SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Duch gwiżdże jak woda w czajniku Mikołaj Lizut 5/15/2006 12:00:00 AM Zródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl
Nikt z nas nie chodzi przecież zalany krwią. Nikt nie umarł od kolczatki na udzie. Nie chcemy władzy nad światem. Mamy tylko kłopot, że świat nam nie wierzy.

Eksplozja wstrząsnęła ziemią. Fala uderzeniowa wybiła wszystkie okna w kilku kamienicach aż do szóstego piętra. Ogłuszeni i oszołomieni przechodnie nie rozumieją, co się stało. Na chwilę zapada cisza. Po dwóch sekundach huknęło znowu, ale dźwięk był inny. Jakby wielka kupa żelastwa spadła z nieba na ziemię.

Jest chłodny poranek 20 grudnia 1973 roku w Madrycie, godzina 9.28. Kilka minut wcześniej hiszpański premier admirał Luis Carrero Blanco wyszedł ze swojego apartamentu w ekskluzywnej dzielnicy Salamanca i wraz adiutantem wsiadł do czarnego pancernego dodge'a dart 3700. Jechał na codzienną poranną mszę.

Kościół jezuitów znajduje się zaledwie 300 metrów od jego domu na ulicy Serrano, ale admirał nigdy nie chodził tam piechotą. Jego limuzynę eskortował jeszcze jeden samochód z żołnierzami, który pojechał przodem. Konwój skręcił w uliczkę Claudio Coello, by jak co dzień wjechać na klasztorny dziedziniec obok kościoła. Ładunek zamontowany w studzience kanalizacyjnej zamachowcy odpalili precyzyjnie, pod dodge'em premiera. Siła wybuchu wyrzuciła dwutonowe auto na wysokość 25 metrów. Samochód przeleciał nad kamienicą, zawadził o dach i spadł na klasztorne patio.

- Luis Carrero Blanco, przyjaciel i najbliższy doradca generała Franco, zginął z rąk ETA. Gdyby nie jego śmierć, historia Hiszpanii mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej, a frankistowski reżim przetrwać znacznie dłużej - uważa hiszpański publicysta związany z "El Pais" José Torrentegui. Twierdzi, że Carrero Blanco zgubiło członkostwo w Opus Dei. - Baskijscy terroryści mogli dokładnie zaplanować zamach, bo zgodnie z regułą organizacji Carrero Blanco musiał być codziennie w kościele. I tak Opus Dei zadecydowało o przyszłości Hiszpanii. Zupełnie nie po swojej myśli.

Awantura o "Kod Leonarda"

Dyskusja na temat roli, jaką odegrało Opus Dei w czasach frankistowskiej dyktatury, a także obecnej pozycji tej tajemniczej, wpływowej organizacji kościelnej, rozgorzała w Hiszpanii na nowo. Wywołała ją burza wokół światowego bestselleru Dana Browna "Kod Leonarda da Vinci". Sensacyjny film według tej powieści, który za kilka dni wchodzi na ekrany polskich kin, jeszcze bardziej dolał oliwy do ognia. Choć kryminalna opowieść Browna niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, niezwykle nerwowo zareagował na nią Watykan. A także Opus Dei, które w powieści jawi się jako złowroga, fanatyczna organizacja gotowa posunąć się nawet do morderstw.

Zła prasa Dzieła Bożego nie jest oczywiście niczym nowym. Niemal od swego powstania Opus Dei budziło kontrowersje i podejrzenia. Nazywano je "kościelną masonerią", sektą, zarzucano potęgę finansową, mieszanie się do polityki, wspieranie prawicowych dyktatur oraz walkę o władzę wewnątrz Kościoła. Powodem wielu spekulacji na temat Dzieła jest okrywający je woal tajemnicy, przyprawiające o dreszcze praktyki umartwiania ciała za pomocą skórzanych dyscyplin, włosiennic i kolczastych obręczy noszonych na udach (tzw. cilicio). Organizacja nie ujawnia, kto do niej należy, zaś większość jej przedsięwzięć (uniwersytetów, szkół, ośrodków charytatywnych) powstaje pod innymi szyldami.

Choć "Kod Leonarda da Vinci" to tylko fikcja, i to niezbyt wysokiego lotu, zły klimat wokół Opus Dei zmusił organizację do zmiany medialnej strategii. Jak twierdzi hiszpański dziennik "El Pais", sam zwierzchnik Dzieła biskup Javier Echevarria zarządził politykę pełnego otwarcia. Poszczególne lokalne prałatury mają zasypywać media pozytywnymi informacjami na temat przedsięwzięć Opus Dei. Dzieło otworzyło swe ośrodki dla dziennikarzy, powołało rzeczników prasowych w poszczególnych krajach, a reporterzy zgłębiający tajemnice Opus otrzymali wyczerpujące dane, wyjaśnienia oraz przewodników służących dyskretną pomocą w zbieraniu materiałów.

Tuż po przyjeździe do Madrytu skontaktowałem się z Juanem Manuelem Morą - numerariuszem (członkiem Dzieła, który zachowuje celibat) i szefem public realtions w hiszpańskim Opus. Lekko siwiejący mężczyzna w średnim wieku w eleganckim szarym garniturze, starannie dobranym krawacie i okularach w złotych oprawkach promieniuje serdecznością. Wyciąga z biurka pięknie wydane opracowania na temat Opus, umawia na spotkania z członkami organizacji, wizyty w ośrodkach, szkole podstawowej i przedszkolu prowadzonych przez Dzieło. Gdy Manuel opowiada o świętym Josemarii Escrivie de Balaguer, założycielu Opus Dei, w gabinecie rzecznika zjawia się tęgawa kobieta o czarnych włosach i ciemnej karnacji. Ubrana jest jak pracownica banku, w granatowy żakiet, ciemne spodnie. Ma na sobie wytworny srebrny naszyjnik z dyskretnym krzyżykiem. Przedstawia się tylko imieniem - Teresa - i siada z boku przy małym stoliku do kawy. Przysłuchuje się opowieści Manuela, bacznie wpatrując się we mnie ciemnymi oczami.

Stopy mnicha na śniegu

Josemaria Escriva urodził się w 1902 roku w małym miasteczku Barbastro w hiszpańskiej Aragonii, w rodzinie drobnych przedsiębiorców. Dziś jego przebudowany dom rodzinny jest żeńskim ośrodkiem Opus Dei. Mały Josemaria ciężko zachorował, a jego trzy młodsze siostry zmarły. Załamana matka zawiozła chłopca do sanktuarium Matki Boskiej z Torreciudad, by modlić się o jego zdrowie. Cudem przeżył.

Od małego był niezwykle pobożny. Gdzieś między Bożym Narodzeniem 1917 roku a świętem Trzech Króli Josemaria miał pierwszą z trzech mistycznych wizji, które zdeterminowały jego życie. Zobaczył na śniegu (rzadkim w Hiszpanii) ślady nagich stóp zakonnika ze zgromadzenia karmelitów.

Piętnastoletni chłopiec postanowił poświęcić swoje życie Bogu. W 1920 roku rozpoczął studia na papieskim uniwersytecie w Saragossie i w miejscowym seminarium. Pięć lat później przyjął święcenia kapłańskie, a następnie przeniósł się do Madrytu, gdzie pracował nad doktoratem z prawa cywilnego.

2 października 1928 roku miał kolejną mistyczną wizję podczas rekolekcji w Domu Lazarystów. Przy dźwięku dzwonów objawił mu się Bóg, "ukazując swoje Dzieło, które zostanie na wieki". To wydarzenie członkowie organizacji przyjmują jako początek Opus Dei. Escriva zaczął pisać szkice przedstawiające "ducha" nowego Dzieła. A był on w owych czasach rewolucyjny. Główna idea sprowadzała się do uświęcenia zwyczajnego życia. W tej koncepcji "bycie świętym" przestaje być zastrzeżone dla garstki duchowych herosów, kapłanów i mnichów - stanowi przeznaczenie każdego chrześcijanina. W Opus Dei świętymi chcą zostać politycy, bankierzy, prawnicy, handlowcy, hydraulicy, kucharze, dozorcy. Dzieło kładzie główny nacisk na uświęcenie przez pracę i zwykłe życie. Tym różni się od zakonu. Jak mówił później Jan Paweł II, Escriva antycypował "powszechne wezwanie do świętości" ogłoszone podczas Soboru Watykańskiego II w 1965 roku. Jednak w czasach, gdy święty Josemaria tworzył swe Opus, między klerem a świeckimi wyznawcami katolicyzmu istniał ogromny dystans.

Dzieło się otwiera

Manuel snuje opowieść o ojcu założycielu Opus, delikatnie gestykulując wiecznym piórem. Teresa patrzy badawczo i uśmiecha się nieznacznie, gdy spotykają się nasze oczy.

- O życiu w Opus Dei najlepiej opowie ks. José Carlos Martin de la Oz. Jest postulatorem świętości w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych członków Dzieła.

Ksiądz urzęduje i mieszka w ośrodku Opus Dei mieszczącym się w szarej, posępnej kamienicy w centrum Madrytu. Jego gabinet jest ciepły, przestronny, przypominający raczej pokój wypoczynkowy w mieszkaniu niż wnętrze kościelnego urzędu. Nie ma tu żadnych elementów dewocyjnych, świętych obrazków czy rzeźb. Na ścianach wiszą pejzażowe akwarele, meble są ładne, nowoczesne i wygodne. W gabinecie księdza Martina przy filiżance kawy siedzi już Teresa. Postulator jest ubrany w czarny elegancki garnitur i koszulę z koloratką. To jedyny "konfesyjny" element w całej tej scenerii.

- Książka Browna zrobiła wiele złego - mówi Martin niezwykle spokojnie. - Jej celem jest przekonanie czytelników, że osoby tworzące Kościół tak naprawdę to niewierzący cynicy. Ich prawdziwą motywacją jest władza, wpływy i pieniądze. Najsmutniejszy jest atak na Kościół katolicki, bluźnierstwo wobec Jezusa Chrystusa, zanegowanie jego boskości, zanegowanie faktu, że to on stworzył Kościół, podważenie wiarygodności pism, które jako chrześcijanie czytamy od dwudziestu wieków. Jeśli zaś chodzi o Opus Dei, które w książce jawi się jako tajemnicza sekta o niejasnych celach, to mogę tylko wzruszyć ramionami. Dzieło nie ma nic do ukrycia. Opus Dei jest jedyną w Kościele katolickim prałaturą personalną podległą bezpośrednio papieżowi. Jesteśmy obecni w 62 krajach. Opus Dei liczy 83 tysiące członków świeckich i około 2 tysięcy księży należących do Stowarzyszenia Kapłańskiego Świętego Krzyża, które jest częścią Dzieła. Najwięcej jest nas w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej.

Pod skrzydłami Franco

Josemaria Escriva tworzył zalążki Opus Dei tuż po krwawej wojnie domowej w Hiszpanii zakończonej w 1939 roku zwycięstwem generała Francisco Franco. Podczas wojny wojska republikańskie wspomagane finansowo przez Związek Radziecki wymordowały prawie 10 tysięcy hiszpańskich duchownych. Dlatego tuż po powstaniu frankistowskiego reżimu wśród hiszpańskich katolików prawie nie było jego wrogów.

Wojenne losy Escrivy również jego postawiły po stronie Franco. Gdy Madryt opanowali republikanie, przez pięć miesięcy ukrywał się w szpitalu dla umysłowo chorych, symulując chorobę, a następnie schronił się w ambasadzie Hondurasu. W końcu uciekł z Hiszpanii wraz z grupką swych uczniów przez Pireneje do Andory.

"W dniu zwycięstwa Franco hiszpańscy prałaci błogosławili jego żołnierzy, a sami dawali się fotografować w geście faszystowskiego pozdrowienia" - pisze amerykański historyk John Hooper w książce "Nowi Hiszpanie". W takiej atmosferze Escriva poznał generała, zdeklarowanego katolika, który proklamował nową, katolicką Hiszpanię. Nie kwestionował jego władzy, co nie jest specjalnie zaskakujące.

Początków czarnej legendy Opus Dei należy szukać w połowie lat 50., gdy do frankistowskiego rządu dołączają członkowie Dzieła. Co prawda w latach 1939-75 w jedenastu rządach Franco zasiadało w sumie tylko ośmiu ministrów otwarcie deklarujących związki z Opus (przypomnijmy, że sama organizacja nie ujawnia nazwisk swych członków), ale w opinii wielu historyków Dzieło wspierało reżim. Zdarzały się jednak wyjątki.

Wśród opozycjonistów znalazł się na przykład Rafael Calvo Serer, członek Opus Dei, który w 1966 roku założył "Madrid", krytyczną wobec Franco gazetę zamkniętą w końcu przez państwową cenzurę. Razem z sekretarzem Komunistycznej Partii Hiszpanii założył ugrupowanie Junta Democratica domagające się pluralizmu w życiu publicznym. W redakcji "Madrid" pracował też inny numerariusz Antonio Fontan, zaś członek Dzieła Manuel Fernandez Areal znalazł się nawet w więzieniu za krytyczne artykuły pod adresem reżimu.

To nie byli źli ludzie

- Jak pogodzić tak skrajne postawy w jednej organizacji? - pytam ks. José Carlosa Martina de la Oz.

- Opus Dei nie zajmuje się w ogóle polityką i nie zajmowało się nią także w czasie dyktatury Franco - twierdzi ksiądz. - To ludzie należą do partii i mają polityczne poglądy. Opus Dei zajmuje się świętością. Dzieło zgodnie z ideą św. Escrivy promuje wolność. W sprawach tego świata każdy kieruje się własnym sumieniem.

- Czyli w Opus Dei mogli być obok siebie prześladowcy i prześladowani?

Ksiądz Martin milczy przez chwilę, a czarne oczy Teresy błyszczą w napięciu.

- Epoki Franco nie sposób osądzić jedno-znacznie - mówi wreszcie Martin. - Z tego, co wiem, członkowie Dzieła zaangażowani w politykę w tym czasie nie byli złymi ludźmi. Postępowali w zgodzie ze swymi przekonaniami.

Pierwszy seat, pierwsza lodówka

Polityków z Opus Dei w epoce Franco nazywano technokratami, bo nie traktowali hiszpańskiego faszyzmu w sposób ideologiczny. Przychylny im Victor Alba pisze: "Kiedy opozycja krzyczała: więcej wolności, technokraci odpowiadali: więcej wygody. Chcieli uwiecznić istniejący porządek bez odwoływania się do metod nadmiernie autorytarnych. Innymi słowy: kupujcie pierwszego seata 600, lodówkę, telewizor. Wolność? Jutro albo pojutrze. Podporządkowali politykę wymogom ekonomicznym".

Z kolei Adam Wielomski w "Hiszpanii Franco" pisze: "Opus Dei rekrutowało swoich członków spośród średnich i wyższych warstw społecznych, którym plebejski i socjalny falangizm raczej nie odpowiadał, a także pośród przedstawicieli sfer biznesowych, którym nie odpowiadała ingerencja w gospodarkę totalizującego państwa. Taktyka Opus Dei, polegająca na przenikaniu wszelkich szczebli władzy i obsadzaniu ich własnymi ludźmi (stąd przydomek białej masonerii), nie była może spektakularna i nie przypominała niczym faszystowskiego podboju państwa, ale okazała się skuteczna, w szybkim czasie redukując wpływy falangistowskie i przekształcając frankizm w klasyczną prawicową dyktaturę".

Zagwizdnięta Pilar

Jadę na przedmieścia Madrytu spotkać się z jedną z supernumerariuszek Opus Dei.

Członkowie Dzieła dzielą się na dwie zasadnicze kategorie: numerariusze ślubują celibat i mieszkają razem we wspólnych domach. Niektórzy z nich pracują dla organizacji, inni wykonują normalne zawody. Supernumerariusze zakładają rodziny i mieszkają u siebie. Wszystkich obowiązują podobne reguły: codzienna msza, przyjmowanie komunii, specjalny zestaw modlitw, studiowanie Pisma Świętego, cotygodniowe spotkania w ośrodku Dzieła, warsztaty i rekolekcje.

Pilar Gomez mieszka w ośmiopiętrowym bloku w podmiejskiej dzielnicy. Z zawodu jest psychologiem.

Drzwi do przestronnego, pięciopokojowego apartamentu otwiera mi atrakcyjna czterdziestoletnia kobieta w eleganckim ciemnym kostiumiku. Dookoła niej kłębi się piątka dzieci. Dziewczynki ubrane są w kraciaste sukienki, chłopcy w długie spodnie i jasne koszule, jakby szli na szkolną akademię. W domu panuje sterylna czystość. W dziecięcych pokojach zabawki i książki ułożone są pod linijkę.

Wchodzimy do salonu, gdzie... siedzi Teresa. Pilar częstuje piwem.

- Mąż jest jeszcze w pracy - mówi przepraszająco. - Też jest dziennikarzem. Poznaliśmy się, gdy byłam na drugim roku studiów, jeszcze zanim zetknęłam się z Dziełem. Zawsze byłam praktykującą katoliczką, chodziłam do szkoły prowadzonej przez siostry. Mój mąż nie był zbyt gorliwym wierzącym. Nie chodził regularnie do kościoła.

Gdy byłam na trzecim roku, moja siostra poznała numerariuszkę. We dwie namówiły mnie, żebym poszła na spotkanie do ośrodka Dzieła. To był mój pierwszy kontakt. Jednak gdy siostra zdecydowała się wyprowadzić z domu od rodziców i zamieszkać w centrum Opus Dei, byłam przerażona. Niewiele wiedziałam o organizacji i wydawało mi się, że poszła za daleko, że wplątuje się w coś dziwnego, niejasnego. Bo z jednej strony wydawało mi się, że decyduje się na życie klasztorne, ale przecież do klasztoru nie idzie. Zakon kojarzył mi się źle, nie przepadałam za zakonnicami z mojego liceum.

Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o Opus Dei, więc coraz częściej odwiedzałam ośrodek. W końcu zrozumiałam swoje własne powołanie, uświadomiłam sobie, że przez całe życie czekałam na coś takiego. Josemaria Escriva nazywał to "zagwizdnięciem" - duch w człowieku gwiżdże jak woda w czajniku. Droga Opus Dei wydawała mi się doskonała, zrozumiałam, na czym polega pełnia życia chrześcijańskiego, kształtowanie swojego ducha i charakteru zgodnie z zasadami Kościoła. Zawsze marzyłam o ludzkiej miłości, rodzinie, dzieciach... W Opus zawierasz kontrakt z Bogiem, poświęcasz mu życie. Jednocześnie mogę wyjść za mąż, pracować, normalnie żyć w świecie.

- A mąż?

- Na początku nic nie wiedział o organizacji. Niczego mu nie tłumaczyłam, a on nie specjalnie się tym interesował. Mówiłam, że idę na spotkanie albo na medytacje. Jestem w Opus Dei od 16 lat, a on dopiero od trzech.

- Dzięki pani?

- Nie, dzięki Bogu. Miał w sobie wiarę, choć była uśpiona. Gdy się już poznaliśmy i byliśmy narzeczonymi, siłą rzeczy zaczął chodzić do kościoła ze mną. Później zobaczył, że poszłam o krok dalej, i poszedł za mną.

Dzieło kobiet

Kobiety Opus Dei są pewnego rodzaju fenomenem w Kościele katolickim. W Dziele jest ich 55 procent. Większość z nich to osoby świetnie wykształcone, które osiągają zawodowe sukcesy. Choć sekcja żeńska w organizacji jest wyraźnie oddzielona od męskiej, kobiety w Opus Dei piastują często ważne funkcje. W przeciwieństwie do wielu zgromadzeń zakonnych Dzieło kształci numerariuszki i supernumerariuszki tak samo jak mężczyzn. Rola członkiń Opus daleko odbiega od funkcji kucharek i sprzątaczek, którą na ogół sprawują zakonnice w parafiach.

Sam Escriva mówił o tym w wywiadzie z 1967 roku: "Jeśli wyłączymy zdolność prawną do przyjmowania święceń - różnicę, którą należy utrzymać z wielu powodów - to myślę, że kobietom trzeba w pełni przyznać te same prawa i obowiązki co mężczyznom: prawo do apostolstwa, do zakładania stowarzyszeń i kierowania nimi, do wyrażania w sposób odpowiedzialny opinii we wszystkim, co dotyczy Kościoła". Przy innej okazji powiedział: "Gdyby nie kobiety, Dzieło by upadło".

Od cilicio nikt nie umarł

Patrzę na drobną, delikatną i zadbaną Pilar i jakoś nie mogę jej sobie wyobrazić, jak okłada się rzemienną dyscypliną czy zapina na udzie cilicio nabite kolcami. Praktyki umartwiania ciała stosowane w Opus Dei mogą dziś szokować.

Ksiądz José Carlos Martin de la Oz, który zabiega o kanonizację kandydatów z Opus Dei na ołtarze, twierdzi, że nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

- Kościół od wieków promuje świętość, czyli intymny, osobisty kontakt z Bogiem. Jedną z form świętości jest ofiarowanie się, bo bez poświęcenia nie ma ani miłości ludzkiej, ani miłości boskiej. Jedną z najprostszych form ofiarowania się jest codzienna praca, uśmiech, pomoc, odrzucenie własnego egoizmu. Kościół od dwudziestu wieków każe naśladować Chrystusa. Są okresy postu, w których wyrzekamy się cielesnych przyjemności. Większość członków Opus Dei jako osoby posiadające rodziny i prowadzące normalny tryb życia uprawia zwykłe formy umartwiania się. Są też w Opus Dei osoby, które stosują umartwianie cielesne, podobnie jak karmelici bosi i inni duchowni - dłuższy okres postu albo niewielkie cilicio. Ludzie z Opus Dei mogą stosować takie praktyki - są w końcu wolni, ale oczywiście zawsze z umiarem, bo przecież trudno sobie wyobrazić, że ktoś by chodził do pracy czy spacerował po ulicy z cilicio na udzie.

- A ksiądz używa tej kolczatki?

- Oczywiście. To nie jest żadne barbarzyństwo ani nic bardzo krwawego. Nikt jeszcze nie umarł od infekcji spowodowanych cilicio. Chodzi o to, by panować nad własnym ciałem, naśladując Chrystusa.

- Ja nie używam cilicio - mówi Pilar.- Zakładają je głównie numerariusze. Istnieje wiele innych sposobów umartwiania się. Na przykład jestem bardzo głodna, ściska mnie w żołądku, ale mówię: nie. W opowieściach na temat cielesnego umartwiania się w Opus Dei jest potwornie dużo przesady. Nikt z nas nie chodzi przecież zalany krwią.

Wybierają bogatych

- Jak zostać członkiem Opus Dei? - pytam Pilar.

- Najpierw trzeba przez kilka lat uczestniczyć w spotkaniach formacyjnych, rekolekcjach i dniach skupienia. Później kandydat składa pisemną prośbę o przyjęcie do Dzieła. Mniej więcej półtora roku później odbywa się tzw. oblacja, podczas której między Opus a członkiem zostaje zawarta formalna umowa. Dzieło sprawuje duchową opiekę nad swym członkiem, zaś on zobowiązuje się do życia zgodnie z zasadami Opus Dei.

- A gdzie organizacja werbuje nowych członków? - dopytuję.

Teresa przeszywa mnie czarnymi oczami, a Pilar odpowiada, jakby recytując: - Opus Dei nie prowadzi werbunkowych akcji. Członków werbuje Bóg. By wstąpić do Dzieła, trzeba poczuć powołanie.

- Nie wierz im - powiedziała mi później Janire, młoda praktykantka w hiszpańskim CNN, która oprowadzała mnie po Madrycie. - Studiowałam w Pampelunie na Uniwersytecie Navarry prowadzonym przez Opus Dei. Oni tam prowadzą sekciarską rekrutację, posuwając się do bezwzględnych manipulacji. Na uniwersytecie doskonale wiedzą, kto skąd pochodzi i z jakiego jest domu. Wybierają bogatych, zdolnych, dobrze rokujących. Często w campusie podchodzą do ciebie i namawiają na spotkanie w ośrodku. Bombardują przyjaźnią. Już wewnątrz organizacji odbywa się regularne pranie mózgu. Znam wiele osób, które odeszły z Dzieła. Mówiono im, że jeśli wystąpią, ich zbawienie stanie pod znakiem zapytania, że jest to równoznaczne ze zdradą. Niektórzy przeszli nerwowe załamania.

Wiele opisów werbunkowych praktyk Opus Dei można znaleźć na hiszpańskiej stronie internetowej www.opuslibros.org. Cytowana jest też pieśń Opus Dei zachwalająca rekrutację pt. "Podwodny połów": "Gdy zobaczysz rybę, ustaw się obok niej; manewruj zgrabnie i celnie wymierz harpun; a potem chwyć i już ją masz".

Nikt się nie będzie uganiał

- To część czarnej legendy wokół naszego Dzieła - macha ręką Manuel, oprowadzając nas po szkole podstawowej prowadzonej przez Opus Dei. Towarzysząca nam Teresa przytakująco przymyka czarne oczy. - Czy Jezus werbował swoich uczniów, czy to raczej oni do niego przyszli? Oczywiście zależy nam na nowych członkach. Ale to trudna droga i nikt tego nie kryje. Roczny przyrost liczby członków Dzieła jest znikomy. Za każdym razem jest to poważna życiowa decyzja.

Dyrektor do spraw rekrutacji Uniwersytetu Navarry Juan De Los Angeles w wywiadzie do książki Johna Allena "Opus Dei" mówi: "Chcemy nowych członków i nie robimy z tego tajemnicy. Ale nie zamierzamy nikogo naciskać, bo chcemy, żeby ludzie traktowali to jak powołanie. Mówię tak: to jest uniwersytet i każdy może robić, co chce. Nikt się za tobą nie będzie uganiał, choć z drugiej strony możesz w grupie spotkać kogoś, kto jest w Opus Dei i np. zaprosi cię na mszę".

Na zewnątrz wpływy i władza

Z José Torrentegui, lewicowym publicystą niegdyś związanym z "El Pais", spotykamy się w Barrio Chueca - bardzo liberalnej dzielnicy Madrytu, pełnej klubów i barów dla gejów. To chyba pierwsze spotkanie poza przenikliwymi czarnymi oczami Teresy.

- Ja też skończyłem Uniwersytet Navarry - mówi z uśmiechem. - Chciałem studiować dziennikarstwo, a w latach 70. była to najlepsza uczelnia. Nikt mnie tam jednak nie werbował, bo byłem dla nich "czerwony".

Zdaniem Torrentegui zła prasa Dzieła ma swoje uzasadnienie. - Ludzie ci działają w sposób zamknięty - komunikują się tylko między sobą, współpracują tylko ze sobą, a na zewnątrz widać tylko, że chodzi im głównie o wpływy i władzę. Wzajemnie się wspierają, pomagają sobie. Tak było w czasach reżimu i we współczesnym życiu publicznym Hiszpanii jest podobnie. W trakcie rządów José Marii Aznara i Partii Ludowej, czyli hiszpańskiej prawicy, Opus Dei miało wpływy w świecie polityki być może nawet silniejsze niż za czasów Franco, bo przez te kilkadziesiąt lat organizacja zdążyła się rozwinąć i okrzepnąć. Z Opus Dei wywodzili się ministrowie i, co więcej, dużo wpływowych osób w wymiarze sprawiedliwości - sędziowie i prokuratorzy. I o ile przy zmianie rządów ze stanowisk politycznych czy rządowych dane osoby są szybko usuwane przez kolejną ekipę, o tyle w wymiarze sprawiedliwości taka czystka trwa znacznie dłużej.

- Musisz zrozumieć, że historia i działanie Opus Dei są niezwykle trudne do zrozumienia z polskiej perspektywy - ciągnie José. - Wy myśleliście w kategoriach dyktatury komunistycznej, która siłą rzeczy lokowała Kościół katolicki w opozycji. W Hiszpanii albo na przykład w Chile, gdzie na czele totalitarnych państw stali porządni katolicy, na Kościół czyhała pułapka wspierania systemu opresji. Nie zawsze wychodził z niej obronną ręką. Gdy papieżem został Karol Wojtyła, polski kardynał naznaczony doświadczeniem totalitarnego komunizmu, dla Opus Dei pojawiło się zielone światło. Hiszpania stała się demokratycznym krajem, Jan Paweł II największe zagrożenie dla Kościoła i świata upatrywał w komunizmie. Dlatego w 1982 roku ustanowił Opus Dei jedyną prałaturą personalną. Dzieło okazało się skutecznym narzędziem w zwalczaniu południowoamerykańskiej teologii wyzwolenia, która starała się pogodzić Kościół z pewnymi nurtami marksizmu. Konserwatywne Opus Dei w Ameryce Południowej odniosło sukces. W 2002 roku Jan Paweł II kanonizował Escrivę, podkreślając w ten sposób swoje przywiązanie i zaufanie do Dzieła. Myślę, że przy wyborze Benedykta XVI Opus odegrało znaczącą rolę. To pontyfikat kontynuacji.

Dzieła korporacyjne

Gdy pytam o pluralizm poglądów politycznych wewnątrz organizacji, Torrentegui uśmiecha się z politowaniem. - Ciągle ta sama płyta. Trudno mi jakoś uwierzyć, że Dzieło nie zajmuje się polityką, lecz jedynie jego poszczególni członkowie. Ich wizja świata jest bardzo spójna. To zdecydowanie konserwatywna wizja.

Torrentegui podejrzewa, że gigantyczne środki finansowe gromadzone przez organizację na całym świecie niejednokrotnie posłużyły celom politycznym.

Jak wygląda kasa Opus Dei?

Według Allena, autora książki "Opus Dei", w 2003 roku organizacja dysponowała kapitałem rzędu niemal 3 miliardów dolarów. Swe wyliczenie oparł na sprawozdaniach finansowych Dzieła z poszczególnych krajów. Są one o tyle nieprecyzyjne, że większość przedsięwzięć Opus - szkoły, uniwersytety, instytucje socjalne, bursy - to tzw. dzieła korporacyjne, które formalnie są własnością osób fizycznych i stowarzyszeń, a nie Opus Dei. I tak np. prywatny Uniwersytet Navarry należy do zarządu mającego osobowość prawną, odrębną od organizacji. Jednak większość jego członków to ludzie Dzieła.

Nawet nowojorska okazała siedziba Opus - wieżowiec przy Lexington Avenue i 34. Ulicy na Manhattanie - należy w sensie prawnym do fundacji .

Każdy z supernumeriariuszy co miesiąc wpłaca na Opus Dei pewien procent swoich zarobków. Jego wysokość jest uzależniona od wydatków, jakie musi ponosić na życie, liczebności rodziny itp. Numerariusze żyjący w celibacie i mieszkający we wspólnych domach oddają trzy czwarte swoich pensji. Niektórzy z nich to ludzie świetnie zarabiający. Luis Valls, siedemdziesięcioletni numerariusz, niedawno ustąpił ze stanowiska prezesa zarządu Banco Popular - trzeciego pod względem wielkości komercyjnego banku w Hiszpanii dysponującego aktywami w wysokości 47,9 miliarda dolarów. Valls podkreśla, że organizacja nigdy nie dyktowała mu strategii bankowej, nigdy też nie korzystano z kapitałów banku na cele Opus Dei.

- Nigdy nie byłem bankierem Opus Dei, ale bankierem, który wstąpił do Opus Dei - tłumaczył w jednym z wywiadów. - Wpływ Dzieła na moją karierę i życie należy do innego porządku. Gdyby nie moja wiara, zostałbym łajdakiem.

Wielkie dzieło, skromny PR

W przeddzień mojego wyjazdu z Madrytu Manuel zaprasza mnie na konferencję prasową w ośrodku Opus Dei. W nowoczesnej sali konferencyjnej odbywa się multimedialna prezentacja zakrojonego na olbrzymią skalę programu budowy szkół w Afryce Środkowej. Przedsięwzięciu patronuje Dzieło. Po konferencji odbywa się skromny bankiet.

- Ten program pochłonie gigantyczne fundusze - zagaja Manuel. - Dzieło ma gigantyczne wydatki i chyba pan przyzna, że cel jest godny pochwały. Problemem Opus Dei, nad którym cały czas musimy pracować, jest sposób komunikowania się ze światem. Te ciągłe ataki na Dzieło często wynikają z nieporozumień, z naszej nieumiejętności współpracy z mediami. Stąd podejrzenia o jakieś niedorzeczne, ciemne interesy, o to, że chcemy przejąć władzę nad światem. Media uwielbiają tropić spiski i tajemnice, tymczasem Dzieło nie ma żadnych tajemnic.

- Kim jest więc tajemnicza czarnooka Teresa, która towarzyszyła mi przy każdym spotkaniu i teraz na nas patrzy - pytam szeptem. Don Manuel drapie się w głowę.

- Jak to? Nie wie pan? To przecież numerariuszka, nasza najlepsza specjalistka od public relations.

*Współpraca Maciej Knapik, TVN 24

*Przy pisaniu artykułu korzystałem z książek: "Opus Dei" Johna L. Allena, wyd. Świat Książki, i "Hiszpania Franco" Adama Wielomskiego, wyd. Biblioteka Podlaska

Mikołaj Lizut