Czy Polacy nie potrzebują już kultury wysokiej Pedagogika bezwstydu, czyli czas dla mas? Mirosław Pęczak, 6/19/2016 12:00:00 AM Zródło: polityka.pl
Mirosław Pęczak,
19 lipca 2016
Czy Polacy nie potrzebują już kultury wysokiej

Pedagogika bezwstydu, czyli czas dla mas?

Antropolog kulturowy prof. Waldemar Kuligowski o społeczeństwach wstydu i strachu oraz o tym, jak i kto przejmuje kulturę.

„Pedagogika bezwstydu jawnie dzisiaj mówi, że możesz zachwycać się tym, co wcześniej było wypierane. Dodą, disco polo, sitcomem w telewizji”.
Michael Zemanek/EAST NEWS

„Pedagogika bezwstydu jawnie dzisiaj mówi, że możesz zachwycać się tym, co wcześniej było wypierane. Dodą, disco polo, sitcomem w telewizji”.
Rekonstrukcja historyczna lądowania aliantów na plaży Omaha w Normandii w ramach kilkudniowej imprezy „D-Day Hell”, sierpień 2011 r.
Łukasz Głowala/Forum

Rekonstrukcja historyczna lądowania aliantów na plaży Omaha w Normandii w ramach kilkudniowej imprezy „D-Day Hell”, sierpień 2011 r.
Waldemar Kuligowski
Tadeusz Późniak/Polityka

Waldemar Kuligowski


Czytaj także

Czy w kulturze masowej jest jeszcze miejsce dla wielkich talentów aktorskich

Kim jest dziś aktor, ile jest warta jego kariera? Oscarowy „Birdman” i francuski dramat „Sils...


O czym debatowano na Elbląskim Forum Kulturoznawczym

Wszystkiego jest dzisiaj za dużo, a kultura dzisiejsza to kultura nadmiaru. To dobrze czy źle –...


Jak kultura masowa prowokuje szaleńców

Makabryczna egzekucja w Denver dokonana przez szaleńca podającego się za Jokera nie po raz pierwszy...



Mirosław Pęczak: – W czasie debaty na ostatnich Ogrodach POLITYKI w Elblągu użył pan terminu „pedagogika bezwstydu”. Czego dotyczy?
Waldemar Kuligowski: – To termin, który odnosi się do takiego ukrytego, ale systematycznie realizowanego przez dzisiejsze polskie władze projektu społecznego i politycznego. Projekt ten wpisuje się w inne pedagogiki z przeszłości, przy czym bardzo znamienne są słowa, które prominentni przedstawiciele władzy wypowiadali zaraz po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Pierwsza wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego po wygranych wyborach brzmiała tak: już nigdy nie będziemy się wstydzić. A zaraz potem premier Szydło powiedziała, że Polacy to dumny naród. Opierając się choćby na tych dwóch wypowiedziach, można wnioskować, że mamy do czynienia z czymś takim jak „pedagogika bezwstydu i honoru”.

„Pedagogika bezwstydu” staje się dyrektywą polityczną współczesnego populizmu. W Ameryce Donald Trump, we Francji Marine Le Pen, a w Polsce Jarosław Kaczyński i jego podwładni przekonują, że elity nie mają prawa do pouczania zwykłych ludzi.
Rzeczywiście, tak to wygląda i przez część ludzi może być odbierane jako uwolnienie tego, co wcześniej było ukryte z powodu wstydu właśnie. Wstydź się, Polaku, że jesteś homo sovieticus albo że jesteś dewotem słuchającym Radia Maryja, albo prostakiem kochającym disco polo. Dzisiaj te „wstydliwe” postawy i przymioty triumfalnie wyszły na jaw i współtworzą kulturę głównego nurtu. Czy to jest trend charakterystyczny dla całego świata demokratycznego? Chyba niestety tak, chociaż w Polsce ma on bardzo specyficzny przebieg.

Otóż po 1945 r. Polacy doświadczyli dwóch wielkich lekcji „pedagogiki wstydu”. Pierwsza przypadła na okres instalowania się w Polsce nowego ustroju. Pozytywnym układem odniesienia był Związek Radziecki, a negatywnym „zgniły” Zachód. I ta wczesnopeerelowska pedagogika miała oczywiście swój rewers w postaci ogromnego awansu społecznego milionów ludzi. Tych, którzy przenosili się ze wsi do miast, a przypomnijmy, że wtedy wieś nie kojarzyła się z agroturystyką, ale z zacofaniem, biedą i analfabetyzmem. Awans cywilizacyjny oznaczał zdobycie wykształcenia i wyjście z zacofania i biedy. I powodem wstydu było właśnie to zacofanie, a przy okazji też charakterystyczny dla polskiej wsi chłopski konserwatyzm.

Drugą pedagogiką wstydu była ta, która pojawiła się u progu transformacji po 1989 r. Wtedy bieguny wartości uległy przesunięciu. Tym, do czego dążyliśmy, był Zachód, Europa, a tym, od czego chcieliśmy odejść – dawny blok wschodni i przestrzenie zamieszkiwane przez homo sovieticus. Jak widać, uprawiana przez rząd i elity „pedagogika wstydu” to nic nowego, chociaż ta nowa jest jednak specyficzna.

Wstyd jest popularnym narzędziem pedagogicznym i wychowawczym. Semiotycy wprowadzili kiedyś podział na kultury wstydu i kultury strachu. Jeśli stosuje się „pedagogikę bezwstydu”, to chyba musi ją wzmacniać strach?
Tak. Dotąd przyjmowaliśmy, że ustrój i społeczeństwo rządzone przez strach to charakterystyczne elementy rzeczywistości PRL. Jak się zdaje, teraz do tego wracamy i ja zgadzam się z tymi komentatorami, którzy zwracają uwagę, że w dużej części to, co robi i jak to robi partia rządząca, jest powrotem – owszem, osobliwym i dziwacznym – do PRL. Zgadzam się z tezą, wedle której głowa Jarosława Kaczyńskiego jest wciąż w PRL i że jego partia chętnie sięgałaby do narzędzi strachu, a nie tylko zawstydzania. Wstyd w wielu wypadkach będzie zastępowany i uzupełniany przez strach, przez różne formy zastraszania, jakoś tam mieszczące się w granicach prawa. Weźmy choćby taką możliwość prawną jak ta, że wszyscy mogą być podsłuchiwani. Dla naszego bezpieczeństwa, rzecz jasna.

Często powtarzamy, że podział na elity i masy należy do odległej przeszłości, ale dziś, prawie 90 lat po opublikowaniu „Buntu mas” José Ortegi y Gasseta, wciąż spotykamy się z opisaną przezeń figurą dumnego ignoranta i z jeszcze jedną – polityka jako „człowieka masy”, przekonującego, że myśli i czuje jak lud, więc w imieniu ludu powinien sprawować władzę dyktatorską.
No niestety, Ortega y Gasset znów nam się zaktualizował. Jako antropolog zwróciłbym uwagę na jeszcze jedną rzecz. Zaczęliśmy naszą rozmowę od tego, że w Polsce zapanowała „pedagogika bezwstydu i honoru”. Antropologowi to się od razu kojarzy z modelem „społeczeństwa wstydu i honoru”, czyli koncepcją, która się pojawiła w połowie XX w. i odnosiła do opisu społeczeństw śródziemnomorskich – południowych Włoch, ale też kultury berberyjskiej. I mnie się wydaje, że pewne spostrzeżenia badaczy zajmujących się społeczeństwem wstydu i honoru jak ulał pasują do tego, co mamy dzisiaj. Dlaczego? Otóż chodzi o społeczeństwo oparte na męskich, patriarchalnych wartościach; społeczeństwo, które ponad wszystko przedkłada dumę i godność, w którym ważna jest rywalizacja – musimy być lepsi, jeśli nie w piłce nożnej, to choćby dlatego, że przyjeżdża do nas papież albo że postawimy sobie największą figurę Chrystusa na świecie. To jest społeczeństwo, które ciągle utrzymuje wszystkich wkoło w napięciu, jest trochę nieobliczalne. Jest gwarantem tradycyjnie rozumianej sprawiedliwości i nie cofa się przed karaniem, i to w spektakularny sposób. Takie społeczeństwo jest zdolne do wspaniałych aktów męstwa i poświęcenia, ale jednocześnie do bezlitosnej zemsty. No i jeszcze jedna cecha – amoralny familizm. Chodzi o to wszystko, co robimy dla ludzi, których określamy jako „my”. To może być rodzina, krąg przyjacielski, ale także „nasz” elektorat albo współwyznawcy naszej wiary. I możemy to dla tych ludzi robić z pominięciem prawa, bo w tym wypadku cel (dobro naszej grupy) uświęca środki.

Wstyd był jednym z czynników napędzających aspiracje, wolę awansu społecznego, także snobizm. Czy „bezwstyd” oznacza, że można już być niekulturalnym?
No tak. Według statystyk człowiek kulturalny w takim klasycznym tradycyjnym rozumieniu, czyli ten, kto korzysta z instytucji kultury, i tak jest w mniejszości. Choć mnóstwo treści kulturalnych możemy dziś odbierać w domu, bo pozwala nam na to internet. Zmieniają się jednak priorytety, dawno już zmienił się kanon. Ale jest jeszcze coś innego, ta pedagogika bezwstydu jawnie dzisiaj mówi, że nie musisz zachwycać się Wajdą, nie musisz czuć wielkiej atencji do pisarstwa Stasiuka czy repertuaru warszawskiego Teatru Rozmaitości i się tego nie wstydź. Możesz zachwycać się tym, co wcześniej było wypierane. Dodą, disco polo, sitcomem w telewizji. I wcześniej tego nie mieliśmy. Pedagogika potransformacyjna po 1989 r. używała często takiej figury: jesteśmy w środku Europy, musimy równać do pewnych standardów. Dziś zostało to zdyskredytowane. Mówi się, że właściwie możemy być, kim chcemy, no i ten bezwstyd jest używany jako argument zachęcający do tego, by ostentacyjnie ogłaszać: nie będę czytał, nie lubię, nie znam się. Ba, mamy bardzo wielu publicystów, którzy chwalą się swoją ignorancją. Może coś tam podczytują, ale raczej w ukryciu i bynajmniej się tym nie chwalą, bo mogliby być posądzeni, że są oderwani od rzeczywistości. Z jednej strony powiedziałbym, że to fatalnie, bo to ewidentne wspieranie owego dumnego ignoranta i może to być posiew, który będzie trwał przez długie lata. Ale z drugiej strony jest w tym coś, co w oczach badacza kultury wygląda jak kolejna odsłona walki klasowej, tym razem w postaci „walki klas kulturowych”. Może to przybrać taki wygląd: nie będziemy wspierać kolejnych inscenizacji oper Pendereckiego, za to damy duży grant na festiwal disco polo, bo to jest przejaw oddolnej, spontanicznej twórczości ludu. I byłoby to trudne do odparcia, bo odmawiając grantu na disco polo, w pewnym sensie odmawiamy podmiotowości dużej części narodu.

I pewnie dlatego badacze i teoretycy zachowują tak wiele zrozumienia np. dla takich zjawisk jak grupy rekonstrukcyjne, które na naszych oczach przekształcają się w przyczółki nacjonalistycznie zorientowanej polityki historycznej.
Te grupy rekonstrukcyjne to chyba stricte polski fenomen, popierany w dodatku przez władze polityczne i przez Kościół. Zresztą – o paradoksie! – najstarszy spektakl rekonstrukcyjny to przecież droga krzyżowa. Ale poważniej – ja też nie mam wątpliwości, że wysyp tego rodzaju perfomance’ów jest dzisiaj absolutnie nadużyciem, to znaczy historia jest kreowana, pisana na nowo i jest to nie tylko element rozrywki, ale też odgórnie zaprojektowanej polityki historycznej. Takie przypadki jak rekonstrukcja ślubu rotmistrza Pileckiego, niemająca nic wspólnego z rzeczywistością, są tego przejawem. Albo rekonstrukcja wybranych epizodów z powstania warszawskiego, które nagle jawi się jako być może nie zwycięski, ale też nie przegrany zryw, po którym wkładamy aparat fotograficzny do kieszeni i myślimy, że mamy fajne selfie z jakimś żołnierzem esesmanem, i wracamy do domu. To nie przybliża historii, raczej robi z historii rodzaj rozrywki. Kiedyś w jednym z tekstów posłużyłem się terminem memotainment, co było kalką z infotainment, czyli zamianą informacji w rozrywkę. No i dziś mamy do czynienia z memotainmentem, czyli zamianą pamięci w rozrywkę. A po drugiej stronie tej skali jest rosnący jak na drożdżach kult żołnierzy wyklętych, traktowany z gigantyczną powagą. To są paradoksy polityki historycznej, z których partia rządząca nie bardzo zdaje sobie sprawę.

Za to lud świetnie się bawi albo wzrusza. Bo może właśnie jest tak, że to nie za Bieruta, ale dopiero teraz „lud wszedł do śródmieścia”…
Mówimy o tych dwóch istniejących dotąd pedagogikach transformacyjnych. Ta z PRL zaczęła się kruszyć w latach 70., i nie myślę przy tej okazji o powstaniu KOR i krystalizującej się wtedy opozycji, ale też o badaniach socjologicznych, które wskazywały na istnienie próżni społecznej, pomieszania marazmu, zniechęcenia; z jednej strony fascynacji Zachodem, z drugiej przywiązania do katolicyzmu. W podobny sposób zaczął się kruszyć drugi porządek pedagogiczny, ten, który pojawił się po 1989 r., kiedy na przykład Andrzej Lepper powiedział: panowie, skończył się Wersal, a moherowe berety zastąpiły aksamitne kapelusze. To jest chyba trzecia fala wchodzenia masy, tłumu albo po prostu człowieka potocznego do mainstreamu kultury. Zostały przed nim otwarte drzwi i powiedziano: zapraszamy, chodź do nas, my ci damy 500+, bohaterów, których będziesz mógł wielbić, my ci powiemy, że pewne rzeczy, które cię przerastają, niekoniecznie świadczą o twojej wartości, więc nie czytaj za dużo i będziesz szczęśliwy z tym, co my ci oferujemy.

Czy możemy zatem ogłosić bezwarunkową kapitulację kanonu, dominującego gustu, kultury wysokiej?
To byłoby tragiczne, bo oznaczałoby, że ten kanon, któremu hołdowaliśmy i który przez tyle dziesiątek lat był kształtowany, jest nagle zastępowany czymś innym, bo przecież kultura nie znosi próżni. Ja bym się bał tego nowego kanonu, bo byłby on budowany na najprostszych schematach, na kiczu. I myślę tu o kiczu w wielorakim znaczeniu, także religijnym, światopoglądowym, wrażliwościowym. Struktury odczuwania i myślenia skurczyłyby się nam, zredukowały. Ale kapitulacji kanonu bym nie ogłaszał. Tyle tylko, że to, co go dotąd napędzało, zginęło; zostało przecięte w wyniku ostatnich wyborów.

rozmawiał Mirosław Pęczak

***

Waldemar Kuligowski, antropolog kulturowy, dr hab., profesor nadzwyczajny UAM. Pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Kierownik Zakładu Studiów nad Kulturą Współczesną. W latach 2008–12 sprawował funkcję prodziekana Wydziału Historycznego UAM. Od 2013 r. pełni funkcję przewodniczącego Interdyscyplinarnego Zespołu ds. Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Redaktor dwumiesięcznika „Czas Kultury”. Ostatnio opublikował „Złe miasta. 23 sample z rzeczywistości” oraz „Różnicowanie nowoczesności. Nowa debata w antropologii społecznej”.