Ameryką rządzą masoni Wojciech Orliński 1/28/2010 12:00:00 AM Zródło: Gazeta.pl
Masoni mają dziwaczne rytuały i są podobno na mnie wściekli za ich ujawnienie. Ale powinni być zadowoleni, że piszę o nich z szacunkiem - mówi Dan Brown, autor książki "Zaginiony symbol", która ukazała się nakładem Albatros A. Kuryłowicz i Sonia Draga


Czy pan naprawdę wierzy w swoje teorie spiskowe, czy też traktuje je pan tylko jako rozrywkę?

- To także rozrywka. Traktuję poważnie to, o czym piszę w swoich powieściach w takim sensie, że ich część historyczną staram się przedstawiać jak najrzetelniej, na podstawie starannej dokumentacji. Jej gromadzenie trwa u mnie więcej niż samo pisanie. Moje powieści służą rozrywce, ale traktują o bardzo poważnych tematach, o których ja też staram się pisać z powagą.

W najnowszej powieści pisze pan o masonach i mam wrażenie, że to pierwszy spisek opisany przez pana z sympatią.

- Tak właśnie jest. Zanim cokolwiek napisałem - więcej, zanim w ogóle zacząłem obmyślać fabułę - wnikliwie przestudiowałem historię masonerii. Gdybym w wyniku tych badań ustalił, że to jakaś mroczna, złowroga siła, wymyśliłbym inną powieść. Ale w ich toku nabierałem podziwu dla filozofii masonów, dla ich koncepcji wiary uniwersalnej, ich przywiązania do filantropii. Owszem, mają dziwaczne rytuały, o których sporo piszę. Z tego, co wiem, są na mnie wściekli za ich ujawnienie. Ale powinni być zadowoleni, że piszę o nich z szacunkiem.

Czy masoni zareagowali? Miał pan oficjalny protest Opus Dei przy okazji poprzedniej powieści...

- Były pojedyncze reakcje poszczególnych masonów, ale nie przypominam sobie oficjalnego stanowiska organizacji jako takiej. Najbardziej jestem dumny z komentarzy typu "skąd on wydostał te informacje?". Bo ujawniam dużo szczegółów dotyczących samej organizacji.

Jak to właściwie działa: oni z jednej strony są tajnym stowarzyszeniem, a z drugiej mają całkiem jawne siedziby i jawnych przedstawicieli?

- Masoneria ukrywa przed społeczeństwem wiele sekretów, ale sam fakt istnienia do nich nie należy. Dam panu prosty przykład: na pewno słyszał pan o firmie Apple Computer. Ta firma ma jawny adres, może pan pojechać do tego budynku, gdzie przywitają pana uprzejmi recepcjoniści. Będzie pan mógł zrobić zakupy w miejscowym sklepiku z pamiątkami itd.

Ale czy wpuszczą pana o krok dalej? Pozwolą obejrzeć projekty nowych urządzeń? Nie ma mowy. Nie oznacza to jednak, że obserwując od zewnątrz działalność firmy, nie można odgadywać pewnych rzeczy na podstawie racjonalnych przesłanek i wiarygodnych przecieków. Czy rzeczywiście za dwa tygodnie pokażą nowy tablet, czy nie - możemy snuć spory na podstawie dostępnych informacji i obserwacji.

Nowy tablet - to jest sekret nawet dla Dana Browna?

- O tak! Czekam z niecierpliwością na wyjaśnienie zagadki, tak samo jak reszta świata. Mam nadzieję, że plotki się potwierdzą, bo zapowiada się bardzo ciekawe urządzenie.

Czyli mogę siedzibę masonerii w USA po prostu odnaleźć w książce telefonicznej i sobie tam pójść...

- I odnajdzie pan ciekawy architektonicznie budynek, w którym nikt nie otworzy panu drzwi. Albo w najlepszym wypadku jakiś portier powie, że to tylko dla członków.

Czy w pańskim rodzinnym mieście Exeter w stanie New Hampshire jest loża masońska?

- Oczywiście! Siedzę w tej chwili w najwyższym budynku w Exeter, który ma osiem pięter, i widzę miejscową lożę masońską przez okno. Jest na Water Street, przy rzece Exeter.

Ale jeśli zapytam, czy pan do niej należy, odpowiedzią będzie wymowne milczenie?

- Nie, mogę udzielić prostej odpowiedzi: nie należę i nie mógłbym należeć do masonerii. Nie dlatego, że jestem jej ideowym wrogiem - jak już mówiliśmy, odnoszę się do masońskiej filozofii z dużym szacunkiem, ale ja po prostu nie mógłbym należeć do żadnej tajnej organizacji. Znacznie więcej przyjemności sprawia mi ujawnianie sekretów niż ich dochowywanie. Sama myśl, że wstępując do tajnej organizacji, blokowałbym sobie możliwość napisania o niej książki, sprawia, że odrzucił bym zaproszenie.

Czytałem, że to pański ojciec wychował pana na odkrywcę sekretów?

- Nie wiem, czy taka była jego intencja, ale rzeczywiście trochę tak to się ułożyło. Mój ojciec jest matematykiem, autorem podręczników. Szyfry i kody były jego pasją i udało mu się nią nas zarazić. Rankiem w Boże Narodzenie, gdy schodziliśmy zobaczyć nasze prezenty pod choinką, zamiast paczuszek odnajdywaliśmy zakodowaną wskazówkę. Ta wskazówka mogła nas prowadzić do lodówki, a w lodówce mogła być następna zaszyfrowana wiadomość, żeby szukać w garażu. Boże Narodzenie oznaczało dla nas dzień wielkiego poszukiwania skarbów. Wszyscy to uwielbialiśmy.


Więc to pański ojciec wymyślił formułę, którą dziś nazwiemy "powieść w stylu Dana Browna"?

- Pisarstwo polega na tym, że piszesz o tym, co uwielbiasz, i masz nadzieję, że innym ludziom też się spodoba. W moim przypadku na szczęście to się sprawdziło. Ojcu zawdzięczam jeszcze jedno: przekonanie, że nauczyciel to doskonały zawód dla bohatera powieści sensacyjnej. Robert Langdon to mieszanka różnych nauczycieli, których spotkałem na swojej drodze edukacji, między innymi mojego ojca. To zawód, który darzę ogromnym szacunkiem. Kilka lat temu założyłem z najbliższą rodziną fundację, która wpłaca znaczące sumy na działalność uczelni, w której siedzę właśnie teraz: Phillips Exeter Academy, gdzie wykładał także mój ojciec. Książki przynoszą mi wielkie pieniądze, z czego się oczywiście bardzo cieszę, ale ponieważ niespecjalnie interesują mnie jachty czy prywatne odrzutowce, odkryłem, że najwięcej frajdy sprawia mi wydawanie ich na rozwój edukacji czy ochrony środowiska.

A skąd zaczerpnął pan inny element typowej powieści Dana Browna - zagęszczenie akcji tak, by się rozgrywała w ciągu jednej doby lub nawet jednego dnia? To nie jest przecież typowe, akcja powieści Roberta Ludluma czy Stephena Kinga często rozpisana jest na miesiące, nawet lata.

- U mnie to się sprawdza, po pierwsze, dlatego że zmusza mnie to do wydajnego pisania książki. Gdy zbieram dokumentację, przygotowując się do pisana, mam znacznie więcej informacji, niż to się mieści w książce. Muszę się pilnować, żeby nie zanudzić czytelnika nadmiarem, więc ostatecznie mieści się tyle, ile mój bohater może wyjaśnić w tak krótkim czasie.

Po drugie, czytelnik ma dzięki temu większe poczucie realności akcji, bo czas lektury zbiega się z czasem czytania. Te powieści również da się przeczytać jednym ciągiem w 12-24 godziny. To daje złudzenie, że historia dzieje się właśnie teraz - i czyni ją bardziej ekscytującą.

Ale to ogranicza wybór - ile jeszcze da się wymyślić historii, w których amerykański profesor musi coś załatwić w 24 godziny?

- W ogóle nie ma takiego problemu! Luksus powieściopisarza jest w tym, że dzięki retrospekcjom można w 24-godzinnej ramce zmieścić dowolne wspomnienia. Akcja "Zaginionego symbolu" rozgrywa się w ciągu 12 godzin, ale poznajemy w ich toku przeszłość Molocha, a więc dowiadujemy się o wydarzeniach sprzed wielu lat. Nie mówiąc już o informacjach dotyczących historii starożytnej. Pojawiają się też proroctwa dotyczące przyszłości.

Myślałem, że akcję każdej swojej powieści będzie pan już umieszczać w jakiejś turystycznie atrakcyjnej miejscowości typu Paryż czy Rzym. Dlaczego wybrał pan teraz Waszyngton, nudne miasto biurokratów?

- Uważam, że Waszyngton to magiczne miasto, które ma całą architektoniczną intrygę i majestat Paryża czy Rzymu. Mamy tu obeliski, zabytki klasycyzmu, sekretne przejścia, krypty i katedry. Chciałem wreszcie oddać należny szacunek swojemu krajowi i jego historii, naszym własnym zagadkom z przeszłości. Na początku mojej powieści profesor Langdon pyta swoich studentów, ilu z nich było w Rzymie, i podnosi się las rąk. Potem pyta, ilu było w Waszyngtonie - i okazuje się, że nikt. Langdon zwraca im uwagę, że tu też jest co zwiedzać.

W pańskiej powieści pojawia się noetyka, którą ja osobiście - jako sceptyk - traktuję jako jeszcze jedną paranaukę. W "Zaginionym symbolu" opisuje pan ją bardzo serio. Naprawdę w nią pan uwierzył?

- Tak jak pan uważam siebie za sceptyka. Przygotowania do tej powieści trwały tak długo także dlatego, że najpierw musiałem sprawdzić, jak opisywać noetykę. Chciałem się upewnić, czy wszystkie eksperymenty, na jakie się powołują, naprawdę wykonano i czy miały naprawdę takie rezultaty. Dziś jestem pewien, że noetyka to prawdziwa nauka. I moim zdaniem, będzie o niej bardzo głośno za kilka lat, zapowiadają się rewolucyjne zmiany w fizyce i psychologii. Kiedy kilkanaście lat temu w "Cyfrowej twierdzy" napisałem, że rząd czyta nasze maile, spotykałem się z reakcją, że to paranoja, że to przecież niemożliwe. Teraz już wszyscy wiemy, że e-mail to nie jest bezpieczny środek łączności. Myślę, że podobnie będzie z tymi, którzy kwestionują wątek noetyki w tej powieści.

Czy zdarza się panu częściej, że podczas gromadzenia dokumentacji zmienia pan pogląd na jakąś sprawę?

- Oczywiście! Podobnie było z historią chrześcijaństwa, jaka jest pokazana w "Kodzie Leonarda Da Vinci". Nie obchodzi mnie, czy inni ludzie wierzą w to, co ja, ale po wszystkim, co na ten temat przeczytałem, teoria z Marią Magdaleną wydaje mi się bardziej przekonująca od tego, czego uczą na katechezie w szkółkach niedzielnych.

Ustalił pan, jakie są obecne wpływy masonerii w USA - czy kontrolują parlament, a może i Biały Dom?

- Wielu masonów jest w Kongresie, wielu jest na czele służb specjalnych, ale nie na tym polegają ich wpływy. Ważniejsze jest to, że masońska filozofa, która stawia na humanistyczny uniwersalizm i unikanie dyskryminacji, stała się jakby intelektualnym DNA wielu polityków, którzy niekoniecznie muszą należeć do masonerii. Masoni są mistrzami wywierania wpływu pośrednio. Nie chodzi o to, że kierownictwo sekretnie wydaje polecenie swoim podwładnym, tylko że osoba ciesząca się dużym autorytetem sprawia, że inni dobrowolnie za nią podążają.

Z pańskiej powieści wyniosłem wrażenie, że filozofia masonerii jest ściśle związana z tym, co nazywamy amerykańskim snem: mitem o stworzeniu idealnego społeczeństwa na nowej ziemi, społeczeństwa, w którym wszystko jest możliwe, bo nic nie ogranicza ludzkiej przedsiębiorczości...

- Bardzo się cieszę, że tak pan to odebrał, bo tak to sam postrzegam. Częstym błędem jest powoływanie się na chrześcijańskie korzenie Stanów Zjednoczonych. Otóż nasi ojcowie założyciele nie byli chrześcijanami, byli deistami. To jest wiara w Boga, który stworzył świat, ale nie zajmuje się nim na bieżąco, więc nie można u niego wymodlić powodzenia. To jest wiara bliska masonerii. Ona ma chrześcijańskie korzenie, ale to nie jest chrześcijaństwo. W Ameryce wciąż słyszymy, że szanując wartości chrześcijańskie, szanujemy korzenie tego narodu - a to po prostu nieprawda. Ameryka stała się krajem chrześcijańskim dużo później.

To kim byli purytańscy osadnicy ze statku Mayflower?

- Na tym statku nie wszyscy byli purytanami! Nie twierdzę, że Amerykę zakładano z wrogimi intencjami wobec chrześcijaństwa. Twierdzę, że nie zakładano jej jako narodu chrześcijańskiego. Ideałem ojców założycieli było otwarcie na różne religie i różne sposoby oddawania czci stwórcy, w tym na chrześcijaństwo.

Mamy dziś tutaj religijną prawicę, która z czysto politycznych powodów chce, byśmy wierzyli, że Ben Franklin, Thomas Jefferson i Jerzy Waszyngton byli chrześcijanami pragnącymi stworzyć chrześcijańskie państwo. To po prostu nieprawda. Jefferson napisał przecież słynną "Biblię Jeffersona", czyli Pismo Święte, z którego usunięto wszystkie cuda i zjawiska nadprzyrodzone, pozostawiono zaś nauki moralne.

Różnica między chrześcijańskim teizmem a wyznawanym przez naszych ojców założycieli deizmem polega na zupełnie innej wizji filozoficznej. Chrześcijanin wierzy, że Bóg czuwa nad nami i można go jakoś uprosić czy ubłagać modlitwą, żeby nam pomagał. Deista powie, że owszem, ten świat stworzyła jakaś wyższa istota, której jesteśmy winni szacunek. Ale tak poza tym jesteśmy tu już sami i musimy się wziąć do roboty.


W Polsce sensację wzbudziła wiadomość, że Ali Agca zaproponował panu współpracę w pisaniu nowej książki o tajemnicach Watykanu. Czy to prawda?

- Też usłyszałem to w telewizji, ale listu od Ali Agcy nigdy nie widziałem na oczy. Nawet gdyby go przysłał, to sam list nigdy by do mnie nie dotarł. Zatrudniam ludzi, których zadaniem jest odrzucanie tego typu przesyłek od tego typu nadawców. Nie wiem, czy taka propozycja w ogóle była wysłana, i nie jestem nią zainteresowany. Mam dość własnych pomysłów na książki.

Dan Brown (ur. 1964) to autor bestsellerowych powieści takich jak "Kod Leonarda Da Vinci" czy "Anioły i demony". Obie sfilmowano z Tomem Hanksem w roli ulubionego bohatera Dana Browna: profesora Roberta Langdona, specjalisty od zagadkowych symboli i tajnych stowarzyszeń. W najnowszej powieści profesor Langdon rusza tropem wolnomularzy, organizacji władającej z ukrycia Stanami Zjednoczonymi. Tajemniczy zbrodniarz o pseudonimie Moloch porywa masońskiego przywódcę, grożąc ujawnieniem sekretów, które mogą zatrząść sceną polityczną. Langdon rusza w pościg za Molochem, który prowadzi go po znanych i mniej znanych budynkach w Waszyngtonie: Kapitolu, Bibliotece Kongresu, pomniku Jerzego Waszyngtona, siedzibie CIA i katedrze narodowej. Pomaga mu Katherine Solomon, badaczka noetyki. Noetyka to nie wymysł Browna, ale kontrowersyjna paranauka wymyślona przez astronautę Edgara Mitchella, który twierdzi, że w roku 1971 doznał objawienia, obserwując Ziemię z pokładu wracającego z Księżyca statku Apollo 14. Mitchell namówił biznesmena Paula Temple'a do założenia w Kalifornii Instytutu Noetycznego zajmującego się parapsychologią i medycyną alternatywną. Noetycy twierdzą, że zgromadzili naukowe dowody na bioenergoterapię, postrzeganie pozazmysłowe i życie pozagrobowe. Ponieważ działają poza światem oficjalnej nauki (zamiast dostarczać swoje publikacje do prasy branżowej, publikują je sobie sami), świat nauki generalnie nie traktuje ich poważnie.


Z Danem Brownem rozmawiał Wojciech Orliński