SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Niech pana Bóg błogosławi, panie Vonnegut Wojciech Orliński 4/12/2007 12:00:00 AM Zródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl
We wtorek w Nowym Jorku zmarł Kurt Vonnegut, największy pesymista wśród najważniejszych amerykańskich pisarzy XX wieku

Umarł Kurt Vonnegut.

Zdarza się.

Tak pewnie on sam poinformowałby o swojej śmierci. Do mistrzostwa opanował sztukę budowania napięcia za pomocą krótkich, jednozdaniowych (czasem wręcz jednowyrazowych) akapitów, które puentował tymi słowami brzmiącymi jak buddyjski koan: "zdarza się" - "so it goes". W tej technice napisana była jedna z jego najwybitniejszych powieści - "Rzeźnia numer pięć" (1969). Słynne "zdarza się" pada tam aż 106 razy.

W tej powieści Vonnegut sięgnął po raz pierwszy do swoich wojennych doświadczeń. Podczas kontrofensywy w Ardenach przyszły pisarz w wieku 22 lat dostał się do niemieckiej niewoli. Trafił do obozu jenieckiego zaimprowizowanego w dawnej rzeźni w Dreźnie i stał się naocznym świadkiem nalotu dywanowego na Drezno.

Przez pierwsze lata po II wojnie światowej temat wojennych cierpień ludności niemieckiej był traktowany jak tabu nawet w samych Niemczech, nie mówiąc już o krajach alianckich. W Norymberdze sądzono hitlerowców za zbrodnie wojenne polegające m.in. na celowym i świadomym zastraszaniu przeciwnika przez masowe mordy na ludności cywilnej jak podczas bombardowań brytyjskich miast podczas bitwy o Anglię. Naloty na Tokio, Drezno czy Hamburg - podczas których alianci robili dokładnie to samo - należało w tej sytuacji przemilczeć, by nie podważać podstaw Norymbergi i powojennego ładu.

Prawie wszyscy Amerykanie w drezdeńskim obozie jenieckim zginęli od bomb rzucanych przez ich towarzyszy broni. Vonnegut był wśród dosłownie kilku, którzy przeżyli. To traumatyczne doświadczenie naznaczyło go jednak na całe życie. Vonnegut, co zdradza jego nazwisko, przyszedł na świat w rodzinie pochodzenia niemieckiego. Dla niego śmierć w amerykańskim mundurze od angielskich bomb podczas wojny z Niemcami byłaby rzeczą szczególnie absurdalną.

Jakby tego jeszcze było za mało, niespełna rok przedtem matka przyszłego pisarza popełniła samobójstwo. Gdy Kurt Vonnegut wrócił na przepustkę do kraju, zamiast w rodzinnej idylli uczestniczył w rodzinnej tragedii. Jego ojciec Kurt Vonnegut senior był wzorem życiowego nieudacznika. W jednym ze wspomnieniowych tekstów Vonnegut pisał: "W wieku 16 lat doszedłem do tego samego wniosku, co moja matka i wszyscy sąsiedzi: że mój ojciec to odrażająca kreatura".

Wróciwszy z domu na front, Vonnegut zgłosił się na ochotnika na zwiadowcę w swojej macierzystej jednostce (106. Dywizji Piechoty). Być może po prostu szukał szybkiego i honorowego zakończenia serii rodzinnych dramatów?

Temat absurdu ludzkiego życia i śmierci jest stałym elementem prozy Vonneguta. Dotyczy to nawet jego wczesnych książek klasyfikowanych jako typowe science fiction. Debiutancka "Pianola" (1952) opisuje świetlaną przyszłość kapitalizmu, w której wszystkie nużące i rutynowe czynności wykonują automaty. Rezultatem tego postępu są jednak masowa nędza i bezrobocie. Szczęściarze, którzy jeszcze mają pracę, dręczeni są nocnymi koszmarami o tym, że ich zawód też komuś uda się zautomatyzować i wylądują na bruku.

Ubocznym wątkiem powieści jest wizyta w USA pewnego dalekowschodniego szacha, który nie potrafi zrozumieć, do kogo należą "wszyscy niewolnicy w tym kraju". Im bardziej Amerykanie próbują mu wyjaśnić, że ludzie pracy w USA nie są niewolnikami, tylko obywatelami z biernym i czynnym prawem wyborczym, tym bardziej szach upewnia się w przekonaniu, że słowo "obywatel" oznacza to samo, co w jego języku słowo "niewolnik".

Druga powieść, "Syreny z Tytana" (1959), zawierała konkretną odpowiedź na pytanie o sens ludzkiego życia. Opisywała serię groteskowych zbiegów okoliczności, w wyniku której bohaterowie wyruszają w podróż kosmiczną i lądują na jednym z księżyców Saturna.

Jeden z nich w dzieciństwie odwiedził fabrykę i zabrał odpad produkcyjny - wyjątkowo fantazyjnie ukształtowany przez obrabiarkę kawałek metalu. Zawsze nosił go przy sobie jako osobisty amulet. Okazuje się, że jest to część zamienna do uszkodzonego statku kosmicznego pewnego mieszkańca planety Tralfamadorii, który musiał awaryjnie lądować na Tytanie i wysłał wezwanie o pomoc do tralfamadorskiej centrali kosmicznego assistance.

W odpowiedzi Tralfamadorianie zainspirowali na Ziemi rozwój ludzkiej cywilizacji. Wszystkie nasze imperia i wojny, religie i filozofie, powieści i ich recenzje w gazetach służyły tylko posuwaniu cywilizacji w takim kierunku, by pewna fabryka wyprodukowała kawałek metalu o dziwnym kształcie, a pewien astronauta z przypadku dostarczył go na Tytana.

Wkrótce potem Vonnegut zrobił pierwszą bezpośrednią próbę pokazania swojego punktu widzenia na II wojnę światową nie jako na walkę dobra ze złem, tylko na krwawy absurd. Efektem była "Matka noc" (1961), powieść po raz pierwszy wydana w Polsce dopiero w 1984 r., i to w drugim obiegu.

Bohater tej powieści był Amerykaninem pracującym w służbie nazistowskiej propagandy. Vonnegut wzorował go na prawdziwej postaci Williama Joyce'a, Brytyjczyka, który w 1946 r. został stracony za zdradę stanu. Bohater powieści również oczekuje na swoją egzekucję, ale różni go od Joyce'a jeden ważny szczegół: w rzeczywistości był amerykańskim szpiegiem.

Czekając na dokumenty mające wykazać jego niewinność, bohater w końcu popełnia samobójstwo - by ukarać siebie nie za zbrodnie przeciwko ludzkości, ale "za zbrodnie przeciwko sobie samemu".

Książki i opowiadania z lat 50. Vonnegut pisał z pozycji amatora. Nie sprzedawały się aż tak dobrze, by stały się dla niego głównym zajęciem. Po powrocie z wojny pisarz wznowił studia i szykował się do kariery profesjonalnego akademika. Uniwersytet Chicago odrzucił jednak jego pracę dyplomową o paralelach między kubizmem w malarstwie a indiańskimi rewoltami z końca XIX stulecia. Później zaakceptował jednak powieść "Kocia kołyska" i Vonnegut oficjalnie został magistrem antropologii kulturowej.

Ta napisana w 1963 r. powieść jest najbliższa klasycznemu science fiction, u podłoża jej fabuły leży bowiem pomysł zachowujący cechy naukowego prawdopodobieństwa. To założenie istnienia nieznanej dotąd alotropowej odmiany lodu, który w normalnych warunkach miałby wysoką temperaturę topnienia. Po wrzuceniu najdrobniejszego kryształka tego lodu do naczynia z wodą musiałaby ona natychmiast zamarznąć jak przechłodzona ciecz. Wrzucenie go do oceanu oznaczałoby natychmiastowy koniec życia na Ziemi - wszystkie zbiorniki wodne i żywe organizmy musiałyby zamarznąć.

Pomysł ten na początku lat 30. wybitny fizyk Irving Langmuir podsunął Herbertowi George'owi Wellsowi, ten jednak z niego nie skorzystał. Vonnegut znalazł tę anegdotę, pracując w dziale public relations koncernu General Electric (dla laboratoriów którego Langmuir pracował w młodości). Wells nie podjął pomysłu, Vonnegut owszem.

W jego książce pisarz pracujący nad rekonstrukcją wydarzeń z dnia zrzucenia bomby na Hiroszimę (kolejna pośrednia próba zbliżenia się do drezdeńskiej traumy) przypadkowo wpada na trop badań nad taką substancją, które prowadzić miał jeden z fizyków pracujących nad bombą atomową w Los Alamos. Okazuje się, że, niestety, udało mu się ją otrzymać, a książka kończy się malowniczym opisem końca świata.

Powieść wydana tuż po kryzysie kubańskim, podczas którego ludzkość była tylko o krok od atomowej zagłady, stała się wielkim bestsellerem. To ona właśnie sprawiła, że Vonnegut mógł zacząć żyć przede wszystkim z pisania.

Zaczął oddalać się od konwencjonalnego science fiction - zamiast pisać kolejne powieści o Tralfamadorianach, wkładał ich streszczenia w usta swojego najsympatyczniejszego bohatera Kilgore'a Trouta, pisarza pulpowej fantastyki.

Trout po raz pierwszy pojawił się u Vonneguta w realistycznej powieści "Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater" (o milionerze filantropie, który założył telefon zaufania dla samobójców). Potem jednak wracał m.in. w "Śniadaniu mistrzów" (1973) i "Trzęsieniu czasu" (1997). W ekranizacji "Śniadania..." znakomicie zagrał go Albert Finney.

Kilgore Trout to autoironiczne alter ego samego Vonneguta - pisarz poruszający najważniejsze tematy ludzkości, którego utwory drukują jednak tylko pisma pornograficzne (skądinąd "Playboy" ma rzeczywiste zasługi dla amerykańskiej fantastyki, na jego łamach po raz pierwszy ukazały się przełomowe opowiadania Ursuli Le Guin czy Vonneguta właśnie).

Vonnegut wielokrotnie opisywał różne wersje biografii Kilgore'a Trouta, chętnie uśmiercając go przez samobójstwo. W ostatniej wersji Trout zabił się, gdy dowiedział się od jasnowidza, że George W. Bush zostanie prezydentem przez zwycięskie głosowanie w sądzie najwyższym stosunkiem głosów 5:4.

W Polsce zaczęliśmy poznawanie Vonneguta od "Śniadania mistrzów" wydanego w 1977 r. w pamiętnej serii współczesnej prozy amerykańskiej Państwowego Instytutu Wydawniczego. Przełożył go Lech Jęczmyk, któremu zawdzięczamy też przekłady m.in. "Rzeźni numer pięć" i drugoobiegowej "Matki noc". Chociaż Vonnegutem zajmowali się też inni tłumacze (m.in. Jolanta Kozak i Lech Czyżewski), Jęczmyk wymyślił polskie odpowiedniki wielu typowych dla Vonneguta fraz, takich jak właśnie słynne "zdarza się".

Od lat 80. Vonnegut coraz częściej zabierał głos w publicznych debatach. Przede wszystkim był jednak gorącym krytykiem obecnej ekipy rządzącej Ameryką. Oskarżał ją nie tyle o złą wolę, ile po prostu o głupotę - jego zdaniem otoczenie Busha to "zgraja trójkowych uczniów, którzy nie mają pojęcia o historii i geografii".

Był bardzo pesymistyczny, jeśli chodzi o przyszłość ludzkości. W jednym ze swoich ostatnich wywiadów mówił, że nic już nas nie może uratować. Amerykańska gospodarka całkowicie uzależniła się od zużywania ogromnych ilości paliw i - co za tym idzie - emisji ogromnych ilości gazów cieplarnianych.

Ameryka nie potrafi inaczej funkcjonować, więc w najlepszym wypadku - jeśli nie zabiją jej wcześniej skutki zmian klimatycznych - zawali się razem z wyczerpaniem taniej ropy. Razem z nią zaś zawali się cały świat uzależniony od handlu z USA. Vonnegut nie nawoływał do działania w ruchach ekologicznych, bo powtarzał, że to nie ma sensu - ludzkość już dawno minęła punkt, w którym jeszcze można było zawrócić, i radośnie rozbawiona pomknęła dalej.

Samobójstwo było stałym elementem jego prozy i publicznych wypowiedzi. Pisarz palił wielkie ilości pall malli bez filtra, mówiąc, że to najprzyjemniejszy sposób na samobójstwo, wielokrotnie jednak wyrażał swoje rozczarowanie tym, że ich śmiercionośna moc działa tak powoli.

Rzeczywiście papierosy nie spełniły swojego zadania. Pisarz zmarł wskutek fatalnego potknięcia się we własnym domu. W tym roku obchodziłby 85. urodziny.

Wojciech Orliński