SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Świat się rusza R.Kapuściński /Miłada Jędrysik 6/24/2006 12:00:00 AM Zródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl
Kiedyś podróżnik czy tak zwany człowiek gościńca to był margines społeczeństwa. Dzisiaj podróżują wszyscy - mówi Ryszard Kapuściński w rozmowie z Miładą Jędrysik.

Miłada Jędrysik: "The Sunday Times" napisał, że obecna emigracja Polaków na Wyspy Brytyjskie jest porównywalna pod względem proporcji tylko z przybyciem francuskich hugenotów w XVI w. Ale czy to naprawdę epokowe wydarzenie? Przecież od czasu, kiedy Adama i Ewę wypędzili z raju, bez przerwy migrujemy. I wracamy. Herodot, bohater Pana książki, też był potomkiem emigrantów do Azji Mniejszej. Wrócił do Aten.

Ryszard Kapuściński: Ruchliwość jest nieodłączną cechą rodzaju ludzkiego. Pierwotne plemiona musiały zmieniać miejsce pobytu, żeby zdobywać pożywienie. W tamtym czasie, kiedy ludzi było stosunkowo niewielu, migracja dotyczyła stosunkowo dużej części społeczności.

Później mamy świat starożytny, też bardzo ruchliwy, pokryty greckimi koloniami, między którymi istniał ożywiony handel. Najbardziej ruchliwa była jednak cywilizacja europejska. Charakteryzowała ją zawsze ciekawość świata, która gnała ludzi do odkryć geograficznych, zakładania kolonii, podbojów. No i przede wszystkim handlowano z całym znanym ówcześnie światem.

Jednak w ciągu ostatnich 25 lat - zdaniem socjologów, politologów, antropologów - w dziedzinie emigracji nastąpiła zupełnie nowa epoka.

Po pierwsze, skończyła się zimna wojna, która zamroziła globalne stosunki, podzieliła świat i zbudowała nieprzekraczalne granice.

Po drugie, nastąpiła gwałtowna rewolucja w dziedzinie komunikacji - i tej medialnej, i transportu. Rozwinęły się linie lotnicze, przybyło samochodów, zaczęliśmy się szybko i z łatwością poruszać po świecie.

Trzecia wielka rewolucja dokonała się w sferze wyobraźni. I jest to związane z rewolucją w mediach. Człowiek zobaczył w telewizji, przeczytał, że są tam gdzieś lepsze światy. Jego wyobraźnia jest pobudzona. Emigruje nie z przymusu ekonomicznego, ale w poszukiwaniu lepszego życia.

Te trzy czynniki powodują, że mamy do czynienia z zupełnie nową skalą emigracji. Kiedyś podróżnik czy tzw. człowiek gościńca to był zawsze margines społeczeństwa. Dzisiaj wszyscy podróżują, albo mają w rodzinie kogoś, kto podróżuje.

Jest to związane także z końcem kolonializmu, który przypisywał człowieka do ziemi. Nie tylko tubylca: napływ białej ludności do kolonii również był ograniczany ze względów politycznych.

Koniec kolonializmu wywołał dwie wielkie fale emigracji w skali planetarnej. W ramach byłych kolonii następuje wielki ruch do miast. Ludzie odbierają wolność jako możliwość ruszenia się. A miasto przyciąga, bo jest tam światło elektryczne, pomoc zagraniczna, szkoła, bar, gdzie się można zabawić. W wyniku tej migracji na 30 największych miast na naszej planecie 28 znajduje się dziś w Trzecim Świecie.

Drugi ruch wywołany przez dekolonizację to ruch w kierunku bogatszego świata. To się właśnie dzieje dzisiaj na masową skalę. Najsilniej w rejonie Ameryki Łacińskiej, Karaibów, w kierunku Stanów Zjednoczonych i Kanady - w ostatnich latach przybyło do samych Stanów 40 mln Latynosów.

To się dzieje także w ramach Europy - z krajów postkomunistycznych do rozwiniętych. Na mniejszą skalę w Australii. I w obrębie samego Trzeciego Świata - z krajów biedniejszych Afryki do zamożniejszych, np. RPA; z rejonu Sahelu, krajów Bantu do krajów arabskich wybrzeża Morza Śródziemnego.

Bardzo silna jest emigracja do Europy, zwłaszcza do Hiszpanii, południowych Włoch, Francji.

Bo to jest miękkie podbrzusze kontynentu, najłatwiej się przedostać nielegalnie przez Morze Śródziemne.

- Dużo ludzi przy tym tonie, wielu wyłapują, ale ten proces będzie trwał. Jest też, choć nie na taką skalę, emigracja z rejonów wschodniej Europy, z Azji.

Mamy więc do czynienia z siecią bardzo różnie ukierunkowanych ruchów migracyjnych wzmacnianych efektem medialnym, pobudzenia wyobraźni do poszukiwania lepszego życia. Tymczasem w przeszłości ważnym bodźcem migracyjnym był przymus. Ludzie uciekali z terenów zawieruchy wojennej, głodu, zarazy, powodzi. To zjawisko istnieje oczywiście i dzisiaj, ale nie jest tak dominujące.

Z Galicji w XIX w. wyjeżdżało się na całe życie. Chłop brał ze sobą garstkę ziemi ze swej wioski, żeby potem wysypano ją na jego grobie w Kanadzie czy w Brazylii. Teraz mamy do czynienia z migracją "wahadłową": tutaj mi jest lepiej, to tu się przenoszę, rozejrzę się, wracam. Bodźce są różne - naukowiec może mieć gdzieś lepsze warunki do prowadzenia badań, można posłać dzieci do lepszej szkoły czy na uczelnię.

Można też na emeryturze wrócić do starego kraju. A młodzi Polacy, którzy wyjeżdżają do pracy Wielkiej Brytanii, często jednocześnie studiują w Polsce.

- Spotykam takich ludzi na moich wieczorach autorskich w Europie. W rozmowach z nimi widzę, że traktują to wszystko trochę jak przygodę: zobaczymy, co z tego wyniknie. Utrzymują bliskie więzy z bliskimi w kraju - przez internet, telefony komórkowe.

Tworzy się nowy typ diaspory - dawniej była ona bardzo ustabilizowana i zamknięta, najczęściej skłócona: przypomnijmy te słynne polskie emigracyjne spory. Dzisiaj diaspora jest sytuacją otwartą. Kiedyś z jednej sytuacji bez wyjścia - utraty niepodległości - wchodziło się w drugą - emigrację. Dzisiaj każdy może sobie wyjechać. Nie podoba mu się we Francji, to sobie pojedzie do Portugalii, Hiszpanii, a jak mu się dalej nie podoba, to w ogóle wróci.

Przedstawia Pan teraz bardzo optymistyczny obraz emigracji, ale przecież np. egzystencja emigranta z Afryki, który się w sposób nielegalny dostanie do Europy, jest wciąż bardzo ciężka.

- Ale też jest inaczej niż kiedyś. Dawniej kolorowi ludzie w Europie to były izolowane jednostki; nie mieli swojej społeczności, środowiska. Dziś emigranci mają własne kościoły, sklepy, restauracje, szkoły. Kolorowy emigrant, mimo że jego sytuacja jest dużo cięższa od sytuacji polskiego absolwenta uniwersytetu, ma duże szanse na poprawę emigracyjnego bytu.

Ale jednak ten napływ kolorowych emigrantów do Europy powoduje wzrost uprzedzeń i napięć na tle etnicznym, religijnymi i rasowym. W związku z islamskim terroryzmem rośnie w siłę islamofobia. Czy nie jest tak, że Europa ciągle jest w szoku, że już nie jest "przodującą rasą", i nie może sobie z tym poradzić? Czy w ogóle może stać się wielokulturowa, jak USA?

- Stany to społeczeństwo migrantów, tak powstał naród amerykański. Widok człowieka o innym kolorze skóry czy wyznawcy innej religii jest czymś zupełnie naturalnym. Jak się spaceruje po Manhattanie, trudno zgadnąć, gdzie się właściwie jest. Kiedyś w Toronto oglądałem nową bibliotekę uniwersytecką. Choć był późny wieczór, uczyły się tam setki młodzieży. Sami Azjaci.

A Europa to kontynent państw narodowych. Poza tym bardzo mały w porównaniu ze Stanami, Kanadą czy Australią, gdzie można zmieścić jeszcze miliony ludzi.

Miasto europejskie było zawsze z natury warowne, zamknięte. To był kontynent nieustannych wojen: terytorialnych, religijnych, politycznych. W świadomości europejskiej ciągle bardzo silnie zakorzenione są tożsamości etniczne: w Hiszpanii Katalonia chce ogłosić niepodległość, walczą o nią Baskowie. We Włoszech dają o sobie znać różnice między południem a północą.

Dlatego akceptacja wielokulturowości w Europie będzie bardzo trudna. Jednak nie niemożliwa. To wciąż nowe zjawisko. Ludzka mentalność nie nadąża za szybkością zmian. Działają stare nawyki myślowe, uprzedzenia, brakuje refleksji nad tym, co się obecnie dzieje. Europa nie ma żadnej polityki wobec migracji. Stosuje się tylko metodę policyjnych ograniczeń, stawiania barier. Nie ma programu pozytywnego. Nie widać, żeby np. rząd Francji wyciągnął jakieś wnioski z niedawnego "buntu przedmieść".

Bo politycy uderzają w antyemigranckie tony, wykorzystując strach Europejczyków przed obcym, żeby zdobyć władzę.

- I to jest pożywka dla rozwoju populizmu i nacjonalizmu. Tu działają słabości demokracji. Politycy są u władzy cztery lata i spychają rozwiązywanie trudnych problemów na swoich następców. Łatwo jest wywołać obsesję antyislamską, bo chrześcijańska Europa graniczy ze światem islamu od 1400 lat. I była to zawsze granica bardzo napięta.

Ale ponieważ w Europie spada liczba ludności, to jeżeli chce ona przetrwać w XXI w., musi być silnym blokiem ekonomicznym - ma konkurencję w postaci potężnych Chin, potężnych Indii i potężnej Ameryki. A siłę ekonomiczną może brać tylko z emigracji, młodej siły roboczej. A skąd konkretnie? Jesteśmy otoczeni przez islam. Tylko z krajów północnej Afryki, Bliskiego Wschodu, z Turcji.

Wypadło nam żyć w wielokulturowym świecie. On inny nie będzie. Tylko coraz bardziej wielokulturowy.

Afryka to kontynent emigracji. W Polsce socjologowie obawiają się, że w regionach peryferyjnych dochodzi już do wypłukiwania tkanki społecznej z powodu nadmiernej emigracji. Czy dla Afryki emigracja też jest przekleństwem?

- Nie można mówić o całym kontynencie, ale o poszczególnych państwach. Są kraje, jak Senegal czy Ghana, gdzie jest stabilna, w miarę normalna sytuacja. I są państwa w kompletnym rozpadzie, jak Liberia czy Sierra Leone, gdzie rząd istnieje tylko formalnie. To tzw. failed states, upadłe państwa, które po prostu nie mogą istnieć bez pomocy zewnętrznej.

I z takich państw szczególnie dużo ludzi wyjeżdża?

- Możliwość wyjazdu jest bardzo ograniczona. Legalnie się z Afryki nie wyjedzie. Można próbować nielegalnie, prymitywnymi łodziami przez morze. Stąd te dwustopniowe wyjazdy - najpierw do północnej Afryki, a potem oczekiwanie na okazję, by dostać się do Europy. Niedawno w "Le Monde" był reportaż o dwóch chłopakach z Afryki równikowej, którzy przez pięć lat próbowali przedostać się do Francji. Ciągle ich zatrzymywano i zawracano. Tylko najbardziej przedsiębiorczym, śmiałym to się udaje. Podstawowa masa ludzka jest stabilna.

Czyli nie ma drenażu mózgów na wielką skalę?

- Jest. Jedną z dramatycznych słabości Afryki jest brak rodzimej inteligencji. Co tej inteligencji troszkę powstanie, to wszyscy wyjeżdżają.

W Afryce zawsze bardzo mała część populacji miała dostęp do wykształcenia, np. we Francji w latach 60. studiowało 112 studentów z francuskich kolonii. Wróciło chyba dwóch czy trzech. Weźmy afrykańskich pisarzy - jest takie literackie czasopismo somalijskie, które wychodzi w Anglii. Na 15 nazwisk 13 autorów mieszka w Europie. Dawniej w Afryce były uniwersytety, na których pracowali biali wykładowcy. Teraz już ich nie ma. Był taki bardzo dobry uniwersytet w Kongu-Kinszasie, gdzie wykładało około 140 białych, głównie akademików belgijskich. W tej chwili pozostał jeden czy dwóch.

Czy powinniśmy się martwić, czy cieszyć, że tyle ludzi wyjeżdża dzisiaj z Polski?

- To bardzo naturalna sytuacja. Emigracja ma również pozytywne strony. Kiedy zbierałem materiały do książki o Herodocie, pierwszy raz w życiu byłem w Turcji. Zachodnia Turcja mnie zdumiała: wspaniale drogi, wygodne, punktualne, czyste autobusy. Fantastyczne hotele, zajazdy.

Ale Turcja zachodnia i wschodnia to dwa zupełnie różne światy. Okazało się, że dobrobyt tej zachodniej zbudowali Turcy z Niemiec, którzy wyjechali tam w latach 70. jeszcze jako dzieci. Teraz wrócili z pieniędzmi i zaczęli budować swoją nową Turcję.

Nauczyli się w Niemczech przedsiębiorczości, zasad wolnego rynku.

- Jak się człowiek przetrze trochę o ten Zachód, popracuje, to będzie wiedział, że trzeba być punktualnym, grzecznym, uśmiechniętym. To może być pozytywne doświadczenie - nauka nowych nawyków, obyczajów, kultury, sposobów życia społecznego.

Oczywiście nie będzie dobrze, jeżeli na dłuższą metę Polska się przekształci w bazę taniej siły roboczej dla Zachodu.

Gdyby tak jeszcze, wracając, emigranci przywieźli do nas brytyjskie standardy demokracji.

- To nie stanie się od razu. Ważne jest, że ci ludzie mają tam bardzo dobrą opinię. Był taki okres bezpośrednio po stanie wojennym, kiedy w Niemczech spotykało się pijanych Polaków leżących na ulicy, to było okropne. Teraz wyjeżdżają dobrze wychowani i zmotywowani młodzi ludzie.

Świat się zmienia. Nie nazywajmy tego zjawiska emigracją. Mówmy o diasporze: ruchliwości, zmianie, otwartości.

Rozmawiała Miłada Jędrysik