Fikcja

 

 

Zarówno „Uciekinierka” jak i „Zbyt wiele szczęścia” to książki niezwykłe. Są zbiorami krótkich tekstów, które robią na czytającym ogromne wrażenie swoimi niedomówieniami, tajemnicą i jedynym w swoim rodzaju nastrojem oczekiwania. Wszystkie te opowiadania są swoiście niedokończone, mogłyby się bowiem jeszcze długo „dziać”, oczekujemy od nich czegoś więcej, a tu nagle i niespodziewanie następuje koniec przytaczanej sytuacji. Te historie są z jednej strony zupełnie oczywiste, normalne i codzienne, z drugiej jakkolwiek wymykają się jednoznacznej czy jednowymiarowej ocenie. W gruncie rzeczy wymykają się jakiejkolwiek ocenie.

Alice Munro buduje napięcie swoich „short stories” perfekcyjnie i perwersyjnie tym budowaniem bawi się z czytelnikiem. 

W jednym z najlepszych opowiadań mamy opisaną sytuację kobiety samotnej, starszej i chorej, co u Munro jest niczym niezwykłym, ale akurat „W wolnych rodnikach” wszystkie te trzy elementy rewelacyjnie konstruują zmagania głównej bohaterki z umieraniem. Nieuleczalnie chora, skazana na życie ze wspomnieniami niedawno zmarłego męża i jego pierwszej żony – jest w depresji, nie jest w stanie normalnie funkcjonować, żyje, ale nie istnieje. Sytuacja zmienia się diametralnie w momencie wtargnięcia w jej letargiczne funkcjonowanie intruza, który pod banalnym pozorem odczytania liczników elektryczności wkracza w jej życie. Jest przestępcą uciekającym przed policją. Ale jest też głęboko nieszczęśliwym człowiekiem. Całą jego mroczną historię poznaje oglądając zdjęcie zamordowanej rodziny. Mamy tutaj szczegółowo opisane twarze, detalicznie pokazane i scharakteryzowane. To jest zresztą jeden z zasadniczych wyróżników prozy Munro. Jej umiejętność „igrania” z ludzką twarzą jest poruszająca. To twarze bohaterów konstruują narrację i mówią nam więcej niż ich działania, aczkolwiek one też są nie bez znaczenia, bo przecież po zamordowaniu swej rodziny, bohater opowiadania je spokojnie całego kurczaka, którego wcześniej upiekła jego zamordowana matka.

Wszystko to jednak byłoby niczym nadzwyczajnym, gdybyśmy nie mieli wrażenia, że coś nam się  wymyka, że czegoś do końca nie rozumiemy w tym całym ciągu zdarzeń obejmującym ledwie niecałe trzydzieści stron druku. Główna bohaterka mówi w pewnym momencie wprost:

-        „zrobiłam to samo, co pan”.

Nie wiemy, czy blefuje, bo stara się uchronić się przed atakiem szaleńca, czy rzeczywiście upiekła placek z trującym rabarbarem i zaniosła go byłej żonie swego męża, czy naprawdę znała śmiertelne właściwości różnych roślin, czy ziołowa herbata podana intruzowi była tylko wzmacniającym płynem, czy też pomogła mu zginąć w wypadku samochodowym?

Te wszystkie pytania ustawiają tekst w kontekście niedopowiedzenia i dwuznaczności. Budują napięcie pomiędzy bohaterami i czytelnikiem prowadząc tego ostatniego od dosłowności do metaforycznego konceptu ludzkiego istnienia. Wskazują, gdzie powinien zacząć szukać, by dotrzeć do sensu istnienia – o ile taki jest.

 

W tekście jest samotna kobieta, samotny mężczyzna, obydwoje porzuceni, rozczarowani, sfrustrowani i zdepresjonowani. Żadne z nich nie ma nic do stracenia. Stają przed sobą twarzą w twarz i przyznają się wzajemnie do popełnienia przestępstwa. Czy to jednak rzeczywiście ma miejsce, czy jest tylko grą w sytuacji zagrożenia?

 

Wszystkie te pytania pozostają bez odpowiedzi, tak zresztą jak ma to miejsce w „Szansie”  i dwu następnych  opowiadaniach z tomu „Uciekinierka”. Zaczyna się wszystko zupełnie niewinnie i normalnie od dość niefortunnego, aczkolwiek zupełnie prawdopodobnego spotkania. Bohaterka podróżująca pociągiem jest zirytowana nachalnością przypadkowego pasażera, który koniecznie chce nawiązać rozmowę. Juliet kategorycznie daje mu do zrozumienia, że nie ma ochoty na jego towarzystwo. Po jakimś czasie okazuje się, że ten właśnie człowiek ginie pod kołami tegoż pociągu. Dlaczego tak się dzieje?

Czy wydarzenie to rzutuje na dalsze losy bohaterki, czy jej życie zostaje naznaczone, czy może napiętnowane przez to wydarzenie?

Czy fakt, że właśnie w rezultacie tego tragicznego zdarzenia poznaje swego przyszłego męża, ma wpływna ich późniejsze losy?

Czy dlatego, że odrzuciła tego człowieka, odrzuca ją później jej własna córka?

Czy spotkanie w pociągu ma jakiekolwiek znaczenie w kontekście jej późniejszego życia, czy jest jedynie literacką zabawą kogoś, kto świetnie zna literaturę starożytnych Greków i Rzymian?

 

„...to, co z niedoskonałego ludzkiego punktu widzenia wydawało się być działaniem złego ducha, w szerszej perspektywie, jaką obdarzeni są zmarli, postrzegane było jako akt kosmicznej sprawiedliwości...”

 

„Fikcja” to tytuł drugiego opowiadania z tomu „Zbyt wiele szczęścia”, w którym Munro przywraca temu terminowi wieloznaczeniowy, bolesny i niekoniecznie literacki sens. Ze zdziwieniem doświadczamy, wraz z główną bohaterką, uczucia, że to co nam wydaje się ważne, zasadnicze i istotne w relacjach z innymi, niekoniecznie musi dla nich takie właśnie być. Przekonanie o umiejętności czytania w doświadczeniach swego życia jest często właśnie jedynie tytułową „fikcją”, żeby nie powiedzieć złudzeniem, któremu się z taką przyjemnością poddajemy.

 

***

 

Alice Munro - „uważana za jedną z najznamienitszych żyjących autorek krótkich form prozatorskich. Thomas Tausky w biograficznym eseju "Alice Munro - Biocritical Essay" napisał: Uznawana jako najlepsza kanadyjska autorka krótkich nowelek i opowiadań, Alice Munro systematycznie tworzy dzieła, w których dokładny opis socjalnych relacji i głęboki rys psychologiczny łączą się z bezbłędnym instynktem używania właściwej formy ekspresji.

 Jej opowiadania skupiają się na relacjach międzyludzkich w codziennym życiu. Akcja większości jej prozy osadzona jest w południowo-zachodniej części stanu Ontario i często obraca się wobec z pozoru trywialnych i codziennych faktów i obserwacji otaczającej rzeczywistości. Bohaterzy tych opowiadań (na ogół kobiety) to anty-teza literackiej heroiczności”.