SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Rasizm nasz powszedni Clayborne Carson 1/26/2007 12:00:00 AM Zródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl
Czarni Amerykanie wciąż stają wobec barier rasowych - mówi amerykański historyk, dyrektor Instytutu Martina Luthera Kinga

Artur Domosławski: Debata o kwestii rasowej w Ameryce wróciła z niezwykłą siłą półtora roku temu, po tragedii Nowego Orleanu. W obliczu nadciągającego huraganu władze pozostawiły to miasto na pastwę żywiołów. Czy dlatego, że większość jego mieszkańców to Afroamerykanie?

bClayborne Carson:Gdyby taki kataklizm groził Seattle czy San Diego, uczyniono by wszystko, co w ludzkiej mocy, by zminimalizować jego skutki. A tymczasem z całkowitą obojętnością i beztroską pozwolono na zniszczenie Nowego Orleanu, jednego z wielkich miast Ameryki. Gdy widzę, ile pieniędzy poszło na wojnę iracką - wojnę z wyboru, nie z konieczności - to wyobrażam sobie, że gdyby te pieniądze wydać na odbudowę Nowego Orleanu, mielibyśmy dziś miasto wzorcowe dla innych amerykańskich metropolii.

Łatwiej nam współczuć ludziom takim jak my czy choćby takim, którzy wyglądają tak samo jak my. Oglądałem dziś w telewizji pięciominutowy materiał o białej kobiecie zamordowanej na przedmieściach jednego z miast. Dlaczego akurat tej osobie poświęcono tyle uwagi? Kilka ulic dalej w biednej dzielnicy zamordowano czarną dziewczynę. Nie było o niej ani słowa. Ludobójstwu w Ruandzie poświęcono by pewnie tyle samo albo jeszcze mniej czasu. Nie wiem, jak dojść do punktu, w którym nasze współczucie będzie przekraczało bariery geograficzne i kulturowe. Wiem tylko, że powinniśmy do niego dojść.

Ale jak?

- Ruch praw obywatelskich z lat 60. minionego wieku dokonał ważnego odkrycia - wciągnął białych studentów w walkę czarnych na południu USA. Dopiero zaangażowanie białych i śmierć niektórych z nich wywołała wzburzenie białej większości i zwróciła uwagę władz na problem segregacji. Gdyby represje dotykały tylko czarnych, walka trwałaby dużo dłużej. W tragedii Nowego Orleanu widać było, jak odmiennie Ameryka traktuje ofiary, które są czarne i biedne.

Tuż po tej tragedii wśród czarnych mieszkańców Nowego Orleanu zrodził się mit, wedle którego wały przeciwpowodziowe zostały celowo wysadzone przez białych. Chodziło o to, by wykupić zniszczone tereny za półdarmo, a potem nimi spekulować. W przeszłości społeczność czarnej Ameryki tworzyła podobne mity - np. że crack był rozprowadzany w gettach przez CIA po to, żeby zniszczyć czarnych.

- Teorie spiskowe rodzą się zwykle z poczucia bezsilności. Rzadko kiedy powstają we wspólnotach zamożnych, wśród ludzi sukcesu, bo ci mają silne poczucie kontroli nad swoim życiem i wydarzeniami. Teorie spiskowe rodzą się tam, gdzie panuje przekonanie, że cała władza spoczywa w rękach kogoś innego - widzialnych, a częściej niewidzialnych.

Porozmawiajmy trochę o historii, zaczynając od pojęcia rasy. Kiedy je wymyślono?

- W jakimś sensie pojęcie to istnieje równie długo jak cywilizacja ludzka. Różne grupy etniczne, które dziś definiuje się poprzez religię czy kulturę, kiedyś były postrzegane jako odmienne rasowo - np. Żydzi. Nowoczesne pojęcie rasy zrodziło się wraz z rewolucją naukową, kiedy to ludzi zaczęto kategoryzować i wyróżniono trzy główne rasy. Dzięki genetyce wiemy jednak, że np. w obrębie rasy afrykańskiej różnice są większe niż między Afrykanami a innymi rasami.

A kiedy pojęcie rasy pojawiło się w dziejach Ameryki?

- Gdy statki zaczęły przywozić do Nowego Świata uprowadzonych mieszkańców Afryki. Gdy w Ameryce pojawiło się niewolnictwo. Pojęcie rasy wymyślili biali i od początku miało ono znaczenie rasistowskie.

Niewolnictwo rodziło rozmaite komplikacje - np. jakiego koloru są dzieci urodzone przez czarną niewolnicę, których ojcem był biały właściciel niewolników? Czy dziecko należy do klasy niewolników czy klasy właścicieli niewolników? I rozstrzygnięto, że każdy, kto wywodzi się choćby częściowo z klasy niewolników, ma na zawsze przynależeć do rasy swoich przodków, nawet jeśli sam nie jest już niewolnikiem. Nazywano to "prawem jednej kropli".

Kiedyś dla ludzi z białym kolorem skóry wiele drzwi w Ameryce było zamkniętych, jeśli w swym rodowodzie mieli - choćby dawno temu - czarnych przodków. Dziś to się zmienia, pozycja społeczna może człowieka wybielić.

Podziela Pan opinie tych historyków, którzy uważają, że niewolnictwo, a potem segregacja rasowa to rewers amerykańskiej tradycji wolności?

- Jak najbardziej. Biali Amerykanie cieszyli się wolnością, bo zawsze był ktoś, kto był jej pozbawiony i kto pracował na ich wolność. Częścią tej tradycji jest amerykański ekspansjonizm - podbić kogoś, odebrać mu ziemię, zniewolić, żeby pomnażał naszą wolność. Ten ekspansjonizm pozwolił uniknąć wielu konfliktów klasowych, które rozdzierały Europę. Jeśli ktoś w Ameryce czuł się uciskany czy miał zablokowane drogi awansu, zawsze mógł wyruszyć na zachód, na podbój ziemi Indian. I niezależnie od tego, jak nisko lokował się na drabinie społecznej, zawsze miał kogoś pod sobą - czarnych niewolników. Dla amerykańskiego społeczeństwa to był wentyl bezpieczeństwa.

Jakie było największe osiągnięcie ruchu praw obywatelskich poza faktycznym zrównaniem praw wyborczych białych i czarnych?

- System segregacji prawnej na południu USA utrzymywany był za pomocą strachu i sądzę, że największym osiągnięciem ruchu praw obywatelskich było właśnie przełamanie strachu. Bez niego system segregacji nie mógł dalej istnieć. Gdybym 50 lat temu pojechał do Missisipi, moje zachowanie kształtowałby strach przed linczem. Gdybym nie zachowywał się w określony sposób, mógłbym zostać zabity.

Za co?

- Za to, że powiedziałem coś w niewłaściwy sposób do białego. Za to, że miałem czelność rozmawiać z białą kobietą. Za to, że wszedłem do domu białego frontowymi drzwiami.


Do wojny secesyjnej głównym dążeniem czarnych było zniesienie niewolnictwa, przez następne sto lat - zniesienie segregacji, przełamywanie uprzedzeń, równouprawnienie. Czy dziś ruchy i organizacje Afroamerykanów mają jakieś naczelne dążenie?

- Na pewno są mniej zjednoczone niż ruchy z lat 60. Nie ma też jednej sprawy, o której można by powiedzieć, że dotyczy niemal wszystkich Afroamerykanów. Czarni stają dziś wobec rozmaitych barier społecznych, które jednak są nieporównanie bardziej subtelne, nie zawsze łatwe do uchwycenia.

Czy to znaczy, że nie ma już dyskryminacji rasowej? Nie, ale dużo trudniej uchwycić tę dyskryminację w czasach, gdy czarny mężczyzna, a potem czarna kobieta zostaje sekretarzem stanu w Białym Domu, gdy Partia Demokratyczna rozważa kandydaturę czarnego polityka na prezydenta USA.

Jakie wydarzenia i zjawiska uznałby Pan za najważniejsze z punktu widzenia Afroamerykanów w ostatnich 30 latach?

- Najbardziej uderzający jest wzrost znaczenia czarnych idoli w kulturze Ameryki. Gdy jako chłopiec grałem w baseball, było oczywiste, że jako czarny podziwiałem Jackiego Robinsona, podczas gdy moi biali koledzy wielbili Joego di Maggio i Mickeya Mantle'a. Trudno było sobie wyobrazić, żeby biali chłopcy podziwiali czarnego Robinsona. To się zmieniło. Czarni podbili wiele dyscyplin sportu i wiele sfer kultury. Paradoksalnie, jednym z pierwszych sportowców, którego wizerunku używano w reklamach mających dotrzeć do białej klasy średniej, był O.J. Simpson [którego proces o zabójstwo na początku lat 90. na nowo podzielił sympatie Ameryki wzdłuż linii rasowej].

A propos, kiedy czarni pojawili się w reklamach?

- Dopiero w połowie lat 60. niektóre agencje zaczęły ostrożnie wprowadzać reklamy w udziałem czarnych aktorów. Osobne reklamy adresowano do białej i osobne do czarnej publiczności. Uważano bowiem, że w reklamie skierowanej do białych czarny aktor mógłby odepchnąć potencjalnych klientów od reklamowanego produktu.

Debata o czarnej mniejszości w Ameryce zawsze zahacza o kwestię roli rządu. Cornel West, wybitny intelektualista czarnej Ameryki, pisze: "Idea liberałów, jakoby kwestię rasową mogło rozwiązać więcej programów rządowych, jest uproszczona - odwołuje się bowiem tylko do ekonomicznego wymiaru sprawy. Z kolei konserwatywny pogląd, jakoby rozwiązaniem była po prostu zmiana zachowań moralnych czarnej biedoty miejskiej - szczególnie czarnych mężczyzn, którzy powinni się żenić, wychowywać dzieci i popełniać mniej przestępstw - uwypukla jedynie niemoralne uczynki, kompletnie ignorując społeczną odpowiedzialność za niemoralne warunki, jakie dręczą naszych współobywateli". Ma Pan własną odpowiedź?

- Historia Afroamerykanów jest doskonałym przykładem tego, że uproszczone szablony ideologiczne niczego nie opisują i nie rozwiązują. Czarni w Ameryce nigdy nie polegali w pełni na rządzie, bo też przez długie lata rząd nie był ich przyjacielem. Z drugiej jednak strony większość czarnych nigdy nie akceptowała białego indywidualizmu, który powiada, że rząd nie ma nic do twoich sukcesów i porażek, nie ma żadnej roli do odegrania; im mniej rządu, tym lepiej.

Postawy większości czarnych mieszczą się gdzieś między tymi dwoma biegunami - konserwatywnym i liberalnym. W czarnych wspólnotach zawsze była silna tradycja solidarności i wzajemnej pomocy. Z kolei dominujące w tych wspólnotach przekonanie, że rząd ma ważną rolę do odegrania, ma swe źródło w doświadczeniu zniewolenia - właściciele niewolników, a potem segregacjoniści byli silni, bo mieli za sobą prawo i władzę.

Czarni Amerykanie zawsze patrzyli na rolę rządu bardziej realistycznie. Zawsze mieli świadomość, że fundamentem amerykańskiego indywidualizmu jest właśnie rząd: jego potęga militarna, nastawienie probiznesowe, ekspansjonizm i rasizm faworyzujący białych. Dlatego czarni wiedzieli, że walcząc o swoje prawa, muszą naciskać na rząd, żądać od niego, żeby zmienił prawa i stał się siłą promującą równość. Bez udziału rządu byłoby to po prostu niemożliwe.

Istnieją jednak czarni konserwatyści, którzy twierdzą, że nie da się dziś tłumaczyć wszystkich niepowodzeń czarnych jedynie ich tragiczną historią i rasizmem białych.

- Czarni konserwatyści mają znikome wpływy w społeczności Afroamerykanów. Od 40 lat naszym krajem rządzą konserwatywni prezydenci, a wciąż 90 proc. czarnych głosuje przeciwko tej tendencji. Ci czarni intelektualiści, którzy stali się konserwatystami - jak Shelby Steele czy Thomas Sowell - świetnie zarabiają na swych poglądach. Gdybym jutro odkrył w sobie konserwatystę, moje dochody natychmiast wzrosłyby dwu-, trzykrotnie. Konserwatywne ośrodki analityczne zabijałyby się o mnie, oferując udział w wysoko opłacanych konferencjach, debatach, projektach. Dla wykształconego czarnego to nie lada pokusa. Jednak niewielu jej ulega.

Czym była zainicjowana przez prezydenta Billa Clintona debata "Porozmawiajmy o kwestii rasowej"?

- Jej słabością było niewątpliwie to, że toczyła się jedynie na kampusach uniwersyteckich. Była to jednak pierwsza taka debata ogólnonarodowa od lat 60.! Sądzę, że dzięki niej mogliśmy lepiej zrozumieć, czym był i jest rasizm w kulturze amerykańskiej oraz jak trudno wyjść ze schematów myślenia ufundowanych przez rasizm. Język jest jednym z podstawowych sposobów poznawania rzeczywistości, a w USA jest on naładowany rasizmem. Samo pojęcie rasy ma podtekst rasistowski. W toku debaty doszliśmy do wniosku, że rasa to pewien konstrukt społeczno-historyczny. A jednak wciąż mówimy o rasie jak o zjawisku obiektywnym.

Poza tym - czy z faktu, że rasa to tylko konstrukt społeczny, wynika, że nie może on być czymś dewastującym? Jeśli policjant weźmie mnie za bandytę tylko dlatego, że jestem czarny, i zastrzeli, to czy na moim grobie napiszą: "Zginął z powodu konstruktu społecznego"? Stworzyliśmy coś, co wciąż trwa i nieprędko zniknie, bo transformacja kultury dokonuje się powoli, znacznie dłużej niż przemiana ustrojów politycznych.

Zarazem tenże sam Clinton zdemontował opiekę socjalną. Czy sądzi Pan, że wyszedł naprzeciw białym, którzy twierdzili, że to czarni są głównymi beneficjentami państwowego systemu opieki?

- Być może demontaż opieki socjalnej był konieczny - nie wiem. Na pewno Demokraci chcieli zmazać swój wizerunek partii opiekuńczej, a zwłaszcza - partii czarnych. W debatach publicznych rzadko przypomina się, że większość odbiorców pomocy państwa zawsze stanowili biali. Mówi się natomiast sporo o czarnych kobietach opływających w luksusy dzięki pomocy socjalnej, które po zasiłki przyjeżdżają w cadillacach. Zawsze chciałem porozmawiać z taką matką z cadillaca, ale nigdy nie udało mi się jej spotkać. A mówiąc serio - to mit w całości zmyślony przez konserwatystów.

Ten mit oddziaływał jednak skutecznie na wyobraźnię wielu Amerykanów. Dlatego Demokraci, którzy przegrywali kolejne wybory, postanowili w końcu uwolnić się od wizerunku partii broniącej czarnych matek. Stąd, jak sądzę, wziął się demontaż systemu opieki za rządów Clintona. Clinton odszedł z urzędu dumny, że zostawił nadwyżkę budżetową. Byłbym z niego bardziej dumny, gdyby zostawił po sobie powszechne ubezpieczenia zdrowotne.

Nadwyżkę zostawioną przez Clintona prezydent George Bush przekazał natychmiast najbogatszym Amerykanom. Republikanie są wierniejsi swoim zasadom niż Demokraci - mówią, że są partią ludzi biznesu, i działają w ich interesie.


Czy akcja afirmatywna wciąż budzi takie spory jak kilkanaście lat temu?

- Akcja afirmatywna to już przeszłość. Przed laty zrodziła się z przekonania, że należy wspierać czarnych Amerykanów, gdyż w przeszłości czarna społeczność doznała krzywd. Takie podejście nie znajduje dziś zwolenników. Mówi się raczej o potrzebie "zróżnicowania" - o tym, że miejsca pracy, szkoły, uniwersytety powinny odzwierciedlać zróżnicowanie społeczeństwa.

Gdybyśmy bowiem otwarli kwestię rekompensat za przeszłe niesprawiedliwości, to trzeba by sobie wyobrazić, do czego nas to doprowadzi.

Do czego?

- Miejsce, w którym dziś stoi Uniwersytet Stanforda, 300 lat temu należało do Indian. Wielu z tych Indian wygnali i zabili Meksykanie, których później pobili Amerykanie. Rozważając czysto teoretycznie: gdybyśmy nawet chcieli zwrócić tę ziemię, to komu? Indianom czy Meksykanom? Musimy pogodzić się z tym, że wielu historycznych krzywd nie da się naprawić.

A jest w ogóle coś, co można zrobić?

- Owszem. Przyznać, że dokonała się straszna niesprawiedliwość, że na Indianach popełniono ludobójstwo. To ważna część procesu pojednania - i z Indianami, i z czarnymi Amerykanami.

Wiele problemów dzisiejszego świata ma źródło w tym, że w przeszłości popełniono czyny godne potępienia. Jednak niewiele społeczności gotowych jest uznać, że kiedyś ich przodkowie popełnili zbrodnie. Odmawia się nawet podjęcia rozmowy na ten temat. A rozmową można osiągnąć więcej, niż się sądzi - można doprowadzić do pojednania.

Co Pan sądzi o tezie, wedle której wymiar sprawiedliwości i system więziennictwa w USA są dziś narzędziem kontrolowania czarnej mniejszości?

- To dla mnie najbardziej dramatyczna kwestia dzisiejszej Ameryki. Wymiar sprawiedliwości pełni wobec czarnej mniejszości taką samą rolę, jaką w przeszłości pełnił system segregacji i dyskryminacji rasowej. Pokonaliśmy system segregacji. Czy jednak staliśmy się w pełni wolni? Otóż niezupełnie - jeśli wziąć pod uwagę szanse i możliwości życiowe Afroamerykanów oraz rzeczywistą równość wobec prawa.

Dlaczego tak się stało? Zniesienie segregacji zasiało strach wśród części białej większości. Czy wielkie bunty w gettach, jakie miały miejsce w latach 60. i 70., to ilustracja wolności czarnych? Czy jest nią ruch Black Power z jego ideą odpłaty za krzywdy wyrządzone czarnej społeczności? Tak oto biali doszli do wniosku, że skoro czarnym dano wolność, trzeba równocześnie narzucić im porządek i dyscyplinę. Republikanie wyszli więc z hasłem "prawa i porządku". Prawo miało być surowsze, zwłaszcza dla czarnych Amerykanów.

To się działo stopniowo, w sposób niemal niewidzialny. Trudno byłoby wskazać kogoś, kto wprowadził tę politykę. A jednak ją wprowadzono! Gdyby w 1970 r. prezydent Nixon ogłosił, że w ciągu 20 lat zwiększymy populację więzienną dziesięciokrotnie, z 200 tys. do 2 mln osób, a drogą do tego będzie zwiększenie nadzoru nad czarnymi gettami i surowsze wyroki, a także demontaż sektora publicznego - doszłoby do powszechnego buntu.

Ten system działa przez zastraszenie. Łapią dzieciaka podejrzanego o jakieś poważne przestępstwo. Mają słabe dowody, więc sugerują mu przyznanie się do czegoś drobnego, np. kradzieży. Jeśli się przyzna, pójdzie siedzieć na sześć-siedem lat. Za coś poważniejszego - napaść czy zabójstwo - trafiłby za kratki na 30 lat. Większość tych, którzy stają przed taką alternatywą, woli nie ryzykować rozprawy o poważniejsze przestępstwo, nawet jeśli go nie popełnili. Dlaczego? Bo są biedni, nie mają na adwokata. Wolą więc przyznać się do czegoś mniejszego i odsiedzieć mniejszy wyrok. W tym systemie chodzi o porządek, a nie o sprawiedliwość. Połowa uwięzionych to czarni, przeważnie skazani za narkotyki, choć ich konsumpcja wśród czarnych i białych jest podobna.

Co się dzieje dalej, wie pan pewnie z filmów. Gdy było się karanym, ciężko się wyrwać z zaklętego kręgu. Nie można dostać pracy, więc człowiek wraca się na drogę występku albo stacza się na margines.

Chodzi o czarnych czy o biednych?

- Biedni biali nie są poddani takiej kontroli policji. Mają większe szanse znaleźć pracę - mogą strzyc ogródki, budować więzienia, być w nich strażnikami.

Jest taki film George'a Lucasa "American Graffiti", w którym białe dzieciaki popisują się różnymi wygłupami, na przykład przyczepiają łańcuch do zderzaka policyjnego samochodu... Publiczność ryczy ze śmiechu. A ja to oglądam i myślę: Co by się stało, gdyby takie same wygłupy robiły czarne dzieci? Od razu trafiłyby do więzienia dla młodocianych.

Pana coś takiego spotkało?

- Jako dziecko byłem zatrzymany za kradzież roweru - w istocie chodziło nie o rower, lecz o oponę. Miałem szczęście, że mieszkaliśmy w małym miasteczku zdominowanym przez białych, w którym nas, czarnych, była garstka i policja traktowała czarne dzieci tak samo jak wszystkie inne. Najczęściej powiadamiała rodziców, o ile byli oni tzw. szanowanymi obywatelami - moi akurat byli - i to rodzice wymierzali karę. Gdybym wtedy został skazany, trafiłbym do rejestru skazanych i kto wie, jak potoczyłoby się dalej moje życie.


A tak został Pan szanowanym naukowcem. Choć w latach 60. interesowało się Panem FBI.

- W latach 60. jako młody chłopak byłem jednym z tysięcy działaczy antywojennych. Gdy po latach zajrzałem do swojej kartoteki, najbardziej zdumiało mnie to, jak wiele uwagi FBI poświęciło komuś takiemu jak ja. Gdy pomnożyłem to przez tysiące podobnych aktywistów, nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak niewyobrażalne sumy z naszych podatków wydawało FBI na śledzenie nas. Raporty dotyczyły głównie tego, z kim i kiedy się spotykałem. Nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego.

Wiele lat później zasłynął Pan jako zaufany historyk Coretty Scott King, wdowy po Martinie Lutherze. To Pan odkrył, że King popełnił plagiat w pracy doktorskiej. Był Pan zdruzgotany tym odkryciem?

- Nigdy nie patrzyłem na Kinga jak na boga, lecz jak na zwykłego człowieka. Jako historyka fascynuje mnie pytanie: jak zwykli ludzie potrafią wznieść się ponad siebie i robić rzeczy niezwykłe? Taki był Martin Luther King. Podziwiam Mahatmę Gandhiego - sądzę, że jeśli jakiś człowiek był bliski świętości, to właśnie on. Nie chciałbym jednak być żoną Gandhiego, gdyż jako historyk wiem, że w roli męża Gandhi był osobą dużo więcej niż trudną.

Niedobrze jest podziwiać ludzi za to, że są doskonali, bo jeśli okaże się, że mają wady czy plamy w życiorysie - a zawsze jakieś mają - nasza wiara legnie w gruzach. Lepiej podziwiać idoli za rzeczy niezwykłe, które czynią, mimo że są najzupełniej zwykłymi istotami. W tym również nadzieja dla nas - to nie święci czynią ten świat lepszym, lecz ludzie tacy sami jak my. My też możemy czynić go lepszym.

Rozmawiał Artur Domosławski

Clayborne Carson - profesor historii i dramatopisarz; specjalizuje się w historii Afroamerykanów. Dyrektor Instytutu Martina Luthera Kinga w Uniwersytecie Stanforda; biograf i wydawca dzieł zebranych Kinga. Autor wielu książek, m.in. "In Struggle: Student Nonviolent Coordinating Committee and the Black Awakening of the 1960s" (1981), "Malcolm X: The FBI File" (1991), "African American Lives: The Struggle for Freedom" (2005)


Clayborne Carson