać tej nieustannej reinterpretacji – nie można być uczestnikiem kultury „bez niczego”, trzeba coś mieć, żeby to coś „uprawiać”.

W następnym artykule zajmiemy się nowymi wydaniami książek dla dzieci w wersji dwujęzycznej, polsko-angielskiej. Szereg nowych publikacji tego typu pojawiło się ostatnio na amerykańskim rynku wydawniczym i wydaje się, że stanowią one znakomity temat do rozmowy o naszym uczestnictwie w kulturze, bez względu na nasz status finansowy, ale z uwzględnieniem naszej umiejętności myślenia i dokonywania wyborów.