SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Gwiazda daleka. Planeta Roberta Bolaño - cz. 1 Arkadiusz Żychliński Zródło: PrzeglądPolityczny.pl


Gwiazda daleka. Planeta Roberta Bolano
Arkadiusz Żychliński


I
Pisząc o Bolano, wskazana jest ostrożność – co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze autor ten z jednej strony chronił swoje życie prywatne przed pożądliwym wzrokiem poszukiwaczy taniej sensacji, z drugiej strony jednak uwielbiał bawić się z czytelnikami, mieszając zmyślenie (poesía). Stąd wiele sprzecznych faktów i niepotwierdzonych informacji; niektóre z nich pominę w tym krótkim wprowadzeniu,  o innych napiszę, ryzykując wszakże, że kiedyś okażą się przebiegłą mistyfikacją. Po drugie, i powód ten waży także niemało, wciąż rośnie popularność Bolano, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej (w co trudno może uwierzyć, jako że mimo trzech przetłumaczonych dotychczas książek jest to autor w Polsce niemal nieznany. Horacio Castellanos Moya, pisarz salwadorski, jeden z najbardziej wyrazistych współczesnych prozaików latynoamerykańskich, wspomina, że Amerykanie, którzy dotąd w rozmowach towarzyskich wyciągali z kieszeni wyświechtaną kartę Márqueza, chcąc zabłysnąć znajomością literatury iberoamerykańskiej, teraz zamienili ją na równie zmiętą kartę Bolano (Dzicy detektywi, usłyszeli gdzieś, to nowe Sto lat samotności).
Ta nieoczekiwana popularność, jakkolwiek z jednej strony korzystna – powstają nowe przekłady, książki, artykuły – ma jednak również złe skutki. Domestykuje artystę, czerpie zysk z jego utowarowienia, rozmywa nowatorstwo i radykalizm. Zdaniem Sarah Pollack z Uniwersytetu Nowojorskiego amerykańscy wydawcy i publicyści (częściowo w dobrej wierze, częściowo z pobudek komercyjnych) użyli Bolano do stworzenia nowego mitu literatury Ameryki Łacińskiej: „Twórczy geniusz Bolano, frapująca biografia, osobiste doświadczenie zamachu stanu Pinocheta, etykietowanie części jego dzieł mianem południowoamerykańskich powieści o dyktaturze oraz jego przedwczesna śmierć przyczyniły się do wytworzenia figury autora na potrzeby recepcji i konsumpcji w Stanach Zjednoczonych, i zapowiedziały taką lekturę jego dzieła, jaką obecnie upowszechnia się w tym kraju”. O Bolano pisze się tam teraz nieoczekiwanie w trybie koturnowym (często jakby zapominając, że krytycy hiszpańskojęzyczni już od dawna mierzą się z fenomenem jego pisarstwa), sprowadzając wymowę jego książek do kilku niewiele znaczących fraz; i naraz robi się za dużo Bolano. Sława i literatura są nieprzejednanymi wrogami - mówi Benno von Archimboldi, enigmatyczny pisarz z powieści 2666. Większość pisarzy (podobnie zresztą jak większość ludzi) łaknie sławy, choćby piętnasto-, ba, choćby jednominutowej. Sława zdaje się im synonimem nieśmiertelności. Niemądre przekonanie, jako że sława i nieśmiertelność chodzą zupełnie różnymi drogami. W krótkiej notce „La inmortalidad literaria” (Nieśmiertelność literacka) Bolano pisze tak: „Nie wiem, czy są pisarze, którzy wierzą jeszcze w nieśmiertelność literacką. Rozumiem, że są tacy, którzy wierzą w nieśmiertelność duszy, mogę nawet zrozumieć tych, którzy wierzą w raj i piekło, i w ową zadziwiającą stację pośrednią, jaką jest czyściec, kiedy jednak słyszę pisarza mówiącego o nieśmiertelności określonych dzieł literackich, mam ochotę go spoliczkować. Nie mówię o pobiciu go, lecz o wymierzeniu mu policzka, a później pewnie objęciu go i pocieszeniu. Wiem, że niektórzy nie zgodzą się ze mną w tej kwestii, jako że są osobami z zasady nieagresywnymi. Sam też taki jestem. Kiedy mówię o wymierzeniu policzka, mam raczej na myśli uspokajającą własność tych, jakie w kinie wymierza się histerykom albo histeryczkom, żeby się opanowali, przestali krzyczeć i ratowali życie”. Pisząc o Bolano trzeba koniecznie zachować trzeźwość spojrzenia.
Droga, która wywiodła go na literacki Olimp, była kręta i wyboista. „Estoy seguro de que moriré inédito”, zanotował w dzienniku mając czterdzieści trzy lata (a więc tuż przed niespodziewanym przełomem), „umrę niepublikowany, to pewne” . We wstępie do wydanego cztery lata po śmierci (ale przygotowanego już w 1993 roku) wyboru wierszy La Universidad Desconocida (Nieznany Uniwersytet) Carolina López przytacza nieumieszony w tym tomie wiersz z października 1990 roku.
Moja kariera literacka
Odmowy z Anagramy, Grijalbo, Planety, z całą pewnością
także z Alfaguary, Mondadori. „Nie” od Muchnika,
Seix Barral, Destino… Ze wszystkich wydawnictw… Od wszystkich lektorów…
Wszystkich kierowników działów sprzedaży…
Pod mostem, kiedy pada deszcz, wyjątkowa okazja
zobaczyć samego siebie:
jak spirala grzejna na biegunie północnym, ale pisząc.
Pisząc poezję w kraju głupców.
Pisząc z dzieckiem na kolanach.
Pisząc, aż z diabelskim hałasem
zapadnie noc.
Diabły, które zabierają mnie do piekła,
ale pisząc

 
Urodzony 28 kwietnia 1953 roku – roku śmierci Stalina i Dylana Thomasa, jak pisał – w Santiago de Chile syn Victorii Ávalos, nauczycielki matematyki, i Leóna Bolano, kierowcy-kuriera (i boksera-amatora) wyrósł na chudego krótkowidza z dysleksją, preferującego zdobywanie wiedzy raczej przez samokształcenie  niż w murach szkolnych. Czy rzeczywiście nauczył się czytać mając trzy lata i napisał pierwsze opowiadanie (o kurczakach-odmieńcach) w wieku lat siedmiu, jak chce rodzinna mitologia? Nie wiadomo. „Czytanie było dla mnie od zawsze luksusem, prędko stało się nałogiem. Moja młodość przebiegała, łagodnie mówiąc, nieregularnie. Mając piętnaście lat przeprowadziłem się do Meksyku,  mając szesnaście przestałem chodzić do szkoły. Mając siedemnaście niewiele brakowało, żebym zwariował. Jedyną stałą rzeczą w owym czasie była, paradoksalnie, literatura, rzecz najmniej pewna. Książki posiadały szczególny, a przy tym sekretny blask. Czytać to jakby być bezgranicznie bogatym, o czym nikt nie wie.” W Meksyku (mieście liczącym sobie podówczas jeszcze „tylko” 14 mln mieszkańców) Bolano poświęcił się obsesyjnym lekturom i poezji,  oraz zainteresował się polityką: zrozumiał, że wyznaje poglądy lewicowe (z młodzieńczą beztroską przerysowań nazywając je trockizmem); uznał, że nie wystarczy dyskutować, trzeba także działać. Jako dziewiętnastolatek zakłada w Meksyku z przyjacielem, poetą Mario Santiago, Movimiento Infrarrealista, Ruch Infrarealistyczny, mieszankę dadaizmu i surrealizmu („Dadá a la mexicana”, jak pisał wiele lat później; dzieje tego szalonego przedsięwzięcia opisze w powieści Dzicy detektywi). W 1973 roku wyrusza w forsowną podróż do ojczyzny (autobusem i statkiem przemierza niemal całą Amerykę Łacińską); chce wziąć udział w planowanym przedsięwzięciu teatralnym i poprzeć lewicową koalicję Jedności Ludowej pod przewodnictwem socjalistycznego prezydenta Salvadora Allende. Rząd nie potrafi uporać się z trudną sytuacją społeczną (na którą składała się przede wszystkim wysoka inflacja oraz pogłębiająca się przepaść pomiędzy stosunkowo nieliczną warstwą zamożną i masami biedoty), co prowadzi do narastającego niezadowolenia; sytuacja kulminuje 11 września 1973 roku, kiedy to dochodzi do puczu: junta wojskowa pod wodzą generała Augusta Pinocheta przejmuję władzę w kraju; Allende popełnia samobójstwo. Kiedy kilka miesięcy później Bolano (który do tego czasu bierze marginalny udział w kilku subwersyjnych akcjach komunistów) próbuje opuścić Chile, zostaje zatrzymany na granicy pod zarzutem terroryzmu; podejrzenie wzbudza jego meksykański akcent (podejrzenie wzbudza wszystko, co obce), trafia na kilka dni do więzienia . Niewiele brakuje, aby podzielił los tysięcy chilijskich desaparecidos, przypadek sprawia jednak, że reżimowi policjanci rozpoznają w nim byłego kolegę szkolnego i umożliwiają mu ucieczkę.
 W programowym wierszu Los perros románticos napisze: „Miałem wtedy dwadzieścia lat / i byłem szalony. / Straciłem ojczyznę / ale zyskałem marzenie. / Jak długo je miałem / nic innego nie miało znaczenia”. Stąd też konsekwentne późniejsze wypowiedzi w rodzaju: „ojczyzną każdego prawdziwego pisarza jest jego biblioteka, składająca się z regałów i jego pamięci”; „ojczyzną pisarza jest język”; „moją jedyną ojczyzną są moje dzieci (Mi única patria son mis dos hijos, Lautaro y Alexandra). I może, ale w drugim rzędzie, pewne chwile, pewne ulice, twarze, sceny i książki, które noszę w sobie i które pewnego dnia zapomnę; najlepsze, co można zrobić z ojczyzną.
Zapytany dużo później o ważność puczu, powie: „Patrząc z perspektywy czasu, pucz symbolizował być może koniec rewolucyjnej utopii w Ameryce Łacińskiej. Od tamtego czasu pozostała tylko wyrwa pełna bólu i zwątpienia”. Z pomocą przyjaciół opuszcza kraj, udając się do Salwadoru (gdzie nawiązuje bliski kontakt z Roque Daltonem, wybitnym poetą o tragicznej biografii), stamtąd na powrót do Meksyku, a jakiś czas później (po śmierci generała Franco w 1977 roku) do Europy (z Mariem Santiago), pomieszkując we Francji i przenosząc się ostatecznie do Hiszpanii, gdzie pozostanie już do końca życia. Nie były to łatwe lata. „Poza trzema czy czterema pracami, których wykonywania zabraniały mi przyzwoitość i wychowanie, robiłem mniej więcej wszystko. Byłem kierowcą śmieciarki i nocnym stróżem, robotnikiem portowym i akwizytorem, sprzedającym katalońskie encyklopedie.” Na początku lat osiemdziesiątych mieszka w Geronie, następnie osiada w nadmorskim Blanes, gdzie próbuje swoich sił jako sklepikarz, otwierając sklep z pamiątkami dla turystów. Przedsięwzięcie kończy się oczywiście niepowodzeniem. Bolano wciąż pisze: początkowo konsekwentnie jedynie wiersze, kiedy jednak na początku lat dziewięćdziesiątych zakłada rodzinę, ze względów finansowych – jak mówi – próbuje swych sił w prozie. W 1993 jeden z jego manuskryptów otrzymuje trzy nagrody, a Bolano postanawia spróbować żyć z pisania. Sfabularyzowaną wersją opowieści o manuskryptach wysyłanych pod różnymi tytułami na lokalne konkursy literackie jest jedno z najzabawniejszych opowiadań Bolano, Sensini (z tomu Llamadas telefónicas).
Wydana w 1993 roku powieść La pista de hielo (Lodowisko) przeszła jednak niemal bez echa, niejakie uznanie przyniósł mu dopiero opublikowany trzy lata później fikcyjny leksykon La literatura nazi en América (Literatura nazistowska w Ameryce). Obydwie książki wydała słynna barcelońska oficyna wydawnicza Seix Barral; odrzuciła jednak kolejne manuskrypty. Wówczas właśnie wciąż mało znanym pisarzem zainteresował się inny kataloński wydawca, wspomniany już Jorge Herralde; kolejne (prozatorskie) książki Bolano ukażą się już w perłowoszarej kolekcji ‘Narrativas hispánicas’ wydawnictwa Anagrama. W tym czasie Bolano zaczyna uchodzić za autora znaczącego, choć czytanego jeszcze przez nielicznych.
Sytuacja ta zmienia się radykalnie po opublikowaniu powieści Los detectives salvajes, nagrodzonej dwoma doniosłymi nagrodami literackimi. Niemal wszystkie liczące się periodyki hiszpańskojęzyczne publikują entuzjastyczne, mało tego, hymniczne recenzje; co istotniejsze, Bolano zyskuje w końcu pełną niezależność finansową, umożliwiającą mu spokojną pracę. Wciąż jednak pracuje na starym komputerze z 1993 roku, wiersze zapisuje odręcznie (na pytanie, dlaczego nie ma w pokoju klimatyzacji [Blanes!], odpowiada: „moim mottem jest nie Et in Arcadia ego, lecz Et in Sparta ego”). Już od co najmniej kilku lat pisze z przerwami powieść 2666, uważaną przez siebie za swoje najważniejsze dzieło, swój testament. Pracuje dużo, niemal bez przerwy, prawie co roku wydaje nową książkę. Zapytany, czy to jakaś walka, odpowiada, że tak, że walczy z czasem, „Gdyby czas był po mojej stronie, z pewnością pracowałbym mniej”. Od początku lat dziewięćdziesiątych wie, że jest chory, bardzo poważnie (wirusowe zapalenie wątroby), że jego szanse wyglądają źle; najbardziej przejmująco, a przy tym jakby trochę indyferentnie napisze o tym w szkicu „Literatura + Enfermedad = Enfermedad” (Literatura + choroba = choroba). Czekając na przeszczep wątroby, umiera nagle 15 lipca 2003 roku, w wieku pięćdziesięciu lat, na kilka dni przed planowanym pobytem w szpitalu, gdzie w końcu miał poddać się operacji, którą, mówią niektórzy, nieostrożnie odwlekał, chcąc skończyć pracę nad ostatnią książką. 
Zawodowy prowokator (jak ceniony przezeń Thomas Bernhard), „romantyczny pies, wściekły pies, zbity pies” (Jorge Herralde), za życia znany był z tego, że nie zwykł trzymać języka za zębami i pisywał tak panegiryki, jak i hiperkrytyczne recenzje, nie szczędząc mocnych słów zarówno pod adresem tych, których podziwiał (Juan Marsé, César Aira, Alan Pauls, Rodrigo Fresán, Juan Villoro, Rodrigo Rey Rosa, Fernando Vallejo, Enrique Vila-Matas, Carmen Boullosa, Ignacio Padilla, Sergio Pitol, Jorge Volpi …), jak i tych, których nie znosił (Arturo Pérez Reverte, Isabel Allende, Luis Sepúlveda, Antonio Skármeta, Ángeles Mastretta, Laura Restrepo, Paulo Coelho …). Nie obawiał się wkładać (znoszonej nieraz) maski obrazoburcy, jednak mimo że krytykował czasem na przykład zarówno Gabriela Garcíę Márqueza, jak i Mario Vargasa Llosę (za to, że w późnych dziełach pozostają daleko w tyle za swoimi możliwościami), przyznawał także, ile im zawdzięcza (zwracając przy tym uwagę, co rzadkie, również na ich mniej znane pozycje, które uważał za arcydzieła, w rodzaju mikropowieści Nie ma kto pisać do pułkownika czy Szczeniaki).  Wyśmiewał kolejne klony latynoamerykańskich ikon, próbujące płynąć z nurtem dawno już wyschłej rzeki realizmu magicznego („nasza rzeczywistość nie była magiczna”, jak ironicznie przypominał bliski mu Horacio Castellanos Moya ); nieco starszy od twórców tzw. „pokolenia McCondo” szedł własną drogą. Decydującym kryterium było zawsze pytanie, co książka i autor robią dla owej osobliwej pasji zwanej literaturą – nie zaś dla siebie, dla czytelników czy wydawnictw. Zapytany o najważniejsze książki, Bolano wymienia w ostatniej rozmowie Don Kichota, Moby Dicka, wszystkie dzieła Borgesa, Grę w klasy Cortazara, A Confederacy of Dunces (Sprzysiężenie głupców) Kennedy’ego Toole’a, Nadję Bretona, listy Jacques’a Vaché, całego Ubu Jarry’ego, Życie. Instrukcja obsługi Pereca, Zamek i Proces Kafki, aforyzmy Lichtenberga, Traktat Wittgensteina, Wynalazek Morela Bioy Casaresa, Satyryki Petroniusza, Dzieje Rzymu Tytusa Liwiusza i Myśli Pascala. Wybór znaczący, nawet jeśli – co mogłaby sugerować poetyka rozmowy – w jakiejś mierze przypadkowy (choć znakomitej większości wywiadów Bolano udzielał drogą mailową).
Poza książkami i wspomnieniami zostają fotografie, mnóstwo fotografii. Zmierzwione czarne kędziory, pokryte bruzdami czoło, zbyt duże okrągłe okulary w drucianej oprawce, luźna marynarka, nieodłączny papieros – te zdjęcia zdobią okładki wielu książek, jakie mam na półce. W czasach, kiedy o radykalizmie literackim – bezkompromisowości tworzenia, pewności wizji twórczej, surowości wobec własnej osoby – słucha się ze znużeniem na wieczorach autorskich. Bolano był osobliwą rzadkością. Jego śmierć dała początek nowemu literackiemu mitowi. Nietrudno wyobrazić sobie za dwadzieścia lat marmurową ławeczkę w Blanes.
II
Canetti opowiada w swojej książce o Kafce, że największy dwudziestowieczny pisarz pojął, iż kości zostały rzucone i nic nie może go już powstrzymać od pisania w dniu, kiedy po raz pierwszy pluł krwią. Co chcę powiedzieć, mówiąc, że nic już nie mogło go powstrzymać od pisania? Prawdę mówiąc, nie wiem dokładnie. Przypuszczam, że chcę powiedzieć, iż Kafka pojął, że podróże, seks i książki są drogami (caminos), które donikąd nie prowadzą, w które mimo to trzeba się udać, żeby się zgubić i na powrót odnaleźć, albo żeby coś znaleźć, cokolwiek to będzie, książkę, gest, zgubiony przedmiot, żeby znaleźć jakaś rzecz, może metodę, przy odrobinie szczęścia: coś nowego (lo nuevo), co zawsze już tu było.
Roberto Bolano, Literatura + enfermedad = enfermedad

Roberto Bolano jest jednym z tych nielicznych pisarzy – być może tak mogłaby brzmieć prowizoryczna charakterystyka autora klasycznego – lektura których kalibruje naszą literacką wagę, tworzy nowy trwały punkt odniesienia. Na czym polega siła jego pisarstwa? Odpowiedź na tak postawione pytanie może być tylko niepełna. Wskazówkę znajdziemy chyba w pomieszczonej w powieści 2666 rozmowie pewnej kobiety z młodym adeptem poezji. Nie były złe – chodzi o wiersze, które ten jej pokazuje- jego jedynym problemem było to, że pisał tak, jak podziwiany przezeń poeta. Niemożliwe, żebyś sam przeżył te rzeczy, o których piszesz, mówi mu kobieta, jesteś za młody, nie mogłeś tak cierpieć. Chłopak zrobił taką minę, jakby było mu obojętne, czy mu wierzę, czy nie, mówi kobieta. Liczy się to, czy są dobrze napisane, mówi je. Kobieta na to, że nie, że on sam wie, że to nie jest ważne. Nie, nie, nie, powtarza kobieta, a chłopak przyznaje jej w końcu rację. Miał na imię Jordi, ów młody poeta, i dzisiaj być może prowadzi kursy creative writing na uniwersytecie albo pisze recenzje dla „La Vanguardia” albo „El Periódico”.
Krótki przewodnik po twórczości Roberta Bolano wypadałoby zacząć od przytoczenia często przezeń powtarzanych słów, że czuje się przede wszystkim poetą („Yo básicamente soy poeta”), dopiero później prozaikiem. Debiutem dwudziestotrzylatka był tomik Reinventar el amor (Wymyślić na nowo miłość; 1976), po nim nadeszły, przechodząc bez większego rozgłosu, kolejne dwa, i dopiero czwarty, Los perros románticos (Romantyczne psy; pierwsze wydanie 1995, rozszerzone wznowienie, obejmujące wybór czterdziestu czterech wierszy z lat 1980-1998 ukazało się w roku 2000 nakładem wydawnictwa Acantilado, z przedmową Pere Gimferrera, poety i wpływowej postaci literatury hiszpańskiej) zaprezentował twórczość poetycką Bolano szerszej publiczności (zwłaszcza dzięki przekładowi angielskiemu z 2008). W roku 2000 wyszedł szczupły tomik Tres (Trzy), na który składają się melancholijne i fragmentaryczne zapiski „z jesieni w Geronie”, poemat „Los Neochilenos” (Neochilijczycy), będący rozliczeniem z własną generacją, oraz osobliwy, lunatyczny tekst „Un paseo por la literatura” (Spacer po literaturze), czyli oniryczna oda do literatury w pięćdziesięciu siedmiu odsłonach (spójrzmy na numer 12: „Śniło mi się, że któregoś wieczoru ktoś zapukał do moich drzwi. Padał śnieg. Nie miałem pieca ani pieniędzy. Chyba odłączyli mi nawet prąd. A kto stał przed drzwiami? Enrique Linh z butelką wina, wałówką i czekiem Nieznanego Uniwersytetu”; numer 31: „Śniło mi się, że nadszedł koniec świata. I jedyną ludzka istotą, która go kontemplowała, był Franz Kafka. Na niebie tytani walczyli na śmierć i życie. Z wykutej z żelaza ławki parkowej w Nowym Jorku Franz Kafka przyglądał się pożarowi świata”; i numer 37: „Śniło mi się, że pieprzę się z Carson McCullers w półcieniu hotelowego pokoju wiosną 1981 roku. I w irracjonalny sposób czuliśmy się szczęśliwi”).
Cztery lata po śmierci poety, w 2007 roku, ukazał się w końcu ponad czterystustronicowy wybór wierszy z lat 1978-1993 La Universidad Desconocida (Nieznany Uniwersytet; fragmenty tego zbioru ukazały się pierwotnie w 1993 roku). „Sądzę, twierdził Bolano, że w edukacji każdego pisarza istnieje nieznany uniwersytet, który kieruje jego krokami, i który, rzecz oczywista, nie ma stałej siedziby, to latający uniwersytet (una universidad móvil), ponieważ wspólny (común) dla wszystkich.”
Wbrew opinii samego autora, niełatwo odróżnić poezję i prozę w jego twórczości. Przy innej okazji sam zauważył zresztą: „Nicanor Parra mówi, że najlepsze powieści napisano w metrum. A Harold Bloom mówi, że najlepszą dwudziestowieczną poezję napisano prozą. Zgadzam się z obydwoma”. Oczywiste rozgraniczenie narzuca forma graficzna; jednak wiele wierszy Bolano to małe opowieści, a wiele jego opowiadań to poetycka proza. „Moja poezja i moja proza są ciotecznym rodzeństwem, które dobrze się z sobą dogaduje. Moja poezja jest platońska, moja proza arystoteliczna. Obydwie czują wstręt do dionizyjskości (lo dionisíaco), obydwie wiedzą, że dionizyjskość wygrała”, mówił w jednym z wywiadów. Przechodząc do beletrystyki, której niemal wyłącznie poświęcił ostatnią dekadę swego życia, wspomnijmy najpierw o młodzieńczym dziele, powieści napisanej wspólnie z Antonim Garcíą Porta (przyjacielem autora, dziś także znanym pisarzem hiszpańskim) i wydanej w 1984 roku (wznowionej w 2006), Consejos de un discípulo de Morrison a un fanático de Joyce (Rady zwolennika Morrisona dla fanatyka Joyce’a). Ksiażka jest zapowiedzią późniejszej prozy Bolano: intryga kryminalna osnuta wokół śmierci młodego barcelończyka, Ángela Rosa, tworzy oś przesiąkniętej literacko-filmowymi nawiązaniami opowieści o Barcelonie lat osiemdziesiątych, odkrywanej w rytmie halucynacyjnej muzyki The Doors. W 1993 roku ukazuje się La pista de hielo (Lodowisko), rozpisana na trzy męskie głosy powieść o krótkim i intensywnym życiu Nurii Martí, pięknej i utalentowanej łyżwiarki, będącej przedmiotem pożądania wielu mężczyzn w miasteczku Z, gdzieś na Costa Brava. Kiedy Nuria wypada nieoczekiwanie ze składu drużyny olimpijskiej, jeden z jej adoratorów, urzędnik miejski, buduje dla niej w sekrecie lodowisko, korzystając z powierzonych mu państwowych pieniędzy. Tego lata Z staje się areną, na której rozegra się dramat zazdrości, korupcji, miłości, zdrady i zbrodni.
W 1996 roku ukazuje się wyjątkowa książka Bolano, La literatura nazi en América (Literatura nazistowska w Ameryce). Ten niezwykły widmowy leksykon – mistyfikacja gatunkowa jest na tyle udana, że w niejednej bibliotece i wielu księgarniach książkę tę znajdziemy w dziale nie literackim, lecz popularnonaukowym – gromadzący noty biograficzne większego i mniejszego kalibru nikczemników to, by sparafrazować Danilo Kiša, trzydzieści jeden rozdziałów pewnej wspólnej historii. Kiš pojawia się tu oczywiście nieprzypadkowo: Bolano nie wspomina wprawdzie o serbskim pisarzu na kartach Entre paréntesis, ale jest raczej niemożliwym, żeby go nie znał (nawiasem mówiąc, książki Kiša wydaje w Hiszpanii także wydawnictwo Acantilado); wydaje się, że podobnie jak Borges stanowi dlań naturalny punkt odniesienia. Metoda, którą Kiš przejął od Borgesa, a Bolano, jak wolno sądzić, od obydwu (a także, jak sam pisze, od będącego inspiracją dla wszystkich pozostałych autora Vies imaginaires, Żywotów urojonych, Marcela Schwoba oraz Rodolfo Wilcocka, piszącego po włosku pisarza argentyńskiego), zasadza się zasadniczo na tworzeniu misternego splotu faktów i fikcji, i prezentowaniu efektów tej pracy w przebraniu materiału dokumentalnego. Z Kišem łączy Bolano pewna ukryta symetria: podczas gdy ten pierwszy dokumentuje w Grobowcu dla Borysa Dawidowicza siedem egzemplarycznych urojonych żywotów ludzi zmiażdżonych w machinie komunistycznego terroru, ten drugi szkicuje portrety trzydziestu jeden ideologów faszyzmu – nietrudno jednak wyobrazić sobie w latach siedemdziesiątych doktora Taube w Chile czy Czelustnikowa w Peru, równie łatwo jak, kilkanaście lat wcześniej, rodzinę Mendiluce w Moskwie albo Italo Schiaffino w Polsce. Jakich literatów portretuje Bolano? Weźmy choćby Silvia Salvático, urodzonego w 1901 roku w Buenos Aires, i zmarłego w tymże mieście dziewięćdziesiąt trzy lata później. „Jego młodzieńcze projekty obejmowały powtórne wprowadzenie inkwizycji, publicznych kar cielesnych, permanentnej wojny, przeciwko Chilijczykom, Paragwajczykom albo Boliwijczykom, jako pewnej formy gimnastyki narodowej, męską poligamię, eksterminację południowoamerykańskich Indian w celu uniknięcia poważnego zanieczyszczenia rasy argentyńskiej, zmniejszenie praw obywateli pochodzenia żydowskiego, masową imigrację ze Skandynawii gwoli stopniowego rozjaśniania narodowej epidermy, ściemnionej wskutek wieloletniego hiszpańsko-indiańskiego promiskuityzmu, rozdział nieograniczonych czasowo stypendiów literackich, zwolnienie z podatku artystów, stworzenie najpotężniejszych południowoamerykańskich sił powietrznych, kolonizację Antarktydy i budowę nowych miast w Patagonii. Był piłkarzem i futurystą.” Oczywiście Bolano nie przypadkiem pisze o faszyzujących pisarzach południowo- i północnoamerykańskich. W wywiadzie dla hiszpańskiego pisma literackiego Lateral mówi tak: „Przedstawiam świat skrajnej prawicy, ale w rzeczywistości mam czasem na myśli coś innego. Szukam tylko obrazu, który najłatwiej skarykaturować. Kiedy piszę o nazistowskich pisarzach obu Ameryk, piszę właściwie o czasie heroicznym, lecz o wiele częściej nikczemnym świecie literatury w ogólności”. I dodaje gdzie indziej: „Tam, gdzie mowa o nazistach, można czytać także ‘staliniści’. Można by nawet czytać ‘przeciętne skurwysyny’. 
W roku 1997 ukazuje się pierwszy tom opowiadań Llamadas telefónicas (Rozmowy telefoniczne), zawierający czternaście utworów, cztery lata później dołączy do niego tom Putas asesinas (Mordercze kurwy) z kolejnymi trzynastoma. Jak je scharakteryzować? W eseju On Writing (O pisaniu) Raymond Carver, jeden z literackich mistrzów Bolano, przytacza i komentuje słowa angielskiego krytyka  i pisarza V. S. Pritchetta, który definiuje opowiadanie (short story) jako „something glimpsed from the corner of the eye, in passing”, a więc jako coś dostrzeżonego kątem oka w przelocie, coś, co nim się spostrzegliśmy, mignęło nam tylko przed oczyma, ale zdążyliśmy to jeszcze w biegu zarejestrować. Taki jest punkt wyjścia wszystkich zawartych w obu tomach opowiadań – czasem historii kryminalnych, innym razem opowiastek obyczajowych, czasem opowieści paraautobiograficznych, innym razem osobliwych fantasmagorii. Łączy je łatwo rozpoznawalny styl – Bolano jest pisarzem obsesyjnie starannym, jakby wciąż pamiętając o uwadze Carvera, że „koniec końców wszystkim co mamy, są słowa, i lepiej byłoby, żeby były to te właściwe, ze znakami interpunkcyjnymi we właściwych miejscach, tak żeby najlepiej zdołały powiedzieć to, co mają powiedzieć”.
W 1998 wychodzi drukiem powieść Los detectives salvajes, czyli, jak mówi sam autor, „powieść detektywistyczna, lecz także roman-fleuve i Bildungsroman”. Owa pikarejska opowieść edukacyjna składa się z trzech części; pierwsza, „Meksykanie zagubieni w Meksyku” (Mexicanos perdidos en Méxio), obejmuje dwa ostatnie miesiące 1975 roku i opowiada o perypetiach młodego poety Juana Garcíi Madero, który właśnie dołączył do grupy trzewiorealistów (el realismo visceral); w drugiej, zatytułowanej „Dzicy detektywi” (Los detectives salvajes), autor wysyła Ulisesa Limę i Artura Belano (czyli powieściowych dublerów Maria Santiago i Roberta Bolano), inicjatorów kierunku trzewiorealizmu (wzorowanego oczywiście na infrarealizmie), w dwudziestoletnią (1976-1996) odyseję (całą historię poznajemy ze splecionych relacji trzydziestu ośmiu osób, które w różnym czasie i w różnych miejscach zetknęły się z bohaterami); w końcu trzecia część tej zwariowanej historii, „Sonora” (Los desiertos de Sonora), podejmuje wątek przerwany wraz z końcem części pierwszej i opowiada o pierwszych dwóch miesiącach roku 1976, kiedy to Lima i Belano (dołącza do nich także Madero, ponownie przejmując funkcję narratora) pomagają prostytutce Lupe wymknąć się ścigającemu ją alfonsowi, oraz poszukują przy okazji matki-założycielki ruchu, poetki Cesárei Tinajero (i odnajdują ją nieoczekiwanie na pustyni Sonora). Los detectives salvajes to dowcipny portret awanturniczych artystów z czasów górnej i durnej młodości, gorzki portret pokolenia, które wierzyło w poezję w czasach niesprzyjających szczęściu, tragikomiczny portret Ameryki Łacińskiej ostatniego ćwierćwiecza minionego wieku.
Bohaterką kolejnej książki, mikropowieści Amuleto (Amulet, 1999), jest Auxilia Lacouture, postać pojawiająca się przelotnie także w Dzikich detektywach,  obłąkana poetka skrywająca się dwa tygodnie w toalecie Uniwersytetu Meksykańskiego (także ta niewiarygodna historia zdarzyła się naprawdę, urugwajska poetka Alcira Soust ukrywała się tak długo przed policją przeszukującą i aresztującą studentów w roku 1968). Monsieur Pain, książka opublikowana w 1999, ale będąca przeróbką prozy pt. La senda de los elefantes (Ścieżka słoni) z 1982 roku, osnuta jest wokół tragicznej śmierci Césara Vallejo, wybitnego poety peruwiańskiego, który w 1938 roku zmarł w Paryżu z powodu braku środków do życia; Bolano każe mu cierpieć na tajemniczą czkawkę, której uleczenia podejmuje się młody mesmerysta Pierre Pain (w czym usilnie stara się mu przeszkodzić dwóch tajemniczych Latynosów). W końcu Chilijski nokturn (Nocturno de Chile, 2000) , książka szczególnie ceniona przez samego autora (nie tylko z racji zawartości, lecz i zwartości, jaką poza tym udaje się uzyskać jedynie w poezji), jest spowiedzią starego księdza Sebastiána Urrutia Lacroix, który opowiadając o swoim (niekoniecznie chlubnym) życiu, opowiada także o dramatycznej historii Chile w XX wieku. Również tu fikcja miesza się z rzeczywistością, autentyczne postacie spotykają fikcyjnych bohaterów, sny okazują się jawą, a jawa – koszmarnym snem. W roku 2002 wychodzi książka Amberes (Antwerpia), pięćdziesiąt cztery fragmenty pozornie kryminalnej historii. Książka powstała dwadzieścia lat wcześniej, ale Bolano wstrzymywał się z publikacją. Czytając ją dziś, widać, jak mówi Ignacio Echevarría, że to Big Bang talentu autora. Sam Bolano twierdził, że in nuce zawiera wszystkie ważne dla niego tematy. W tym samym roku wychodzi Una novelita lumpen (Romansidło lumpenproletariackie), osadzona w Rzymie historia nastoletniej Bianki i jej brata, którzy, po tragicznej śmierci rodziców, sami muszą sobie radzić w wielkim mieście. Po rozczarowujących próbach utrzymania się z legalnej pracy, brat wpada na pomysł obrabowania zapomnianej gwiazdy filmowej; jego plany pokrzyżuje jednak nieco nieprzewidywalny charakter siostry. Wydany w roku 2003 zbiór El gaucho insufrible (Nieznośny gaucho) jest ostatnią książką przygotowaną jeszcze przez samego autor (ukazała się zaledwie kilkanaście dni po jego śmierci), i zawiera pięć opowiadań oraz dwa eseje, w tym bardzo osobisty na temat splotu choroby i literatury. Wymowne jest otwierające książkę motto z Franza Kafki: „Vielleicht werden wir also gar nicht sehr viel entbehren“ („Może więc wcale nie odczujemy tak wielkiej straty”). Jedno z opowiadań z tego zbioru, „El policía de las ratas” (Szczurzy policjant), którego bohaterem jest krewny śpiewaczki Józefiny, patrolujący nieustraszenie miejskie kanały, to wspaniały hommage dla Franza Kafki, pisarza uznawanego przez Bolano za najważniejszego (obok Borgesa) zarówno dla siebie, jak i całej dwudziestowiecznej literatury. Wybór Entre paréntesis  (Nawiasem mówiąc) z roku 2004 to przygotowany przez bliskiego przyjaciela Bolano, krytyka Ignacia Echevarría (wyznaczonego także, obok żony, na wykonawcę testamentu i opiekuna spuścizny) zbiór rozrzuconych po różnorakich pismach esejów, wykładów, wywiadów i krótkich not, jakie autor opublikował bądź wygłosił w ciągu ostatnich lat. W tymże roku wydano także opus magnum Bolano, powieść 2666, o której zaraz opowiemy dokładniej. Kolejna książka, która ukazała się już po śmierci autora, to El secreto del mal (Sekret zła, 2007), zbiór dziewiętnastu opowiadań, nad którymi pracował tuż przed śmiercią, utworów w znacznej mierze fragmentarycznych. Na marzec 2010 zapowiadana jest publikacja odnalezionego w papierach pisarza manuskryptu – czy raczej pliku odnalezionego na twardym dysku osobistego komputera – powieści El tercer Reich (Trzecia Rzesza). Tytuł pochodzi od nazwy gry planszowej, a książka opowiada o toczonym na wybrzeżu Costa Brava pojedynku niemieckiego mistrza gier wojennych i jego tajemniczego południowoamerykańskiego przeciwnika. Wolno się spodziewać, że kolejne lata przyniosą jeszcze jakieś nieznane publikacje (Póstumo, powiedział w ostatniej rozmowie, „brzmi jak imię rzymskiego gladiatora. Niezwyciężonego gladiatora. Albo przynajmniej w to chciałby wierzyć biedny Póstumo, żeby dodać sobie odwagi”);  z pewnością jednak żadna z nich nie przewyższy widzialnego dziś dzieła,  a zwłaszcza utworu szczególnego – powieści 2666.
Pomysł książki narodził się prawdopodobnie już na początku lat dziewięćdziesiątych (albo wcześniej, ponieważ nazwisko Benno von Archimboldi pojawia się w notatkach autora po raz pierwszy w roku 1988), i kolejne lata, wypełnione realizacją wielu innych zamysłów literackich, poświęcone były także równoczesnemu kompletowaniu potrzebnych materiałów oraz, zależnie od okresu, mniej lub bardziej intensywnej pracy nad powieścią. Najważniejszą dla samego autora, co wielokrotnie podkreślał – już to w żartach nazywając ją klasyczna powieścią roku 2300, już to przewidując w czarnych barwach, że nigdy nie zdoła jej ukończyć. Owo defetystyczne proroctwo na szczęście nie miało się ziścić, i skoro dziś niektórzy nazbyt pośpiesznie i nieuważnie czytający krytycy nazywają 2666 powieścią niedokończoną, to właśnie od wyjaśnia wątpliwości związanych z jej powstaniem należy rozpocząć. W nocie dołączonej do pierwszego hiszpańskiego wydania książki Ignacio Echevarría zapewnia, że Bolano traktował książkę jako skończoną – nawet jeśli, rzecz oczywista, z pewnością naniósłby jeszcze jakieś poprawki, gdyby tylko dane mu było to zrobić. Prawdopodobnie nie zdążył przejrzeć tak solidnie, jak to planował, ostatniej części książki. Nazywanie jednak z tego powodu całej książki „potężnym zrębem” (jak czynili to incydentalnie krytycy zachodnioeuropejscy) jest zwyczajnym nieporozumieniem. W tym sensie „potężnym zrębem” byłyby bardziej, dajmy na to, Biesy Dostojewskiego, zmienione w sporych partiach na życzenie cenzury, albo opowiadania z tomu O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości Carvera, dogłębnie przeredagowane, jak się niedawno dowiedzieliśmy, przez jego redaktora, Gordona Lisha. Nie jest też 2666 w żadnym wypadku powieścią niedokończoną w takim sensie, w jakim niedokończone (literalnie) są Bouvard i Pécuchet Flauberta, Martwe dusze Gogola czy Człowiek bez właściwości Musila. Jedyną „niedokończonością”, o jakiej można w tym wypadku sensownie mówić, jest pewna programowa niedomkniętość strukturalna: z analogiczną sytuacją mamy do czynienia nie tylko w Zamku Kafki, ale i w innych utworach samego Bolano – „niedokończenie” jest niejako wpisane w ich istotę. Opisując tytułowe opowiadanie z tomu El secreto del mal Bolano pisał tak: „To opowiadanie niedokończone (inconcluso), ponieważ ten typ historii nie ma zakończenia (un final)”. Ta uwaga dotyczy w pewnym sensie całego pisarstwa Bolano, zwłaszcza jednak właśnie powieści 2666. Historia, jaką opowiada, otóż historia ta nie może mieć żadnego konkluzywnego zakończenia: przechadzająca się po gościńcu powieść pozwala nam towarzyszyć sobie przez chwilę w wędrówce. 
Jeśli chodzi o formalną budowę dzieła, wydanie hiszpańskie liczy 1126 stron, które zawierają pięć części powieści: część pierwsza (La parte de los críticos; Część krytyków) obejmuje 196 stron, część druga (La parte de Amalfitano; Część Amalfitano) 84 strony, część trzecia (La parte de Fate; Część Fate’a) 148 stron, część czwarta (La parte de los crímenes; Część zbrodni) 352 strony, część piąta (La parte de Archimboldi; Część Archimboldiego) 328 stron. Niedługo przed śmiercią Bolano zrezygnował z pierwotnego zamiaru wydania wszystkich części jako całości i poprosił Jorge Herralde’a o sukcesywną, coroczną publikację poszczególnych części jako samodzielnych książek. Ta zadziwiająca decyzja (jakkolwiek każdą z części można z pożytkiem i bez przykrości czytać jako osobną całość, dopiero lektura wszystkich uzbraja książkę, czyniąc z niej literacką bombę, zdolną rozbić zamarznięte morze w nas) wiązała się z troską o zabezpieczenie przyszłości materialnej dwójki swoich dzieci, Alexandry (8) i Lautara (18), którym notabene książka jest dedykowana. Po dogłębnym rozważeniu wszystkich za i przeciw spadkobiercy autora uznali jednak za uzasadnione sprzeciwienie się temu postanowieniu i powrót do pierwotnych założeń; stąd też książka ukazała się w całości. Aby przynajmniej częściowo uczynić zadość życzeniu autora postanowiono opublikować w niedalekiej przyszłości wszystkie pięć tomów jako osobne książki. Dodajmy na zakończenie tych wstępnych uwag, że na początku roku 2009 zamknięty światek literacki zelektryzowała wiadomość podana w barcelońskim dzienniku La Vanguardia o odkryciu planowanej szóstej części powieści; tymczasem wiadomo już, że chodzi raczej o wstępne prace nad rozszerzeniem drugiej, najkrótszej części (La parte de Amalfitano). Znalezione fragmenty zapewne zostaną niebawem opublikowane, jednak podkreślmy raz jeszcze – powieść 2666 wydano na podstawie osobiście dostarczonej wydawcy ostatecznej wersji (kolacjonując ją z wcześniejszymi wariantami dostępnymi na komputerze) i – jeśli pominiemy cały medialny spektakl dociekań i domniemań i po prostu oddamy się lekturze – jest ona w swej obecnej formie absolutnie skończonym arcydziełem.


Gwiazda daleka. Planeta Roberta Bolaño - cz. 2