SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Między pięknem a okrucieństwem świata STEFAN CHWIN 8/21/2004 12:00:00 AM Zródło: Rzeczpospolita.pl
CZESŁAW MIłOSZ 1911 - 2004


Nie był ulubionym poetą Polaków. Jego myśl była i jest w Polsce słabo znana, może właśnie dlatego, że była myślą surową, trudną i - nie ma rady - wyniosłą. Miał polityczne poglądy inne niż większość z nas. Nie cierpiał "myśli narodowej". Nie lubił endeckiej odmiany katolicyzmu. Czuł swoją obcość wobec "narodowego ducha" i pisał o tym otwarcie.



Był przekonany, że w drugiej połowie XX wieku Polska mogła istnieć tylko jako protektorat sowieckiej Rosji, a decyzję o wszczęciu Powstania Warszawskiego uważał za prawdziwie zbrodniczą, czym naraził się wielu ludziom, także Zbigniewowi Herbertowi, który nie zapomniał mu tego do końca życia. Kilka scen ze "Zdobycia władzy", powieści, w której dotknął tajemnic warszawskiej tragedii, było prawdziwie bulwersujących. W roku 1981, po swoim pierwszym przyjeździe z wygnania, gwałtownie wzbraniał się przed rolą "poety ČSolidarnościÇ", którą w warszawskim klubie "Hybrydy" chcieli mu narzucić patriotycznie nastrojeni studenci, chociaż o komunizmie myślał jak najgorzej. Gdy go poproszono o inskrypcję na gdański pomnik Poległych Stoczniowców, wolał przesłać swoje tłumaczenie biblijnego wersetu o Bogu zsyłającym pokój swojemu ludowi niż podniosłą frazę z patriotycznej pieśni.


Walczył o nowy kształt polskiej kultury - jak Brzozowski, któremu poświęcił osobną książkę, i Gombrowicz, którego cenił i uważał za swego sojusznika. Wyznawał, że cały jest z Mickiewicza i gwałtownie spierał się z Mickiewiczem. Napisał jedną z najsurowszych krytyk arcydzieła "Dziady". Nie cierpiał romantycznego mesjanizmu. Antysemickie zajścia w Wilnie w 1931 roku pozostawiły w jego duszy trwały uraz. Bał się "Polski jednonarodowej" i zakochanego w romantyzmie "Polaka katolika", który absolutyzuje znaczenie plemiennych więzi i obawia się obcych. W starości popierał prawo do aborcji, które wyprowadzał - i słusznie - z gnostyckiego światopoglądu obcego większości Polaków, którzy woleli pielgrzymowanie na Jasną Górę od mozolnego i upartego studiowania mrocznych tajemnic Starego Testamentu oraz trudnych zagadek myśli albigensów.



Robiono z niego pisarza politycznego, co przyjmował niechętnie. Do dziś wielu ludzi w Polsce ma go za patrona i wychowawcę antytotalitarnej opozycji, choć on sam nigdy nie pretendował do takiej roli. Gombrowicz w "Dzienniku" wypominał mu zabrnięcie w rolę speca od komunizmu, co nie było zarzutem słusznym. On sam wzdragał się przed rolą "świadka koronnego epoki totalitaryzmów", jaką mu potem wielokrotnie przypisywano. Jeśli pisał o piekle XX wieku, to tylko jako o jednym z rodzajów ludzkiego piekła, które - jak uważał - dobrze znane było już autorom Biblii.


Po latach krytycznie wypowiadał się o Jerzym Giedroyciu i paryskiej "Kulturze", która dała mu oparcie na emigracji, co zresztą doceniał. Sugerował, że Giedroyc potrzebował literatury - a więc i jego pisarstwa - głównie do celów politycznych. Jego "Zniewolony umysł" opozycja w Polsce spłyciła, sprowadzając do roli przewodnika po duchowych kazamatach stalinizmu, tymczasem to osobliwe dzieło mówiło o prawdziwie fatalnej sile idei Hegla i Marksa, z którą nowoczesna myśl - był o tym przekonany - nie mogła sobie poradzić. To, co w opinii wielu osób było politycznym pamfletem na skomunizowanych pisarzy, w istocie było filozoficzną dywagacją nad paradoksami ludzkiego istnienia w historii, lecz my diagnozę, którą sformułował w latach pięćdziesiątych, zbywaliśmy ironicznym określeniem "ukąszenie heglowskie", jakby chodziło o wstydliwą chorobę, coś w rodzaju zarażenia się wirusem HIV, dolegliwością, z którą my, czyści nie mieliśmy nic wspólnego.


Mnie samego jego spory z polskością i uparte walki z totalitaryzmem interesowały dużo mniej niż jego spory z Bogiem, niepokojące rozważania metafizyczne, paradoksalne rozmyślania o naturze świata i naturze historii, w których przenikliwość oryginalnej filozoficznej intuicji łączyła się z głębokim oczytaniem. Żaden z polskich pisarzy XX wieku nie osiągnął takiej rozpiętości idei i zainteresowań. Jego dzieło jest gigantyczne i długo jeszcze nie ogarniemy go w całości.



Był w równym stopniu myślicielem, co poetą, chociaż wypowiadał się przede wszystkim w języku poezji. Myśl jego jest trudna do uchwycenia, sprzeczna i zawikłana, ale wciąż olśniewa swoim zakresem i stylem.


Był przekonany, że jest świadkiem końca cywilizacji, w której dojrzewał i wzrastał. Sam - duch pełen sprzeczności - marzył o człowieku wewnętrznie jednolitym, w którego duszy prawdy nauki harmonijnie spotkałyby się z prawdami wiary, co, jak zresztą podejrzewał, było, niestety, nadzieją utopijną. Uważał konflikt między nauką a religią - ujawniony już w czasach Kopernika - za fundamentalny. Wiele razy pisał o postępującym rozpadzie wyobraźni religijnej i kryzysie chrześcijaństwa, chwiejącego się pod ciosami nauk przyrodniczych. Rozpadowi temu chciał przeciwstawić swoją twórczość. Szedł w tym za Mickiewiczem, Blakiem, Oskarem Miłoszem i Dostojewskim, którego - obok Szestowa - uważał za jednego ze swoich wielkich mistrzów. Wbrew zadawnionym polskim urazom czuł się silnie związany z literaturą rosyjską, trochę jak Brzozowski, przeciwstawiając filozoficzną ciekawość rosyjskich "bogoiskatieli" duchowi "polskiego dworku", niechętnemu teologii i filozofii.


Obawiał się endeckiej religijności, ale w głębi ducha - jak Mickiewicz - tęsknił za wiarą naiwną, która mogłaby przynieść ukojenie strapionemu sercu. Zaczynał od mrocznej metafizyki wierszy z "Trzech zim", a skończył na "Traktacie teologicznym", w którym opisał siebie klęczącego u stóp Najświętszej Panienki z Lourdes. Jego religijną młodość naznaczył gnostycki cień, z którym walczył - nieskutecznie - przez całe życie. Że ten cień w nim pozostał, świadczyły wiersze najwspanialszego tomu jego późnej poezji, któremu nadał zagadkowy tytuł "To".


Nie jestem pewien, czy historiozoficzne prognozy, jakie formułował w swojej eseistyce, były trafne, czy więc nadal żyjemy w kończącej się cywilizacji, o której pisał, czy raczej wchodzimy w cywilizację nową, w której jego niepokoje przestaną już być naszymi niepokojami. Najmocniejsze w jego pisaniu było jednak to, co poza- i ponadhistoryczne - głębokie rozpoznanie sytuacji egzystencjalnej człowieka, refleksja nad czasem i naszym miejscem w kosmosie.



Rozdzierała go sprzeczność między doznaniem piękna a doznaniem okrucieństwa świata, szczególnie doznaniem niezawinionego cierpienia. Miał świat za piekło przysłonięte kwitnącymi kwiatami. Nie tylko piekło biologii i historii, które zgłębił do dna. Piekielnych udręk nie szczędziło mu też życie osobiste. W późnej starości miał poczucie, że żyje zbyt długo. Los do ostatnich dni uderzał w niego boleśnie, z dziwną ironią i zaciekłością odbierając mu tych, których kochał, a którzy byli od niego młodsi. To też uczynił tematem swoich wierszy.


Być może właśnie to rozdzierające doznanie sprzeczności między pięknem i okrucieństwem różniło nas najgłębiej. On należał jeszcze do epoki nieoswojonej rozpaczy, tej samej epoki, do której należeli Różewicz, Szymborska i Herbert, wielcy poeci, którzy czuli dreszcz przerażenia na widok krematoriów i próbowali "znaleźć nauczyciela" w rozbitym świecie po moralnej katastrofie. Kiedy był w Paryżu, oburzał się na rozbawionych Francuzów, którzy w teatrze zaśmiewali się do łez z okrucieństw dramatu Becketta "Czekając na Godota", bo rozpaczy nie chciał i nie umiał w sobie oswoić. Dla nas oswojona rozpacz jest czymś tak zwykłym jak chipsy i guma do żucia. Dla niego holokaust był wstrząsem, z którego z wielkim trudem wyłoniło się "Ocalenie". Dla nas holokaust, wymordowanie miliona ludzi w Ruandzie i Kambodży, czystki etniczne na Bałkanach czy masakra tysięcy żołnierzy irackich na pustyniach pod Bagdadem to "zwykłe rzeczy", z których po prostu składa się świat, chociaż co jakiś czas bijemy w dzwony - i we własne oraz cudze piersi - na trwogę, spełniając demonstracyjnie szlachetne rytuały "cywilizowanego sumienia", dzięki którym możemy wierzyć, że ciągłość zachodniej kultury zostaje zachowana.


Dla niego okropności II wojny były aksjologicznym wyzwaniem. Dla nas były i są nagim faktem, bo "taki po prostu jest świat". Dla niego przeciwieństwo piękna i okrucieństwo świata było źródłem nieustającej frustracji. My z tą frustracją nauczyliśmy się żyć. Od okropności świata uciekamy w świat wirtualny i narkotyczny, wiedząc dobrze, że świata zmienić się nie da. On należał do epoki utopii i nadziei. My należymy do świata bez utopii, w którym nadzieja przybiera co najwyżej formę dążenia do osiągnięcia odmiennych stanów świadomości. My już wiemy, że zmienić można tylko swoje wnętrze, tak by świata w jego okropnej nagości po prostu nie widzieć. My na wiadomość o rzeziach etnicznych w Afryce już nie piszemy takich wierszy jak "Campo di Fiori". Nas to już nie bierze tak jak jego. On należał do odchodzącej epoki żywego doświadczenia, dotykał świata gołym okiem, my należymy do epoki obrazu medialnego, który wszystko zamienia w zajmujący spektakl do oglądania z rodziną przy kolacji.


Nosił w sobie niezagojoną ranę i piękny ślad tej rany pozostawił w swoich wierszach. Nie był zdolny do groteski, absurdalnego szyderstwa i zwariowanej gry słowami, która dla nas jest czymś tak naturalnym jak powietrze, którym oddychamy. Był w nim pełen powagi ton wieku dziewiętnastego, chociaż pisał o doświadczeniach nowoczesności, które daleko wykraczały poza to, co wiek dziewiętnasty wiedział o człowieku.


Znał dobrze ciemność świata i bronił się przed nią, czasem wygłaszając staroświeckie potępienia pesymizmu "sztuki nowoczesnej", które przyjmowaliśmy z wyrozumiałą ironią jak spóźnione echo dawnego czasu.


Miał głębokie wyczucie sprzeczności życia, dlatego nie nadawał się na wychowawcę. Napisał współczujący wiersz "Który skrzywdziłeś człowieka prostego", ale napisał też o Annie Świrszczyńskiej, że dobry człowiek nigdy nie nauczy się podstępów sztuki, więc nigdy nie stanie się wielkim artystą. Kiedy rozmawiałem z nim o poemacie "Świat. Poema naiwne", mówił: "Jaka tam wiara, nadzieja i miłość! To przecież wszystko ironia. Przecież ja to pisałem, kiedy getto się paliło. A teraz na pamięć uczą się tego dzieci w szkole".


Nie ma w jego twórczości, a może nawet w całej literaturze polskiej ostatniego półwiecza, wspanialszego wyrazu nadziei niż opis apokatastazy z tomu "Nieobjęta ziemia". Nie przypadkiem idea odnowienia świata, bliska prawosławiu i ojcom Kościoła rzymskiego, tak go fascynowała. Że po końcu dziejów zmartwychwstanie wszystko, najdrobniejszy listek i źdźbło trawy odżyją w doskonałej formie: "Zmartwychwstanie. Wszystkie rzeczy dotykalne, materialne, jak się to mówi, zmieniają się w światło i tam ich kształt zostaje przechowany. Po końcu naszego czasu, w metaczasie, wracają jako światło stężone, choć niestężone do stanu poprzedniej materii. Niepojętą mocą są to wtedy same esencje. I esencja każdej ludzkiej istoty bez tego, co na niej narosło, bez wieku, choroby, szminki, przebrań, udawań".


I tak też właśnie pojmował najwyższe powołanie poezji. To dzięki niej możliwa staje się ziemska apokatastasis, odnowienie w symbolach sztuki tego, co, zdawać by się mogło, na zawsze tracimy pod uderzeniami czasu jako jednostki i jako gatunek. Poetyckiej "apokatastazie" Litwy, kraju swojego urodzenia i dzieciństwa, poświęcił wiele wierszy i poematów, przebywając na emigracji w dalekiej Kalifornii, z której - samotny - zawsze spoglądał w stronę "rodzinnej Europy".


Chciał być poetą "dla ludzi", ale naprawdę kochano Szymborską i księdza Twardowskiego, nie jego. Pamiętam, jak boleśnie odczuł, kiedy Nagrodę Nike publiczności przyznano nie jemu za "Pieska przydrożnego". Walczył z "poezją niezrozumiałą", marząc o "poezji prostych słów", ale sam uznawany był za poetę trudnego i nieprzystępnego. Nawet w chwilach, gdy był motylem poezji, nie przestawał być monumentalny, co w Polsce nie zawsze zachwyca. Żartów i lekkiej ironii, która urzeka nas u Szymborskiej, w jego twórczości niewiele.



Gdy umarł 14 sierpnia o godzinie 11.10, byłem w lasach nad kaszubskim jeziorem. Potem zadzwoniła Polska Agencja Prasowa, BBC, telewizja i Polskie Radio z prośbą o komentarz. Jak wszyscy w takich chwilach mówiłem o "wielkiej stracie", "ciosie" oraz "zasługach zmarłego dla kultury narodowej". Śmierć wrzuca nas w szlachetny, uświęcony tradycją stereotyp. Fałszywa uprzejmość obejmuje władzę nad słowami, chociaż umarli wcale jej nie pragną. Jeśli tego wszystkiego, co o nim mówiono w pożegnalnych mowach, wysłuchał z tamtej strony, musiał cierpieć podwójnie. Uszy płonęły mi ze wstydu, ale wiedziałem, że rytuały pożegnalne są nieubłagane i wszystko musi się odbyć zgodnie z odwiecznymi regułami.


Bo o czym w tamtej chwili powinienem powiedzieć?


O naszych winach wobec Miłosza. To byłoby najuczciwsze na taką okazję. W ogóle mówić nad grobami należy przede wszystkim o naszych winach wobec zmarłych. Ja sam przynajmniej mam wobec Niego wyrzuty sumienia.


Przez całe lata był "martwym" pisarzem i wiedział o tym. Był dość intensywnie czytany i komentowany, ale nie spierano się z nim, co dla pisarza oznacza śmierć za życia. "Komentują mnie obficie, wypytują w wywiadach, ale nie rozmawiają ze mną" - powiedział do mnie któregoś dnia. Chciał odzewu i czekał na odzew. Ale odzewu nie było. Były "pozytywne recenzje i omówienia", "wnikliwe prace naukowe" oraz "prestiżowe nagrody". Przyjmował to ze zrozumieniem. Wiedział, że jest duchem z Dwudziestolecia. Co jakiś czas występował z polemicznym artykułem, licząc na "dyskusję fundamentalną", na przykład wzywał do zbudowania nowego historyzmu opartego na idei Brzozowskiego. Ale jedyną naszą odpowiedzią było pełne rewerencji milczenie. Nie cieszył się z tego.


Pragnął sporu, wymiany myśli, kłótni. Chciał, żeby ktoś napisał otwarcie, że nie zgadza się z jego myślą, bo myśl żyje naprawdę tylko w sporze. Ale sporów z myślą Miłosza w ostatnim dziesięcioleciu nie było. Zasadniczych sporów, na które czekał. Bo przecież nie były takim sporem wystąpienia Herberta, który w "Tygodniku Solidarność" mówił z niechęcią o "Ziemi Ulro", przeciwstawiając eseistyce Miłosza eseistykę Ryszarda Przybylskiego. Nawet Różewicz, który mógł stać się wielkim duchowym partnerem Miłosza w sporach o wszystko, odpowiadał mu tylko skąpymi zgryźliwościami o "nudziarzu od Swedenborga". "Traktują mnie trochę jak niedźwiedzia zakopiańskiego - mówił do mnie, gdyśmy rozmawiali w Gdańsku. - A czyta mnie naprawdę w Polsce - ilu? Góra - dziesięć tysięcy".


Ja sam traktowałem go zawsze bardzo poważnie i nawet parę razy dałem temu publiczny wyraz. To znaczy otwarcie nie zgadzałem się z nim w paru sprawach fundamentalnych. Przyjmował to z olimpijskim spokojem i - czułem to - z wyraźną sympatią. Kiedy opublikowałem "Traktat o dłoniach i rzeczach", który redakcja "Tygodnika Powszechnego" opatrzyła zdaniem "W odpowiedzi na ČTraktat teologicznyÇ Czesława Miłosza", ucieszony, zadzwonił do mnie tego samego dnia.



Łaknął gorącego sporu, walki idei, niezgody, a robiono z niego klasycznego poetę równowagi, takiego w sam raz do wypisów szkolnych. Nie doczekał się wielkiej polemiki z "Ziemią Ulro", chociaż książka ta wcale nie zwietrzała..


Co więc nam dzisiaj pozostaje?


Jeśli chcemy utrzymać przy życiu jego dzieło, powinniśmy się zdobyć na spór z jego myślą. Najwnikliwsze komentarze nie wystarczą. Ożywić Miłosza można tylko rozmawiając z Miłoszem, tak jakby nadal był wśród nas.


Któż z nas to potrafi?


Stefan Chwin