SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Amerykańska wojna z Darwinem Elżbieta Olender 3/24/2006 12:00:00 AM Zródło: Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl
Wojna o teorię ewolucji ma w USA 80-letnią historię. Po obu stronach barykady stoją potężne ruchy społeczne o ogromnych budżetach.

Teoria Darwina jest tylko teorią i wciąż jest przedmiotem dyskusji, w miarę, jak odkrywane są nowe dowody. Ta teoria nie jest faktem [...]. Dlatego jak w przypadku każdej innej teorii zachęca się uczniów do zachowania otwartego umysłu.
[Rada Edukacyjna dystryktu szkolnego w Dover w Pensylwanii]

Oczywiście umysł należy mieć otwarty, ale nie tak szeroko, żeby mózg wypadał.
[Prof. Richard Dawkins, ewolucjonista]

Amerykańskie media, naukowcy i liberałowie z ulgą przyjęli wyrok sądu z 20 grudnia 2005 r. nakazujący, by szkoła publiczna w Dover w Pensylwanii usunęła z programu nauczania ostrzeżenie przed darwinizmem i zachętę do studiowania alternatywnej, kreacjonistycznej koncepcji pochodzenia człowieka. Z ulgą, lecz bez złudzeń. Sprawa z Dover była tylko potyczką w toczącej się w USA wojnie przeciw teorii Darwina, a sądowe zwycięstwa ewolucjonistów bledną w porównaniu z sukcesami, jakie odnosi kreacjonizm w amerykańskim społeczeństwie.

Randy Olson, ewolucjonista i autor filmu dokumentalnego "Stado ptaków dodo: akrobacje wokół ewolucji i inteligentnego projektu" (premiera w lutym 2006 r.) wręcz twierdzi, że naukowcy stoją na straconej pozycji i tylko patrzeć, jak podzielą los dodo, wymarłego w 1680 r. ptaka z Mauritiusa. O ile bowiem kreacjoniści zrozumieli zasady panujące w świecie mediów, o tyle "naukowcy, gdy przychodzi do popularyzacji swych osiągnięć, zachowują się jak stado ptaków dodo".

Stara treść, nowe szaty

Tradycyjny kreacjonizm odwoływał się do koncepcji stworzenia zapisanej w Biblii. Utrzymywał więc, że wszechświat, życie i człowiek zostały stworzone przez Boga 6 tys. lat temu - od razu w tej postaci, którą znamy dzisiaj. Czy raczej wiele miliardów lat temu, bo boskich dni nie da się mierzyć ludzkim czasem. Inna wersja głosiła, że wszechświat powstał wiele miliardów lat temu, a życie dopiero na początku czasu biblijnego; strącenie Szatana z nieba spowodowało wyrwę czasową pomiędzy tymi wydarzeniami.

Porządek, w jakim ułożone są warstwy geologiczne i kopalne szczątki zwierząt, to wynik potopu - większe zwierzęta wspięły się na góry, dlatego ich szczątki znajdujemy wyżej. Możliwe też, że Bóg celowo uformował Ziemię w taki sposób, żeby robiła wrażenie starszej. Zresztą tak naprawdę ten porządek nie istnieje - to naukowcy wymyślili "kolumnę geologiczną", by mieć argument na rzecz bałamutnej teorii ewolucji.

Takie poglądy od lat były pośmiewiskiem w środowisku naukowym. Skąd więc nagłe larum, że kreacjonizm jest zagrożeniem dla pozycji nauki w społeczeństwie? Dlaczego statystyki dowodzą, że zdaniem 60 proc. Amerykanów człowiek pojawił się na Ziemi dzięki boskiej ingerencji?

Stało się tak za sprawą neokreacjonizmu, który uwolnił się od takich ekstrawagancji myślowych i 13 lat temu zaprezentował nowe oblicze - teorię inteligentnego projektu (theory of intelligent design). Twórcy neokreacjonizmu zrezygnowali z toczenia sporów o Biblię i sformułowali program minimum. Po pierwsze - należy podważyć zaufanie do teorii ewolucji. Po drugie - doprowadzić do tego, by o stworzeniu Ziemi według celowego planu nauczano w amerykańskich szkołach publicznych.

Teoria inteligentnego projektu głosi, że żywe organizmy są zbyt skomplikowane, a ich funkcjonowanie zbyt złożone, by mogły powstać w wyniku procesów naturalnych. Gdy na łące znajdziemy zegarek, nie uznamy go za twór przyrody. Pomyślimy o zegarmistrzu, który go zaprojektował i wykonał w pewnym celu. Nawet jeśli nie spotkamy zegarmistrza, będziemy wiedzieć o jego istnieniu na podstawie rezultatów jego pracy. Ten teleologiczny dowód na istnienie Stwórcy - odwołujący do celowości przyrody - sformułował Arystoteles. Do chrześcijaństwa wprowadził go św. Tomasz z Akwinu. A poglądową wersję z zegarmistrzem zaproponował XIX-wieczny teolog angielski William Paley.

Prawie nauka

Tę filozoficzną tezę neokreacjonizm podbudowuje "naukową" argumentacją. Życie na Ziemi - twierdzi - jest możliwe tylko dzięki delikatnej równowadze: wystarczyłaby niewielka zmiana w budowie atomu węgla lub w tempie rozszerzania się wszechświata, a nigdy by nie powstało. Takie warunki nie zaistniały przez przypadek, lecz musiały być wytworzone celowo.

Również własności adaptacyjne organizmów nie mogły wykształcić się stopniowo, w drodze przypadkowych mutacji, gdyż wiele z nich wykazuje nieredukowalną złożoność. To oznacza, że nie da się ich uprościć, a równocześnie zachować ich funkcjonalności. Przykładem może być oko. "Niedokończone" oko nie przynosi organizmowi żadnej korzyści, a więc nie ma powodu, by powstało i udoskonaliło się w toku ewolucji. Innym przykładem takiej nieredukowalnie złożonej cechy jest biochemiczny mechanizm krzepnięcia krwi, w którym kolejne czynniki aktywują się jeden po drugim na kształt kaskady. Jeszcze innym - budowa wici umożliwiającej bakterii poruszanie się. Wszystkie takie systemy musiały zostać zaprojektowane z myślą o ich funkcji i stworzone od razu w formie doskonałej.

Język neokreacjonistów roi się od naukowo brzmiących terminów, ale ich poglądy ignorują ustalenia nauki i odwołują się do zdrowego rozsądku - tego samego, który dowodzi, że gdyby Ziemia była kulista, toby ludzie z niej pospadali. Ewolucjoniści potrafią udowodnić, że rzekomo nieredukowalnie złożone organy występują w prostszej, a mimo to użytecznej postaci u ewolucyjnie starszych organizmów. Można np. prześledzić ewolucję oka - od światłoczułej plamki u bezkręgowców, poprzez oko z siatkówką, lecz jeszcze bez soczewki (u skorupiaków), poprzez złożone oczy owadów pozwalające na odróżnianie kolorów i trójwymiarowe, choć niezbyt ostre widzenie, aż po taką formę oczu, jaka na koniec pojawiła się u kręgowców.

Poza tym, gdyby oko zostało zaprojektowane przez rozumnego Inżyniera, byłoby wolne od takich niedoskonałości jak choćby ślepa plamka - "niewidzące" miejsce na siatkówce, z którego wychodzi do mózgu nerw wzrokowy.

Strategia klina

Neokreacjonizm zawdzięcza swe sukcesy ludziom, którzy wiedzą, jak funkcjonuje nauka, i potrafią uczynić z tej wiedzy przewrotny użytek. Nieredukowalną złożoność wymyślił Micheal Behe, biochemik z Leigh University. Autorem argumentu, że DNA zawiera zbyt dużo informacji, by mogło powstać przypadkowo, jest matematyk i filozof William Dembski. Bruce Chapman założył w Seattle Discovery Institute (Instytut Odkryć) - zaplecze instytucjonalne neokreacjonistów i maszynkę do pozyskiwania dotacji.

Phillip E. Johnson, emerytowany profesor prawa z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, był typowym akademikiem - sceptycznym i religijnie obojętnym. Pod koniec lat 70. pod wpływem nowej żony najpierw przeżył przebudzenie religijne, potem zainteresował się kreacjonizmem. Wreszcie zaczął drugie życie intelektualne - w polemice z ewolucjonizmem napisał sześć książek i morze artykułów, udziela wywiadów, jeździ z wykładami.

W 2002 r. - dziesięć lat po tym, gdy na konferencji poświęconej darwinizmowi po raz pierwszy padło określenie "inteligentny projekt" - Johnson udzielił wywiadu chrześcijańskiemu miesięcznikowi "Touchstone". Skrytykował w nim kreacjonistów za to, że "uwięźli w mentalności racjonalnej". I dodał: "Ja trochę lepiej rozumiem, jakimi prawami rządzi się ten świat. Pomyślałem o popularyzacji kreacjonizmu jak o kampanii politycznej lub wielkim procesie sądowym".

Kampanię tę poprowadzono według tzw. strategii klina. Na pozór współczesna nauka wygląda jak solidny pień - tłumaczy Johnson - ale wystarczy znaleźć drobne pęknięcie, wbić w nie klin i wytrwale stukać, a pień na pewno pęknie. Trzeba skupić się na wyszukiwaniu rys w teorii ewolucji. Zamiast dowodzić, że "twierdzenia darwinowskiej ewolucji stoją w sprzeczności z Biblią", trzeba pokazywać, że "popadają one w konflikt ze świadectwami biologicznymi". Kreacjonizm musi prowadzić taką krytykę darwinizmu, "której kultura akademicka i naukowa nie mogłaby łatwo zignorować".

By to zrobić, należy odłożyć na bok wszelkie spory o interpretację biblijną i skoncentrować się na twierdzeniach darwinizmu. Broni należy szukać w obozie przeciwnika. Wszak podejście naukowe jest z istoty krytyczne i autokrytyczne. Nauka przeżywała rozmaite rewolucje, stare paradygmaty były zastępowane przez nowe. Trzeba to wykorzystać.

Warto też sięgnąć po proste chwyty erystyczne. Np. taki: "W ostatnich latach pseudonauki marksizm i freudyzm utraciły swój status naukowy, a przecież Darwina, Marksa i Freuda często stawia się w jednym szeregu jako myślicieli, którzy najgłębiej wpłynęli na dwudzieste stulecie".

Faza III - konfrontacja

Świat naukowy "usłyszał" o strategii klina w lutym 1999 r. Dwaj młodzi ludzie - Duss i Rhodes - upublicznili wówczas w internecie materiał, który przypadkiem trafił w ich ręce. Był to 20-letni plan promowania teorii inteligentnego projektu, wewnętrzny dokument Discovery Institute, który - jak przystało na porządny biznesplan - dzielił to zadanie na etapy, formułował cele, wskazał metody i czas realizacji.

Choć dokument opatrzony był adnotacjami "tajne" i "nie do rozpowszechniania", jego treść nie powinna być zaskoczeniem. Zawierał przecież tylko to, o czym od kilku lat głośno mówili neokreacjoniści.

Cytowane wyżej wypowiedzi Johnsona pochodzą z artykułu opublikowanego w 1994 r. Jonhson streścił w nim założenia strategii klina i ocenił, że "doprowadziła ona do znacznego sukcesu". "Moja książka [<>, 1993, wyd. polskie 1997] sprzedaje się dobrze i powołują się na nią wykładowcy uniwersyteccy [...]. Wiele czołowych postaci nauki i filozofii napisało recenzję tej książki, posuwając naprzód dyskusję nad jej podstawowymi założeniami".

Nieważne, czy były to recenzje pochlebne, czy druzgocące - ważne, że zostały napisane przez szanowanych naukowców i ukazały się w poważnych periodykach. Z czasem opinia publiczna zapomni o szczegółach, ale będzie pamiętała, że "coś było na rzeczy". Dlatego Johnson dość cynicznie skomentował druzgocącą krytykę, z jaką środowisko naukowe przyjęło książkę jego kolegi Williama Dembskiego: "Dembski umieścił koncepcję inteligentnego projektu na ich mapie mentalnej - i z czasem do niej przywykną".

Celem pierwszej i drugiej fazy planu Discovery Institute było podważenie zaufania do ewolucjonizmu i wypromowanie teorii inteligentnego projektu - oswojenie opinii publicznej z nazwą i przygotowanie jej na ciąg dalszy. Dziś, gdy zaledwie co czwarty Amerykanin uznaje darwinowską teorię ewolucji, można uznać, że te fazy zostały zakończone. Rozpoczyna się faza III - faza "bezpośredniej konfrontacji z nauką materialistyczną".

Na tym etapie Instytut i stowarzyszone z nim organizacje zamierzają udzielać "pomocy prawnej" tym, którzy będą chcieli przezwyciężyć "opór przeciw włączeniu [teorii inteligentnego projektu] do programu nauk przyrodniczych w szkołach publicznych".

Małpia wojna

Wojna sądowa przeciw teorii ewolucji ma w USA 80-letnią historię. Pierwszą potyczką był "małpi proces" wytoczony Johnowi Scope'owi, nauczycielowi ze szkoły średniej w Dayton. Był rok 1925. Stan Tennessee przyjął właśnie tzw. ustawę Butlera zabraniającą szkołom publicznym nauczania o "pochodzeniu człowieka od zwierząt niższego rzędu". Tymczasem Scope omawiał na lekcjach teorię Darwina. Jego proces miał być testem na skuteczność nowego prawa - trudno jednak orzec, kto faktycznie został zwycięzcą. Scope został uznany za winnego i skazany na 100 dol. grzywny, ale pod pretekstem uchybień formalnych sąd najwyższy stanu Tennessee uchylił karę. Tym samym nie dopuścił do procesu apelacyjnego - chciał jak najszybciej położyć kres obywatelskiej i medialnej batalii, jaką rozpętała ta sprawa.

Przed procesem Scope'a do wprowadzenia ustawy Butlera przymierzało się 15 stanów. W końcu zdecydowały się na to tylko dwa - Missisipi (1926) i Arkansas (1928).

Do następnego starcia doszło w latach 60. W owym czasie prawny zakaz nauczania ewolucji był już martwą literą. Mimo to Susan Epperson, nauczycielka biologii ze szkoły publicznej w Little Rock w Arkansas, zaskarżyła zakaz do sądu, gdyż program szkolny zmuszał nauczycieli do łamania prawa stanowego. W 1968 r. sprawa trafiła do sądu najwyższego, który uznał, że zakaz jest umotywowany względami religijnymi - jest więc sprzeczny z pierwszą poprawką do konstytucji gwarantującą rozdział Kościołów od państwa.

Ta decyzja zmusiła kreacjonistów do zmiany taktyki. Zamiast zakazywać nauczania ewolucji, zaczęli żądać "równego traktowania" - program szkoły publicznej powinien poświęcać tyle samo czasu na nauczanie kreacjonizmu i ewolucji. Po potyczkach prawnych w Tennessee (1975) i Arkansas (1982) zasadę "równego traktowania" ostatecznie zakwestionował wyrok sądu najwyższego w sprawie wytoczonej stanowi Luizjana przez nauczyciela biologii Donalda Aguillarda (1987).

Od tej pory przeciwnicy ewolucji sięgają po inne środki. Rady szkolne nakazują nalepianie na podręczniki biologii ostrzeżenia, że teoria ewolucji nie wyjaśnia pochodzenia człowieka w sposób odpowiedni (np. w Georgii i Arkansas), pozostawiają decyzje programowe w rękach nauczycieli (w Kentucky) bądź nakazują, by programy szkolne kładły nacisk na kontrowersję wokół pochodzenia człowieka (w Ohio). Raport opracowany w 2000 r. przez Fundację Fordhama, ocenił, że w 18 stanach poziom nauczania o ewolucji jest niewystarczający, a w stanie Kansas wręcz "haniebny".

Jednak najważniejszym krokiem, jaki podjęli neokreacjoniści, było przeformułowanie poglądów w taki sposób, by nie stały w jawnej sprzeczności z konstytucją. Dziś teoria inteligentnego projektu ogranicza się tylko do stwierdzenia, że życie nie mogło powstać w wyniku oddziaływania ślepych sił natury, ale nie rozstrzyga, czy siłą sprawczą był tu Bóg, czy np. nieznana inteligencja pozaziemska.

Takie właśnie, "neutralne" sformułowanie kreacjonizmu stało się przedmiotem procesu, jaki wytoczyło 11 rodziców okręgowi szkolnemu w Dover. Motywacji i celów religijnych nie dało się jednak zamaskować. Na nie właśnie wskazał sędzia John E. Jones, kiedy zawyrokował, że nauczanie o inteligentnym projekcie stoi w sprzeczności z konstytucyjnym rozdziałem Kościołów od państwa oraz z prawem stanu Pensylwania zabraniającym narzucania poglądów i praktyk religijnych. W uzasadnieniu wyroku sędzia Jones przypomniał werdykt sądu najwyższego: popieranie przez szkołę przesłania religijnego jest niedopuszczalne, gdyż przy okazji wysyła się sygnał do tych, którzy nie są wyznawcami, że pozostają "na zewnątrz", nie są pełnoprawnymi członkami wspólnoty politycznej, oraz sygnał do wyznawców, że są "wewnątrz" kręgu, są uprzywilejowanymi członkami wspólnoty.

Wymóg, by nauczyciele przestrzegali uczniów, że darwinizm to tylko hipoteza i namawiali do studiowania poglądów alternatywnych, musiał doprowadzić władze szkolne z Dover na salę sądową. Dążenie rady szkolnej do takiej konfrontacji sędzia Jones uznał za "nierozważne i szokująco bezmyślne". Ale też podkreślił, że rada szkolna nie działała na własną rękę - za jej decyzjami stała firma prawnicza, której zależało na sądowym "teście konstytucyjności" teorii inteligentnego projektu.

Fundamentaliści w natarciu

Tylko na pozór stronami w tych procesach byli nauczyciele i rodzice. Spory sądowe w USA to nie zabawa dla outsiderów. W rzeczywistości po obu stronach stały potężne ruchy społeczne i organizacje dysponujące bardzo dużymi budżetami. Obronę Scope'a zorganizowała Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (American Civil Liberties Union - ACLU). Epperson została zachęcona do procesu przez stowarzyszenie wspomagające prawnie nauczycieli i pracowników edukacji. Aguillarda wsparło swym autorytetem 72 amerykańskich noblistów i ponad 20 stowarzyszeń naukowych, a finansowo i organizacyjnie - ACLU.

Kancelarią adwokacką, która reprezentowała władze szkolne w Dover, jest Centrum Prawnicze im. Thomasa More'a (Thomas More Law Center). To właśnie Centrum zasugerowało radzie szkolnej podręcznik wykładający teorię inteligentnego projektu.

Centrum, którego budżet w 2003 r. wynosił 2,3 mln dol., to organizacja non profit, która deklaruje, że jest "mieczem i tarczą dla ludzi wiary". Stawia sobie za cel "obronę i promocję wolności religijnej chrześcijan" - oferuje im bezpłatną reprezentację prawną w "ważnych i zgodnych ze swą misją procesach". W swoim credo stwierdza, że w Ameryce toczy się wojna kulturowa i wskazuje głównego wroga - organizacje społeczne, takie jak ACLU, które podkopują "religijne i moralne podstawy naszego narodu".

"Ogólnokrajowy ruch obywatelski", w imieniu którego przemawia Centrum Prawnicze, tworzą chrześcijańscy fundamentaliści. Jest to konserwatywny i bojowo nastawiony odłam ewangelików - ponadwyznaniowy ruchu religijny wzywający do "narodzenia się na nowo", czyli osobistego przebudzenia religijnego i zmiany stylu życia.

Fundamentaliści nie wybrali sobie darwinizmu na głównego wroga, lecz po prostu nie mogli uniknąć starcia z nim. Po pierwsze dlatego, że uznają literalną interpretację Biblii - jeśli Biblia wypowiada się na jakiś temat, inne poglądy nie mają racji bytu. Nie ma powodów, by - jak to robi współczesna teologia katolicka i protestancka - szukać kompromisu między biblijnym a naukowym opisem początków życia na Ziemi. Biblia to nie zbiór mitów, które teologowie mogą interpretować w duchu swoich czasów.

Po drugie, ruch ten ma silne nastawienie misyjne - nie wystarczy znać prawdę, należy ją szerzyć. Po trzecie, walcząc z ewolucjonizmem, atakują same podstawy relatywizmu - światopoglądu odpowiedzialnego zdaniem fundamentalistów za wszystko, co w Ameryce złe: za swobodę obyczajową, narkomanię, perwersje seksualne, aborcję, zapobieganie ciąży, pornografię, przestępczość i liberalizm.

Co ciekawe, fundamentalistom nie udało się pozyskać sprzymierzeńców w głównych nurtach protestantyzmu i katolicyzmu. Stanowisko Kościoła katolickiego bazuje na wypowiedzi Papieża z 1996 r.: "Nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą". Co prawda w samym środku awantury wokół Dover kardynał Christoph Schönborn z Wiednia opublikował w "The New York Timesie" artykuł, który dał kreacjonistom nadzieję, że po śmierci Jana Pawła II kościół katolicki zmieni front. Te nadzieje jednak zbladły 17 stycznia tego roku, kiedy dziennik "L'Osservatore Romano" pochwalił decyzję sędziego Jonesa, pisząc: "Teoria inteligentnego projektu nie należy do nauki i żądanie, by nauczać jej równolegle z teorią ewolucji, jest nieuzasadnione". Organ Watykanu nazwał ewolucję "kluczem do interpretacji historii życia na Ziemi", a debatę toczoną w USA uznał za "skażoną przez poglądy polityczne".

Wolność mówienia głupstw

Fundamentaliści stanowią najsilniejsze zaplecze dla kreacjonizmu - wedle raportu PEW Research Center 70 proc. z nich popiera pogląd, że żywe organizmy istniały od zawsze w takiej formie, jaką znamy dzisiaj. Nie są jednak osamotnieni. Taki pogląd wyznaje 60 proc. zwolenników konserwatywnego skrzydła partii republikańskiej, 52 proc. mieszkańców Południa i 50 proc. tych, którzy aprobują politykę Busha. Zwolenników naturalnej ewolucji można natomiast spotkać wśród ludzi niewierzących (56 proc.) i sympatyków liberalnego skrzydła partii demokratycznej (44 proc.).

Taki podział mógłby wspierać tezę o toczącej się w USA wojnie kultur, gdyby nie to, że linia frontu dzieli słabsze czy wręcz upośledzone grupy społeczne od tych, które dobrze prosperują. Największą aprobatę dla teorii ewolucji deklarują ludzie z wyższym wykształceniem (40 proc.) i zarobkami powyżej 75 tys. dol. rocznie (40 proc.). Jest ona natomiast mało popularna wśród ludzi z wykształceniem średnim i niższym (13 proc), dochodami poniżej 20 tys. rocznie (13 proc.) oraz wśród osób powyżej 65. roku życia (15 proc.) W tych trzech grupach co druga osoba jest zwolennikiem kreacjonizmu.

Zaskakujące, że podział ten znika, gdy pada pytanie o nauczanie teorii inteligentnego projektu w szkołach. Oczywiście zwolennicy ewolucji nie chcą, by w programach szkolnych zastąpił ją kreacjonizm. Większość z nich nie ma jednak nic przeciwko jednoczesnemu nauczaniu o ewolucji i o inteligentnym projekcie. Takie rozwiązanie popiera 68 proc. ludzi z wyższym wykształceniem, 66 proc. z najwyższymi dochodami, 55 proc. niewierzących. Generalnie opowiada się za nim 64 proc. Amerykanów.

Właśnie umieszczenie inteligentny projekt na "mapie mentalnej" amerykańskiej opinii publicznej jest największym sukcesem neokreacjonistów. Skuteczne okazało się apelowanie do wartości, które w społeczeństwie amerykańskim cieszą się dużą estymą - wolności słowa, antydogmatyzmu i wolnej konkurencji. Neokreacjoniści postraszyli opinię publiczną, że na uniwersytetach dogmatyczni naukowcy krępują swobodę dyskursu, by ukryć słabość teorii ewolucji. Młodzież - przekonują - odniesie korzyść z edukacji, która uwzględnia różne podejścia i uczy krytycyzmu. Nawet George W. Bush zapytany, czy jest za nauczaniem teorii inteligentnego projektu, odpowiedział: "Pytacie mnie, czy ludzie powinni stykać się z różnymi ideami? Opowiadam: tak".

Paradoksalnie wolność dyskursu należy do dekalogu uprawiania nauki. Laik mógłby więc zapytać: dlaczego akurat w przypadku kontrowersji między teorią inteligentnego projektu a ewolucjonizmem naukowcy o niej zapominają? "Odpowiedź jest prosta - mówi wybitny biolog ewolucjonista Richard Dawkins. - To nie jest kontrowersja naukowa".

Amerykańska kontrowersja wokół teorii inteligentnego projektu na pewno nie jest sporem w obrębie nauki. Ale w tej formie, którą teraz przyjęła, nie jest też sporem religii z nauką. Mówienie o kontrowersji to po prostu chwyt marketingowy używany przez sprawnych sprzedawców idei. Ma przekonać opinię publiczną, że ich poglądy należą do tej samej "kategorii" co teorie naukowe i zasługują na taką samą uwagę.

W kampanii marketingowej naukowcy przegrywają, gdyż nie rozumieją zasad tej gry. Nie reklamują swojego produktu, nie rozumieją potrzeb rynku i nie mieści im się w głowach, że lepszy produkt może przegrać z gorszym, ale - intelektualnie - tańszym.

Elżbieta Olender