SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

POLSKA W POWIEŚCI - W niewoli pustych gestów Krzysztof Masłoń 7/24/2004 12:00:00 AM Zródło: Rzeczpospolita.pl
POLSKA W POWIEŚCI - W niewoli pustych gestów




Późno, bo późno, ale doczekaliśmy się wreszcie w literaturze polskiej książek próbujących oddać sprawiedliwość epoce, w której żyjemy. Odnieść się do stosunkowo niedawnej przeszłości, zaprezentować skutki tzw. transformacji ustrojowej, przedstawić losy ludzi, którym przyszło żyć i w PRL, i w III RP, a przede wszystkim pokazać nasze tu i teraz.


Takiej prozy głośno domagaliśmy się od polskich pisarzy. Proste porównanie dorobku literackiego II i III Rzeczypospolitej nasuwało bowiem bardzo niepokojące wnioski. Nie chodzi już o to, że o nowym "Przedwiośniu" możemy sobie, co najwyżej, pomarzyć, ale o brak przyzwoitej literatury środka: prozy obyczajowej, społecznej, także politycznej, z tym że raczej w stylu Kadena-Bandrowskiego niż Bratnego. Czy niedawno wydane książki m.in. Michalskiego, Siemiona, Holewińskiego, Horubały i opowiadania Cieślika wypełniają tę lukę?


Zerwane mosty



To w każdym razie, dlaczego Cezary Michalski (ur. 1963) pisuje powieści, pozostaje tajemnicą. Ten wybitnie utalentowany publicysta, jeden z mądrzejszych ludzi swojego pokolenia, uparł się, by interesującą go problematykę upowszechniać w formie powieściowej, a nie - co zdawałoby się bardziej naturalne - eseistycznej. Jego pierwsza powieść, "Siła odpychania" okazała się nieporozumieniem; był to traktat ideowy rozpisany na głosy.


"Jeziorem Radykałów" poczynił Michalski, jako powieściopisarz, pewien krok naprzód, zważywszy jednak miejsce, z którego wychodził - po "Sile odpychania" - trudno to uznać za wielkie osiągnięcie. Nie pomogło wprowadzenie wątku sensacyjnego, a przynajmniej na pozór sensacyjnego. Bohatera powieści poznajemy bowiem jako aresztanta (w Szwajcarii) obwinionego o podwójne morderstwo. Później jednak, jak można się było zresztą spodziewać, sprawa zabójstwa schodzi na margines, Michała Majewskiego - bohatera "Jeziora Radykałów" zwalniają z więzienia, ale to wszystko staje się całkowicie nieistotne.


Ważne jest natomiast to, że np. autorowi nie spodobał się, a może raczej jakoś przewrotnie go zafascynował, przeczytany w swoim czasie fragment "Zaraz po wojnie" Czesława Miłosza, w związku z czym przywołuje teraz stosowny cytat. Za konieczne uznał też przypomnieć o swej estymie dla Houellbecqa (i braci Cohen?), czy nostalgicznie powspominać lata osiemdziesiąte z ówcześnie rozpowszechnionym wśród młodzieży kultem Edwarda Stachury. Gdzieś wpleść historię zatrudnienia Martina Heideggera na Uniwersytecie we Fryburgu. Ówdzie zahaczyć o Jana Potockiego i "Pamiętnik znaleziony w Saragossie". Zastanowić się nad bin Ladenem i... porównać z nim ("Kiedyś był kontestatorem, potem nawrócił się na wiarę w jedynego Boga i nienawiść do komunistów. Każdy z nas był kiedyś kontestatorem, a potem nawrócił się na wiarę w jedynego Boga i nienawiść do komunistów. Potem dostawał za to od Amerykanów pieniądze i broń. Każdy z nas dostawał za to od Amerykanów pieniądze i broń. Tyle że naszą nie były szlachetne stingery. Co było moją? Eseje Adama M. I powieści Józefa M. , kolejne miniaturowe numery Zeszytów Literackich"). A jeszcze błysnąć aforyzmem ("Największa wartość literatury to możliwość zrozumienia przy jej pomocy zła. Do tego, żeby zrozumieć dobro, wystarczą gazety") i odpowiednio dobranym mottem z Orwella ("Winston: Czy myślisz, że Ruch Oporu istnieje naprawdę? Julia: Nic nie istnieje naprawdę").


A skoro nic nie istnieje naprawdę, to nic dziwnego, że nie ma już Polski. I tu wypada się zgodzić z Cezarym Michalskim, bo tej Polski, o którą mu chodzi, istotnie nie ma. Nie ma już tego kraju. "Nie jestem aż tak szalony - wyznaje bohater "Jeziora Radykałów" - aby się upierać, że ten kraj nigdy nie istniał. Oczywiście, że istniał, miał swoich pisarzy, politycznych przywódców, dzielnych i lojalnych obywateli płci obojga. Byli szczególnie dzielni i szczególnie lojalni, kiedy nie mieli jeszcze ukończonych osiemnastu lat. Bo potem bardzo szybko stawali się realistami, jeśli jakimś cudem udało im się przeżyć, żeby dopisać do końca swój Bildungsroman. Może właśnie dlatego wszystkie komanda samobójców tworzono w tym kraju z harcerzy, a także z ludzi, którzy jakimś cudem pozostali harcerzami do osiemdziesiątki. Sam zdążyłem się jeszcze załapać, mówię zdążyłem, bo tego kraju już nie ma. Nasz wieszcz już to wiedział, Was unsterblich im Gesang soll leben..., co ma ożyć w pieśni...".


Najważniejszym żywiołem Michalskiego jest polityka, wcale nie - jak uparcie twierdzi - literatura i filozofia. Nie może się więc obyć bez "Solidarności", która staje się przekleństwem polityków ćwierć wieku temu walczących z komuną. I po co ciągle o niej wspominać? - retorycznie pyta działacz Partii Klasy Średniej (rozszyfrowywanie organizacji i postaci występujących w powieści pozostawiam czytelnikom - to, akurat, niezła zabawa). "Może my wszyscy tęsknimy za tamtymi czasami, ale teraz czasy są inne. Nie ma żadnej Soli ("Solidarności" - przyp. K.M.), są tylko nieudacznicy i ci, którym się powiodło. Wszystkie mosty pomiędzy nimi zostały zerwane". W kampanii wyborczej ugrupowanie to posługuje się hasłem "Jesteśmy Partią Udanych Reform" i tak je rozwija: "Pomagamy tym, którzy chcą sobie pomóc, nieudacznicy nie mają się po nas czego spodziewać". Nic dziwnego, że bohater "Jeziora Radykałów" proponuje politykom inne, jakby skądinąd znane hasło: "Jesteśmy Partią Uświadomionej Konieczności".


A partię polityczną w Polsce można kupić - twierdzą bohaterowie Michalskiego - za 200 milionów dolarów. Zresztą, podobno wszelka podmiotowość, i w Polsce, i w świecie zaczyna się od miliona dolarów. Co w takim razie mają począć idealiści wychowani w innej rzeczywistości, w której i 5 dolarów bywało majątkiem nie do wyobrażenia?


Okazuje się jednak, że my wszyscy - z balastem czasów Gomułki, Gierka czy, jak autor "Jeziora Radykałów", Jaruzelskiego - mamy pewną przewagę nad naszymi sytymi, zamożnymi rówieśnikami z Zachodu. Szczególnie tymi, których wichry życia nieustannie spychają w lewą stronę. Spotykając się z nimi powieściowy Michał Majewski odnosi wrażenie, że nareszcie poznał bolszewików z "Doktora Żywago": "Kogo tam nie było! Młodzi komuniści, pełni nostalgii za Związkiem Radzieckim, którzy nie znali nazwisk członków Breżniewowskiego Biura Politycznego tak dobrze jak ja. Jako dziecko-terrorysta faszerowałem przecież ich zdjęcia małymi kawałkami ołowiu wystrzeliwanymi z karabinka na sprężone powietrze. Byli tu anarchiści, którzy nigdy nie słyszeli o szlachetnym księciu Kropotkinie, i trockiści, święcie przekonani, że ich idola zamordował agent Watykanu".


Uff... Wszystkie sprawy poruszane w "Jeziorze Radykałów" są pasjonujące. Jest to wciąż jednak publicystyka, może i świetna, ale jednak publicystyka, nie literatura. Nic mnie w niej nie wzrusza ani nie śmieszy, nawet nie bardzo zaskakuje. Dlatego z książki Cezarego Michalskiego najlepiej zapamiętałem historię Baśki z Torunia, którą po doświadczeniach z esbecją przestała bawić konspiracja i w drugiej połowie lat 80. postanowiła wyjechać do Niemiec. Rodzice rozpaczali, próbowali odwieść ją od tej decyzji, a w końcu, gdy przekonali się, że dziewczyna jest absolutnie zdeterminowana, matka dała jej wyprawę na drogę: swoją legitymację Hitlerjugend, ze słowami: "To ci pomoże". Chętnie przeczytałbym powieść o Baśce. Niestety, nie jest nią "Jezioro Radykałów", choć w swojej podstawowej osi fabularnej też dzieje się za granicą.


Życie w rozkroku


Polityka jest także, choć inaczej, obecna w powieściach Wacława Holewińskiego, prozaika trochę starszej generacji (ur. 1956), który jako autor powieści zaistniał naprawdę dopiero w zeszłym roku, ale kolejne książki pisze niczym przodownik pracy: przed "Przeżyłem wszystkich poetów" wydał "Lament nad Babilonem" i "Za późno na modlitwę".


Holewiński jest jednym z nielicznych naszych pisarzy, których proza tak mocno osadzona jest w naszej współczesności i historii najnowszej. Predestynuje go do tego życiorys: działalność opozycyjna w PRL, prowadzenie podziemnej oficyny wydawniczej, internowanie w stanie wojennym. Sądzę, że - najzwyczajniej - doświadczenie życiowe sprawia, że autor ten ma od swoich młodszych kolegów znacznie więcej do powiedzenia. A raczej inaczej: do opowiedzenia.


W najnowszej powieści "Przeżyłem wszystkich poetów" opowiada historię nieco od siebie starszego, bo zbliżającego się do sześćdziesiątki mężczyzny. Ksawery Lentz, bo tak go nazwał autor, maturę zdawał w 1968 roku, spałowano go w Marcu, a w pięć miesięcy później jeździł do Pragi, by pokazać Czechom, że nie wszyscy Polacy to świnie. Potem owładnięty był już, niemal obsesyjnie, jedną myślą: by wyjechać z kraju, co też w 1976 roku mu się udało. Przedtem zaliczył więzienie po nieudanej próbie ucieczki z kraju (obozu?) drogą morską. Swoją drogą, to temat literacki sam w sobie, nie brakowało bowiem i u nas amatorów żeglugi bałtyckiej, którzy na kruchych łajbach usiłowali wydostać się za żelazną kurtynę.


W Berlinie Zachodnim, gdzie zamieszkał, Ksawery na krótko spróbuje zdystansować się od polityki, ale ta dopadnie go wraz ze stanem wojennym. Już jako obywatel niemiecki jeździć będzie do Polski z transportami nie tylko darów dla głodujących rodaków, ale - przede wszystkim - z urządzeniami i materiałami poligraficznymi. Tak się rozsmakuje w tych wyjazdach, że gdy komunizm upadnie, odstawiać zacznie do kraju kradzione samochody.


Nie uda mu się życie osobiste, nie zrealizuje swoich zamierzeń artystycznych, ale też - przynajmniej do pewnego czasu - będzie wierny młodzieńczym ideałom, tej swoistej mieszaninie hipisowskiego poszukiwania wolności bez granic i głębokiego przeświadczenia o tym, że komunizm jest systemem zbrodniczym, w którym nie da się żyć. Przeświadczenie to nie wzięło się znikąd, lecz miało solidny podkład w losach ojca Ksawerego, lotnika, uczestnika bitwy o Anglię, a w powojennej Polsce więźnia politycznego.


Jeśli bohater powieści Wacława Holewińskiego o czymś był przekonany, to o tym, że żyć w zgodzie z prawdą, a może tylko z własnym sumieniem, będzie mógł tylko poza Polską. Jego historia dowiodła jednak, przekornie, czegoś zgoła przeciwnego. Po raczej przykrych doświadczeniach życiowych w epoce postkomunistycznej dochodzi wszak do następującego wniosku: "Dłużej nie mogę już żyć w rozkroku". Z pewnością dlatego, że nigdy - ani w Niemczech, ani w dalekiej Brazylii - od Polski się nie uwolnił. Ale przecież ten uważny czytelnik Gombrowicza chciał być dobrym człowiekiem, nie dobrym Polakiem. I dlatego "Przeżyłem wszystkich poetów" jest bardzo smutną, gorzką powieścią, ukazującą bowiem, jak trudno we współczesnym świecie być, po prostu, kimś porządnym.


Ksawery zrezygnuje z wielu ambicji, odrzuci pokusę zostania koncesjonowanym przez komunistyczne władze twórcą (w epizodach pojawiają się tu znane postaci literackiego światka PRL, m.in. Iredyński i Mętrak), a mimo tego nie poczuje się usatysfakcjonowany. Może za bardzo chce być a courant wobec ciążących na nim powinności, także - dla niego, niestety - patriotycznych, rzecz jasna, wobec Polski, nie wobec PRL. Ale to nie on jest nienormalny, to świat stał się wstrętny. "Ideały? - zastanawia się Lentz. - A gdzie one są? W Czeczenii, w Komisji Praw Człowieka ONZ, której przewodniczy Libia, w laotańskiej dżungli, gdzie komuniści dobijają ostatnich sojuszników Ameryki"?


Jeżeli też komuś się jeszcze wydaje, że spór i walkę o Polskę wygrała "Solidarność", to lektura nowej książki Holewińskiego pozbawia go tych złudzeń, jako że - być może - naprawdę żadnego sporu nie było. Znów pada pytanie postawione już dawno temu przez Jacka Kaczmarskiego: Co się stało z naszą klasą? Co z chłopcami z "Solidarności", z podziemia? "Oni też mieli ideały. Widziałem ich w telewizorze. Obrośnięci brzuchami, na ciepłych posadach, z gębami pełnymi komunałów. A gdzie są ci przestraszeni w osiemdziesiątym dziewiątym komuniści? Oni też krzyczeli o pokrzywdzonych, biednych, bezrobotnych. Jakby wszyscy grali w jednej drużynie. A może grali? Pieniądz, spółki, władza, układ, lejące się potokami kłamstwo. Bez żenady, skruchy, uśmiechnięci, zadowoleni. Swojacy. No dobrze. Michnik mówi w telewizji, że im nie jest wszystko jedno. Ale gdybym zapytał kogokolwiek innego, czy jemu jest wszystko jedno, jak mantrę wystukałby ten sam motyw. Wszyscy oni byli ulani z tego samego materiału, ulepieni z tej samej gminy".


Skok w bok



Opowieścią sensu stricte współczesną jest "Finimondo" Piotra Siemiona (ur. 1961), autora głośnego debiutu "Niskie Łąki". Drugie książki postrzega się zwykle jako sprawdzian autorskich umiejętności i możliwości. Jeśli chodzi o te pierwsze, Siemion przekonuje do siebie, ale tym większe należy mieć wobec niego oczekiwania, a z tego punktu widzenia "Finimondo" rozczarowuje.


Już choćby z racji wielkości (360 stron to przy dzisiejszych normach sienkiewiczowska skala) powieść ta nakazywałaby respekt. Tak się jednak nie dzieje. Mimo rozbudowanego polityczno-biznesowego sztafażu, Piotr Siemion opowiada błahą raczej historyjkę o kryzysie małżeństwa trzydziestoparolatków. Dojrzewając do zasadniczych zmian w swoim związku, rzucają się na oślep w objęcia pierwszych nowych potencjalnych partnerów, by po takim "skoku w bok" - w jednym wypadku spełnionym, w drugim nie - powrócić w dobrze znane małżeńskie koleiny, spłodzić dziecko, a także ustawić się ostentacyjnie daleko od polityki i biznesu rozpychających się na scenie, gdzie "aktorom cuchnie z gęby, a dekoracje są w strzępach".


Żeby było symetrycznie, to również zakochują się w sobie ich przypadkowi nieco partnerzy, skądinąd pracujący w jednej i tej samej firmie, potężnej Global Solution Audit. Wychodzą na tym wspaniale, a może i jeszcze lepiej, gdyż wyrzuceni z pracy (co dla bardziej typowego Polaka równoznaczne jest z życiową tragedią) uwalniają się od ogłupiającego wyścigu szczurów. A konsekwencje tego wyścigu szczególnie zagrażały jej - 27-letniej Zosi Rozalis, audytorowi, której godzina pracy kosztowała klientów 180 dolarów plus VAT. Jej wybranek, dwudziestolatek Tadeo (naprawdę Lesław) Olender z Lęborka rodem (zawód wykonywany - niszczyciel dokumentów), znajduje w Zosi oparcie i nie musi już nocować w ogrodowej budzie wraz z innymi "skłotami", narażając się na napaść agresywnych skinów. I ta para prokuruje sobie dzidziusia, podwójne szczęście nie ma więc granic.


Oczywiście, całą powieść można obśmiać, bo też i broni się marnie, ale również pamiętać trzeba o jej podtytule: "komedia romantyczna". Ta ironia (i autoironia zarazem) nie tłumaczy jednak wszystkich mielizn książki, a przede wszystkim "głębokich" refleksji w rodzaju: "Całe życie to walka z gównem".


Nie brakuje w "Finimondo" kapitalnych scen, jak ta na raucie w Pałacu w Łazienkach, skąd usuwani są emeryci, którzy weszli tam "na wkręta". Zabawna jest parafraza Szekspira tłumaczonego przez Miłosza, dobrze podsłuchany język młodych pracowników piar-u i marketingu (wszystkie te "sorki", "narusie", "w porzo"), celna satyra na narodowców. Gorzej z przedstawieniem kampanii wyborczej i z domorosłą analizą konserwatyzmu, a całkiem źle z odwołaniami do katastrofy samolotowej w Lesie Kabackim w 1987 r. i z (pro domo sua) nazywaniem "Rzeczpospolitej" gazetą rządową.


Piotr Siemion zasłużył się Wrocławiowi tworząc mitologię Niskich Łąk. Czy teraz przysłużył się stołecznym Kabatom? Pewnie tak, choć widmo guźdźca, który "uciekł z kwarantanny w Powsinie, gdy warszawskie zoo sprzedało go do zwierzyńca w San Diego" i który odtąd, wolny jak ptak, buszuje po Lesie Kabackim, stając się symbolem buntu i wolności Polaków - ani śmieszy, ani przestrasza. Raczej tumani, wykazując przy tym paralele z filmidłem "Poranek kojota". Kto widział, będzie wiedział w czym rzecz, a przecież z całą pewnością autorowi nie chodziło o wywołanie podobnych skojarzeń. Tylko o co mu naprawdę chodziło? Byśmy odprężyli się jak na "komedii romantycznej"? Odpowiem tytułem takiej właśnie komedii: "Nigdy w życiu".


Zmęczone rycerstwo



O ile dla Siemiona, a zwłaszcza dla Michalskiego kampania wyborcza jest tylko tłem przedstawianych wydarzeń, o tyle dla Andrzeja Horubały (ur. 1962) w "Umoczonych" stanowi centrum tych ostatnich. Oto do walki wyborczej staje prawicowa partia z solidarnościowym rodowodem. W jej sztabie pierwsze kroki na drodze do politycznej kariery stawia 20-letni Maciek. Jego szef - Piotr dawno już przekroczył czterdziestkę, ideałów "Solidarności" może nie zapomniał, ale zatracił je, wzbogacił się (nie żeby nieuczciwie, ale też nie do końca uczciwie), rozczarował w małżeństwie czy raczej go ono znużyło, stał się natomiast wytrawnym graczem politycznym. Warto jeszcze tylko dodać, że wciąż zależy mu na kobietach, dlatego też odbija dziewczynę swemu pupilowi, Maćkowi właśnie. To będzie zarazem początek klęski: jednego i drugiego.


Mamy tutaj jeszcze nieco melodramatyczny wątek dwóch braci, przed laty kochających się w tej samej kobiecie. Piotr, ów polityk, ożenił się z nią, a Paweł został księdzem. "Ptaki ciernistych krzewów"? Bez przesady, "Umoczeni" jednak świetnie nadawaliby się na podstawę scenariusza telewizyjnego serialu. Szczególnie zakończenie, z pożarem domu Piotra i ratowaniem od śmierci jego syna, mogłoby wypaść bardzo efektownie.


Ale to, co najważniejsze w powieści Horubały, dotyczy samej polityki. Miałbym pretensje do autora, że politykę tę postrzega niezwykle powierzchownie, że nie wchodzi w jej mechanizmy, ograniczając się do zademonstrowania całego arsenału zagrań, podpuszczeń i bluffów znanych aż za dobrze z telewizyjnych programów publicystycznych. Chyba, że... Niestety, obserwacja tego, co się wyprawia w polskim światku politycznym, skłania do przyznania racji autorowi "Umoczonych": ta polityka właśnie taka jest. Cyniczna i płytka, dojutrkowa i prymitywna, uprawiana przez obrzydliwych, zadufanych w sobie, głupców. Cóż z tego, że często z dyplomami ukończenia studiów w kieszeni.


Jeśli do tego smutnego obrazu serwowanego nam codziennie w telewizyjnych dziennikach informacyjnych "Umoczeni" wnoszą coś nowego, to może - powiedziałbym - ludzkie akcenty. Rozpoczynające powieść imieniny Piotra, obchodzone w gronie samych swoich, dają sposobność pokazania a to tego, że jeden z polityków zacięcie walczy z nałogiem alkoholowym, podczas gdy drugi mu ulega, a to znów tego, że wciąż tkwią w ich pamięci lektury z czasów górnej i chmurnej młodości, np. Kazimierza Wierzyńskiego "Czarny polonez". Prawdziwą, choć groteskową, jest scena, w której dawnych "towarzyszy walki i sprawy" na nowo jednoczy wspomnienie pitego w stanie wojennym bałtyku. Dwudziestolatek w takim gronie musi czuć się nieswojo, widzi bowiem facetów, "którzy obiecywali robotnikom bógwico, a potem w imię polityki zmienili optykę". Nie łudźmy się jednak; powieściowy Maciek jest od nich gorszy, bo nie dość tego, że bez życiorysu, to jeszcze słaby i naiwny. Tą naiwnością, która z uczciwością i etyką nie jest tożsama.


Maćka stać tylko na gesty bez znaczenia. Dlatego jest żałosny, gdy daje wyraz oburzeniu na nagranie wizyty w agencji towarzyskiej ich największego przeciwnika politycznego. Naprawdę też będzie starał się wykorzystać wiedzę o tym fakcie dla swoich celów. Andrzej Horubała przypomina w tym miejscu kaliskie popisy Kwaśniewskiego i Siwca, przedrzeźniających papieża, napomina też o innych "taśmach prawdy", dokumentujących wizytę naszego prezydenta na Białorusi. Taśm, które "gdzieś się rozpłynęły".
,br>
Czym są "Umoczeni"? Gorzką historią o zmęczonych rycerzach "Solidarności", którzy całkowicie zatracili się w czasie znaczonym przez popisy służb specjalnych, usługowych dziennikarzy, sprzedajnych parlamentarzystów. Ale czy to ma być Polska? Na pewno, tylko jaka?


Gonitwa palantów



Inną Polskę znajdziemy w "Śmiesznych kochankach", zbiorze jedenastu opowiadań składających się na debiutancką książkę Mariusza Cieślika ((ur. 1973), dziennikarza i krytyka literackiego, który postanowił popróbować swoich sił w prozie. Tytułowi "Śmieszni kochankowie" to "Funny Lovers", grupa "czipendelsów" budząca emocje kobiet w małym miasteczku. Kobiet mających już dawno za sobą porywy uczuć, szybko starzejących się u boku obojętnych, w najlepszym razie, mężów. O kobietach tych, marzących o wielkiej miłości, a jeśli nie, to chociaż o porządnym seksie, traktuje jedno z opowiadań "Niezapomniany wieczór".


Ale "Śmieszni kochankowie" to także tytuł całej książki, bo opowiada ona o nich właśnie, a ściślej - o nas, poszukujących miłości i innych prawdziwych uczuć, dążących do nich, a - na razie (ta tymczasowość nie będzie mieć końca) - zadowalających się żałosnym raczej erzacami. Zaliczaniem kolejnych "lasek", erotycznymi fantasmagoriami pobudzanymi pornografią, softporno w telewizji... W zestawie tym obecne jest, oczywiście, piwo, whisky i inne mocne trunki, amfetamina, może coś jeszcze.



Żałośni jesteśmy, ale właśnie tacy, nie inni. Kiedy coś nas przerasta, uciekamy przed tym, jak bohater "Prośby", gdy rejteruje przed miłością nieuleczalnie chorej dziewczyny. Mógłby być dla niej Bogiem, ale woli pozostać kim jest: byle jakim facecikiem, niewyróżniającym się od tysięcy takich jak on.


Czasem jednak wystarczy drobne zdarzenie, by pozbawić kogoś takiego samozadowolenia. Wystarczy np. zapomnieć kluczy i posiedzieć potem parę godzin pod drzwiami mieszkania, w którym - jak na złość - nie ma żony. Wyobraźnia uruchamia się sama. Najpierw podsunie obraz małżonki rannej w wypadku, potem - zgwałconej i zamordowanej, następnie człowiek zaczyna już w myślach przygotowywać dla połowicy pochówek, a dla siebie szykować plany na przyszłość (bohater "Kluczy" nie jest stary, ma mieszkanie i dobrą pracę - da sobie radę...). Znieść tylko trzeba we względnym spokoju wyrzuty sumienia: żona była taka dobra, wspaniała, piękna, a ja "czepiałem się o byle gówno, dogryzałem, wyśmiewałem, no i najgorsze, że ciągle myślałem o innych laskach". Oczywiście, żonie nic się nie stało, od jutra można więc będzie robić to samo.


Gonitwa - to określenie jak ulał pasuje do fabuł opowiadań Cieślika. Niepodobna pojąć, za czym właściwie uganiają się postaci z jego opowiadań, poza tym, że chcą być "trendy", tak jak inni, tak jak wszyscy. Swoją drogą tak właśnie - "Gonitwa" zatytułował kiedyś jedną ze swoich książek Marek Nowakowski. Przypomniało mi się to teraz przy lekturze "Baru Pod Kogutem", opowiadania utrzymanego w poetyce Nowakowskiego właśnie. Bezbłędny jest tutaj opis miejscowości, w której znajduje się tytułowy bar. Miasta wyglądającego tak, "jakby do więziennych murów doklejono bloki i stare kamienice. Ci, którzy mieszkają najbliżej więzienia, mogą ze swoich okien rzucać kamienie na spacerniak". Mariusz Cieślik stawia znak równości między odwiedzającymi bar bandziorami, przyjeżdżającymi do Milęcina (chodzi chyba o Mielęcin) na widzenie z osadzonymi kumplami, a strażnikami więziennymi, stałymi bywalcami knajpy, wielce w niej - z racji wypłacalności - poważanymi. Cieślik, powiedziałbym, uczłowieczył klawiszy, zarazem uświadamiając grozę sytuacji, w której w takim samym stopniu zdemoralizowani są przestępcy i ci, którzy ich pilnują. Bo tylko najstarszy ze strażników ma jaką taką świadomość etosu zawodowego, wie, co mu przystoi, a co nie. Pewnie dlatego, że pamięta inne czasy, w których jeszcze nie wszystko można było kupić. Zresztą za co, skoro nie było kapitału.


Teraz kapitał jest do wzięcia. Najłatwiej, na pozór uczciwie, dojść można do pieniędzy w przeróżnych agencjach reklamowych i telewizji. Całe to "tałatajstwo medialno-reklamowe" wysiadujące w warszawskich knajpach nasładza się same sobą, zadowolone z tego, co ma dziś i przeświadczone o wielkiej kasie czekającej na nich jutro. W istocie - jak w opowiadaniu "Smells Like Teen Spirit albo Alive" - pozorują ruchy, pozorują życie, a wszystko, co robią, to "rozrabianie niczego niczym gówna wodą w sedesie".


Ocena bohaterów Cieślika, wszystkich tych - proszę wybaczyć określenie - palantów, byłaby miażdżąca. No, ale jest to również samoocena. Autor broni się zresztą przed dużymi słowami i - jak cała młoda generacja pisarska - jak ognia boi się stawiać kropki nad "i". Stąd bierze się groteskowość jego opowiadań, przynajmniej dużej ich części.


Tak czy inaczej, lektura "Śmiesznych kochanków" mogłaby być nad wyraz przygnębiająca, gdyby nie ich humor. Policjant na komisariacie widząc stertę korespondencji będącą dowodem w zgłaszanej sprawie, popisuje się znakomitym samopoczuciem, mówiąc: "Listami to niech się poczta zajmuje". Sąsiad prosi, by zabrać kwiaty z korytarza, bo właśnie "kupił wypoczynek" i chce zataszczyć go do mieszkania. A nad nagle powstrzymanym w ucieczce bohaterem "Upału" pochyla się facet w ciemnym garniturze i równie ciemnych okularach, mówiąc "z żalem to, co powinien powiedzieć: - Po coś, człowieku uciekał".


Dotąd nieprzedstawiony świat III Rzeczypospolitej pokazuje się w opowiadaniach Mariusza Cieślika w masce klowna. Ale to świat prawdziwy, w którym polityka zajmuje marginesowe miejsce, tak jak w rzeczywistym życiu, a nie w panopticum pokazywanym o 19.00 w TVN, a o 19.30 w telewizyjnej Jedynce.


Krzysztof Masłoń