SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Żydowskie lobby wiecznie żywe Bartosz Węglarczyk 5/13/2006 12:00:00 AM Zródło: tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl
Zdaniem dwóch politologów Johna Mearsheimera i Stephena Walta amerykańska polityka zagraniczna prowadzona jest pod dyktando wszechpotężnego lobby żydowskiego. To antysemicki wymysł - odpowiadają oburzeni polemiści.

Żaden tekst pisany przez naukowców od lat nie wywołał w USA tak gigantycznej burzy. Dwaj renomowani politolodzy - prof. John J. Mearsheimer z Uniwersytetu Chicago i prof. Stephen M. Walt z Uniwersytetu Harvarda - oskarżyli Żydów o to, że przejęli kontrolę nad amerykańską polityką zagraniczną. W artykule opublikowanym w kwietniowym "London Review of Books" piszą, że począwszy od lat 60. wszyscy prezydenci USA ulegali wpływom potężnego lobby żydowskiego, które stawia interesy Izraela ponad amerykańskimi.


Żydzi rządzą Ameryką

"Od czasów wojny w 1973 r. Izrael otrzymuje z USA pomoc nieporównywalnie większą niż pomoc dla jakiegokolwiek innego kraju" - piszą naukowcy.

Od chwili swego powstania w 1946 r. Państwo Izrael otrzymało ponad 140 mld dolarów pomocy. W przeciwieństwie do innych krajów Izrael dostaje pieniądze w jednej transzy na początku roku budżetowego, co pozwala mu czerpać dodatkowe dochody z odsetek.

Izrael może przeznaczać pomoc amerykańską na własny przemysł zbrojeniowy. Jako jedyne państwo na świecie może kupować w USA helikoptery Blackhawk i samoloty F-16 wyposażone w tajną aparaturę. Izraelski wywiad - piszą Mearsheimer i Walt - ma dostęp do tajemnic amerykańskich służb wywiadowczych, których Waszyngton nigdy nie przekaże swoim sojusznikom z NATO. Biały Dom nie zrobił nic, by powstrzymać Izrael przed zdobyciem broni nuklearnej.

Autorzy przypominają też, że od 1982 r. Waszyngton zawetował w Radzie Bezpieczeństwa ONZ 32 rezolucje potępiające Izrael. Ameryka częściej korzystała z prawa weta niż razem wzięte cztery pozostałe kraje mające status stałych członków Rady Bezpieczeństwa. Mearsheimer i Walt nie wspominają jednak, że w 1982 r. Izrael był jednym z pól bitewnych zimnej wojny, a za rezolucjami antyizraelskimi stał Związek Radziecki i jego sojusznicy.

Dlaczego Stany Zjednoczone prowadzą politykę tak otwarcie proizraelską? Według Mearsheimera i Walta od lat 60. wszechpotężne lobby żydowskie wmawiało politykom amerykańskim, że interes Izraela to interes USA. Obaj autorzy podkreślają, że lobby żydowskie działa w USA legalnie i nie różni się w swoich metodach od innych lobbies. Pod ich piórem jednak amerykańscy Żydzi bardziej przypominają złowrogich templariuszy z "Kodu da Vinci" niż lobby właścicieli aptek.

Na czele lobby stoi AIPAC - komitet polityczny zrzeszający Amerykanów wspierających sojusz USA z Izraelem. AIPAC od lat zabiega o zbliżenie Jerozolimy i Waszyngtonu. W oczach Mearsheimera i Walta instytucja ta zmiata z powierzchni ziemi każdego wroga Izraela, w najlepszym razie niszcząc jego karierę polityczną, w najgorszym - naznaczając go jako antysemitę.

Do tego dochodzą przyjaciele Izraela rozlokowani na kluczowych stanowiskach w rządzie USA. Tacy jak Paul Wolfowitz - były zastępca sekretarza obrony, a dziś szef Banku Światowego, czy John Bolton - ambasador USA przy ONZ.

Lobby potrafi przekonać prezydenta, by nie naciskał zbytnio na państwo żydowskie w sprawie brutalnych pacyfikacji palestyńskich demonstracji. Lobby przeforsuje atak na Irak, bo obalenie Saddama oznacza większe bezpieczeństwo Izraela (a dziś próbuje wepchnąć USA w wojnę z Iranem i Syrią). Lobby przypilnuje, by żaden profesor na uniwersytecie nie ośmielił się powiedzieć niczego, co mogłoby zagrozić sprawie Izraela.

Dzięki lobby amerykańscy politycy wierzą, że USA i Izrael są połączone wspólnym zagrożeniem ze strony terrorystów. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót - twierdzą dwaj politolodzy. Jeśli Ameryce grozi dziś atak terrorystyczny, to właśnie dlatego, że zbyt blisko związała swój los z Izraelem.

Ten straszny Izrael

Tymczasem Izrael nigdy nie zasługiwał na wsparcie - ani finansowe, ani polityczne, ani nawet moralne - gdyż "powstanie państwa izraelskiego wiązało się z moralną zbrodnią popełnioną na Palestyńczykach".

Izrael - czytamy dalej - jest demokracją tylko z nazwy. Państwo żydowskie dyskryminuje bowiem mieszkających w nim Arabów. Palestyńczycy są bici, mordowani i wyrzucani z domów przez armię izraelską, która "nie waha się nawet łamać kości dzieciom". Bezwzględni politycy izraelscy mówią o Arabach z pogardą, nie uznają nawet Palestyńczyków za osobny naród.

Autorzy tekstu posuwają się dalej, pisząc, że Izrael "ze swymi kolonialnymi zapędami jest na najlepszej drodze do uzyskania statusu podobnego do tego, jakim cieszyła się RPA w czasach apartheidu".

W tekście Mearsheimera i Walta Izrael występuje w roli brutalnego okupanta, który zawsze miał przewagę nad Palestyńczykami i zawsze z niej korzystał. Już w latach 40. armia izraelska była najpotężniejszą siłą na Bliskim Wschodzie. Arabowie nigdy nie stanowili poważnego zagrożenia dla państwa żydowskiego.

Prawda jest jednak inna. Co najmniej kilka razy Izrael stał na skraju katastrofy. W czasie wojny Yom Kippur w 1973 r. Egipcjanie i Syryjczycy byli tak bliscy zdobycia Jerozolimy, że rząd izraelski zaczął palić tajne dokumenty. Izraelscy generałowie są przekonani, że dwa-trzy ładunki nuklearne zrzucone na Jerozolimę i Tel Awiw praktycznie zniszczyłyby ich kraj bez konieczności angażowania czołgów i piechoty.

Zdaniem Mearsheimera i Walta lobby izraelskie kłamie, wmawiając Amerykanom, że broń nuklearna w rękach Iranu stanowi śmiertelne zagrożenie dla Izraela. "Iran nie będzie nikogo szantażował, bo wie, że jeśli użyje bomby, sam zostanie w odwecie zniszczony" - piszą.

Problem w tym, że obaj autorzy nie biorą pod uwagę scenariusza, w którym jakiś oficer fanatyk religijny wystrzeli rakietę na Izrael, bo uwierzy prezydentowi Ahmadineżadowi, według którego państwo żydowskie powinno być zmiecione z powierzchni ziemi. Mearsheimer i Walt nie zauważyli, że ataki 11 września ukazały nowe oblicze islamskiego fundamentalizmu.

Kto jest patriotą?

Jak można się było spodziewać, artykuł Mearsheimera i Walta wywołał lawinę polemik.

Pewien emeryt z Florydy pisał: "Mearsheimer i Walt oskarżają Amerykanów żydowskiego pochodzenia, że stawiają interes Izraela ponad interesem własnego kraju. Jestem wierzącym i praktykującym Żydem. Mój ojciec był oficerem piechoty morskiej podczas II wojny światowej, ja byłem oficerem piechoty morskiej w Wietnamie, a mój syn jest oficerem piechoty morskiej w Iraku. Każdy z nas wspiera Izrael. Czy więc nie zasługujemy na miano amerykańskich patriotów?".

Większość publicystów potraktowała tekst Mearsheimera i Walta mniej emocjonalnie.

Wielu ekspertów zwracało uwagę, że lobby żydowskie - choć odgrywa bardzo ważną rolę w kreowaniu polityki USA na Bliskim Wschodzie - wcale nie jest najsilniejszym lobby wpływającym na politykę zagraniczną USA. Tu palmę pierwszeństwa dzierży lobby kubańskie. To Amerykanie kubańskiego pochodzenia skupieni w Miami i kilku innych miastach na Florydzie decydują o tym, iż Waszyngton utrzymuje tak zdecydowany kurs wobec Fidela Castro. Żydzi mogliby się od nich uczyć, jak wpływać na Biały Dom.

"Mearsheimer i Walt uważają, że Ameryka weszła do Iraku, bo tego chciał Ariel Szaron, a sojusz Izraela i USA ściągnął na Amerykanów gniew Osamy ben Ladena - napisał znany publicysta Christopher Hitchens. - Autorzy po trochu prowadzą czytelnika na manowce, a po trochu wprawiają go w osłupienie". Warto bowiem pamiętać, że al Kaida nie powstała jako organizacja stawiająca sobie za cel zniszczenie Izraela. Osama zaczął swój dżihad od walki z władzami saudyjskimi i nigdy nie popierał idei państwa palestyńskiego. Uważa bowiem, że muzułmanie powinni zbudować jedno wielkie państwo islamskie obejmujące cały świat.

"Skoro lobby żydowskie jest w USA tak silne - pisze Hitchens - jak to było możliwe, że w 1991 r. prezydent George Bush senior nie tylko nie pozwolił armii izraelskiej wziąć udziału w inwazji na Irak, lecz mimo nacisków i błagań Izraela wstrzymał zwycięski marsz koalicji antysaddamowskiej na Bagdad?". Publicysta przypomina wreszcie, że wpływowi dziś w Białym Domu neokonserwatyści - także ci żydowskiego pochodzenia - byli zwolennikami interwencji USA w obronie bośniackich Muzułmanów.

W oparach antysemityzmu

Dużo ostrzej wypowiedział się Eliot A. Cohen, profesor studiów międzynarodowych na Uniwersytecie Johna Hopkinsa. Na łamach "Washington Post" zarzucił Mearsheimerowi i Waltowi antysemityzm i stwierdził, że nie jest rzeczą przypadku, iż David Duke, przywódca Ku-Klux-Klanu, uznał ich dokument za "kluczowy dla historii Ameryki" (obaj autorzy stanowczo odcięli się od Duke'a).

Cohen skrupulatnie wylicza błędy popełnione przez politologów. Wbrew ich twierdzeniom Izrael nie przyznaje obywatelstwa jedynie Żydom - w tym kraju mieszka ponad milion obywateli nieżydowskich, a posłowie arabscy zasiadają w Knesecie. Co więcej, autorzy ani razu nie wspominają o zagrożeniu, jakie dla Izraela stanowią organizacje terrorystyczne i wspierające ich kraje muzułmańskie.

Mearsheimer i Walt wymyślili sobie - pisze Cohen - lobby żydowskie (pisane przez nich dużą literą - Lobby) jako spisek lewicowych i prawicowych gazet oraz ośrodków analitycznych. Nie zauważają przy tym, że wiele z tych gazet i ośrodków szczerze się nie znosi i ostro ze sobą rywalizuje.

W świecie opisywanym przez obu uczonych politycy i doradcy polityczni pochodzenia żydowskiego po cichu sterują najwyższymi urzędnikami państwowymi w USA. Mearsheimer i Walt chętnie wymieniają nazwiska owych polityków i doradców. Nie zadają sobie jednak prostego pytania: dlaczego gorącymi orędownikami sojuszu z Izraelem są choćby przywódcy amerykańskich central związkowych opanowanych przez Włochów i Irlandczyków?

Obaj naukowcy wiele piszą o żydowskim lobby pętającym wolną dyskusję uniwersytecką w USA. Ale gigantyczna debata, jaka po ich publikacji rozpętała się w gazetach, telewizji i na forach internetowych, świadczy o czymś zupełnie innym.

Dziennik "Wall Street Journal" tak odpiera zarzuty Mearsheimera i Walta o to, iż gazeta ta jest częścią żydowskiego spisku: "Nasz wieloletni redaktor naczelny Robert Bartley [zmarł w 2003 r.] rzeczywiście mówił o sobie, że jest przyjacielem Izraela. Ale mówił także, że jest przyjacielem Wielkiej Brytanii, Tajwanu i Polski. Kraje te łączy to, że są przyjazne Ameryce, są demokracjami i mają wolny rynek. Wspierając je, Bartley nie był członkiem żadnego spisku, lecz członkiem wielkiego amerykańskiego konsensusu".

Alan Dershowitz, jeden z najbardziej znanych amerykańskich prawników i kolega Walta z Uniwersytetu Harvarda, w swej 44-stronicowej odpowiedzi podkreśla, że wrzucanie wszystkich przyjaciół Izraela do jednego worka ma taki sam sens jak wrzucanie do jednego worka wszystkich wrogów Izraela - od Osamy, przez Davida Duke'a, po skrajnie lewicowego politologa Noama Chomsky'ego. "W USA działa wiele lobbies i wszystkie czasem wygrywają, a czasem przegrywają. Kilka lat temu lobby saudyjskie zdołało np. przekonać Biały Dom do sprzedaży supernowoczesnych samolotów bojowych Arabii Saudyjskiej mimo ostrego sprzeciwu Izraela".

Co więcej, zdarzają się sytuacje, gdy Waszyngton i Jerozolima stają na otwarcie wrogich pozycjach. Tak było np. po aresztowaniu w 1985 r. Jonathana Pollarda, izraelskiego szpiega w wywiadzie marynarki wojennej USA. Mimo próśb Jerozolimy i gigantycznego nacisku środowisk żydowskich na Biały Dom Pollard został skazany na dożywocie. Otrzymał jeden z najsurowszych wyroków, jakie kiedykolwiek wydano w USA za szpiegostwo (identyczny wyrok dostał Aldrich Ames, szpieg KGB w CIA). Dziś prokuratura w Waszyngtonie prowadzi sprawę o przekazywanie działaczom AIPAC tajnych informacji przez analityka Pentagonu. Ta "centrala żydowskiego lobby" nie potrafiła się, jak widać, obronić przed zarzutami, iż próbowała uzyskać dostęp do tajnych informacji na wyżynach władzy.

Kwestia przyzwoitości

Mearsheimer i Walt rzeczywiście zdają się nie rozumieć powodów, dla których Izrael cieszy się szczerą sympatią olbrzymiej części amerykańskiej opinii publicznej. Otóż Amerykanie zawsze wspierają słabszego, a historia państwa izraelskiego to opowieść o starciu małego narodu z otaczającymi go wrogami.

Izrael był do niedawna jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie. Wspieranie kraju demokratycznego i przyjaznego Ameryce w każdej części świata leży w żywotnym interesie USA (z tych samych powodów utrzymywanie bliskich stosunków z Izraelem leży również w interesie Polski).

To prawda, sojusz z Izraelem kosztował Stany Zjednoczone utratę poparcia dużej części społeczeństw muzułmańskich. W ocenie tego sojuszu nie da się jednak przecenić względów moralnych. Gdy premier ZSRR Aleksiej Kosygin zapytał prezydenta Lyndona Johnsona, dlaczego USA popierają Izrael, skoro na świecie jest 80 mln Arabów i zaledwie 3 mln Żydów, Johnson odparł: - Bo tak nakazuje przyzwoitość.


Prof. John J. Mearsheimer jest dyrektorem badań nad bezpieczeństwem międzynarodowym na Uniwersytecie Chicago, jednej z najlepszych uczelni USA. Pięć lat służył w lotnictwie wojskowym. Jest autorem wielu artykułów prasowych i trzech książek poświęconych teorii stosunków międzynarodowych.

Prof. Stephen M. Walt jest wykładowcą nauk międzynarodowych i prodziekanem ds. naukowych w prestiżowej Szkole Nauk Politycznych im. Johna F. Kennedy'ego na Uniwersytecie im. Harvarda w Cambridge (Massachussetts). Jest autorem wielu artykułów i książek poświęconych polityce międzynarodowej.

Bartosz Węglarczyk,
Gazeta Wyborcza