SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Uciekając przed samotnością Zygmunt Bauman 10/20/2011 12:00:00 AM Zródło: GAZETA.PL







Uciekając przed samotnością

...



Zygmunt Bauman, filozof

Młody człowiek uzależniony od Facebooka twierdzi, że w ciągu jednego dnia zdobywa 500 przyjaciół. To więcej, niż mi się udało przez 85 lat życia


Na pewnej stronie w internecie znalazłem wzmiankę o dziewczynce, która wysłała 3 tys. e-maili w ciągu jednego miesiąca - średnio 100 wiadomości każdego dnia, czyli jedną wiadomość wysyłała mniej więcej co dziesięć minut swego życia, po odliczeniu czasu przeznaczonego na sen: co dziesięć minut rano, w południe i wieczorem, podczas mycia zębów, na lekcjach w szkole czy podczas picia herbaty.

Jaki to zjawisko miało wpływ na jej życie? Otóż prawdopodobnie nigdy nie poświęciła czasu wyłącznie dla samej siebie: na własne nadzieje, obawy, sny. Prawdopodobnie zapomniała już, jak należy żyć. Ona prawdopodobnie żyje, myśli, płacze i śmieje się wyłącznie w towarzystwie innych, zapomniała, jak wygląda towarzystwo wyłącznie własne. Nie miała szansy nauczyć się przebywania z samą sobą.

Prof. Jonathan Zimmerman z Uniwersytetu Nowojorskiego twierdzi, że troje na czworo amerykańskich nastolatków spędza każdą minutę wolnego czasu w internecie: na portalach społecznościowych, w tym Facebooku, na czatach. Jego zdaniem są oni uzależnieni od natychmiastowej komunikacji z innymi. To nowa forma narkotyku.

Jak do tego doszło?

W naszym nieprzewidywalnym i pełnym niespodzianek świecie, który czasem wydaje nam się bardzo obcy, samotność może się wydać czymś przerażającym. Desperacko szukamy więc kontaktu z innymi ludźmi.

Mirosław Bałka pokazał w Londynie fantastyczną instalację przedstawiającą ciemny tunel wymalowany czarną farbą, która pochłaniała każdy promyk światła, tworząc niemalże imago czarnej dziury. A ciemność jest symbolem niepewności. W ciemności wszystko się może stać: nie wiemy, co się wydarzy i czy będziemy w stanie zatrzymać to, co się będzie działo. W ciemności poruszamy się niepewnie. To rodzi lęk.

Mirosław Bałka wygenerował tę absolutną ciemność w hali wystawienniczej galerii Tate Modern. Osoby zwiedzające to miejsce stwierdzały, że ukojenie lęków zrodzonych z ciemności przynosiły jedynie dźwięki wytwarzane przez innych zwiedzających, szepty, dotyk łokci.

Bylibyśmy nierozsądni, gdybyśmy obwiniali o powstanie zjawisk opisanych przez prof. Zimmermana wyłącznie elektronikę. Przecież urządzenia nie żyją własnym życiem, ktoś ich musi używać.

Marketingowcy i sprzedawcy walkmanów, które były pierwszym gadżetem przenośnym umożliwiającym słuchanie muzyki w dowolnym miejscu i czasie, sprzedawali ich miliony dzięki sloganowi "Nigdy nie będziesz sam". Prawdopodobnie miliony ludzi młodych i nie tak młodych cierpiało na samotność i stąd chwytliwość owego sloganu. Mało kto postrzegał samotność jako przywilej, niemal wszyscy postrzegali ją jako osamotnienie i tęsknili za towarzystwem.

Oczywiście mogli się czuć samotni ze względu na to, że - jak wskazują wszelkie statystyki - domy rodzinne coraz bardziej pustoszeją. Stoły, przy których zbiera się rodzina, zastępuje telewizja albo fast food spożywany we własnym pokoju w towarzystwie ekranów komórek i komputerów. Rodzina staje się przypadkową zbieraniną ludzi, z których każdy jest zawinięty we własny kokon, wyizolowany od otoczenia.

Niedawne badania amerykańskie wykazały, że 20 lat temu 60 proc. rodzin amerykańskich zbierało się regularnie przy stole podczas kolacji. Natomiast wcześniej, zanim te kolację podano, rodzina często wspólnie ją przygotowywała. Wspólnota spożywców odtwarzała niejako (ale i wciąż na nowo wskrzeszała) wspólnotę wytwórców... Dziś ten wskaźnik wynosi 20 proc.

Walkmany, które przez cały czas emitują hałas, tylko w jakimś stopniu wypełniły tę pustkę. Pojawił się jednak internet i o tamtej pustce można było zapomnieć.

Dzięki portalom społecznościowym towarzystwo powróciło do świata z podziemi, do których wcześniej zeszło. Jednak wróciło do nas przez szklany ekran komputera, zamiast wejść przez drewniane drzwi naszego pokoju, na nasze własne zaproszenie.

Dlaczego komunikacja wirtualna online wygrała z realną?

Po pierwsze: ze względu na nieograniczony dostęp do internetu. Zniknęło zagrożenie, że będziemy sami. W każdej chwili, 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu, możemy nacisnąć klawisz i raptem zjawia się fatamorgana złudnego towarzystwa, które przepędza (lub do lochu podświadomości zapędza) zmorę samotności. Wydaje się, że zawsze jest ktoś na nasze natychmiastowe zawołanie. Nawet jeżeli jakiś wirtualny przyjaciel odejdzie od ekranu i pójdzie spać, inni przyjaciele go zastąpią - z owych pięciuset pozyskanych przed zmierzchem zawsze ktoś czuwa. Kontaktując się z nimi, wypełniamy pustkę wywołaną nieobecnością towarzystwa z krwi i kości.

Po drugie: kontakty online są kontaktami bez jakichkolwiek zobowiązań, które obciążają relację offline, czyli tę "w realu".

Łączność za pośrednictwem internetu można nawiązywać bez konieczności podejmowania zobowiązań do ich utrzymywania. Nie ma obaw, że przyjdzie się poświęcać, iść na kompromisy czy robić coś, co nam się nie podoba i czego robić nie chcemy, ale musielibyśmy robić, bo ktoś tego od nas oczekuje.

Tą komfortową świadomością możemy się cieszyć nawet wtedy, kiedy siedzimy w zatłoczonej sali konferencyjnej. Mamy telefon komórkowy w kieszeni i w każdej chwili możemy "wyjść (duchowo) na zewnątrz", będąc jednocześnie cieleśnie wewnątrz; pokazać, że jesteśmy fizycznie obecni w pierwszym czy drugim rzędzie, ale zaangażowani gdzie indziej.

Możemy wyobcować się w zatłoczonym miejscu, nawet chodząc po ulicy w towarzystwie najbliższych przyjaciół. Nigdy nie musimy być naprawdę w nic zaangażowani. Zawsze możemy opuścić miejsce, które nam się nie podoba.

Nigdy nie byliśmy wolni do tego stopnia.


Jednak zyskując te wszystkie korzyści, tracimy możliwość/umiejętność odosobnienia, po to, żeby tworzyć, zastanawiać się nad czymś, a robiąc to, nadawać sens i walor komunikacji. Takie tradycyjne odosobnienie jest już dziś w zasadzie niewyobrażalne.

Oto inny przykład: niedawny wynalazek ogromnej informatycznej firmy Nintendo. W grze "Love+" do instalowania na telefonach komórkowych zyskuje się wirtualną przyjaciółkę. Oprogramowanie pozwala na wybranie na podstawie różnych kodów kreskowych dziewczyny marzeń, z którą chłopcy, właściciele smartfonów, mogą pójść na spacer, zabawiać ją, wymieniać z nią spojrzenia, pozyskiwać jej względy.

Pod wieloma względami wirtualna koleżanka upodabnia się do prawdziwej. Wymaga atencji, ma swoje preferencje, gusta, chodzi spać o określonej porze, nie chce być budzona. Prawie jak w życiu.

Ale ma jedną "zaletę", której nie mają prawdziwe dziewczyny - można ją wyłączyć w dowolnym momencie, prawdziwe dziewczyny tego nie lubią.

Bardzo poważna strona internetowa Techno.com przekonuje, że gra została wymyślona po to, żeby zaspokajać ludzkie potrzeby. „ »Love+ « to nowa gra przeznaczona dla mężczyzn, którzy nie radzą sobie z prawdziwą kobietą w swoim życiu” - komentowano. Oczywiście są tacy faceci, jest na to rynek. Badacze i projektanci z Nintendo o tym wiedzą.

Żeby utrzymać relację z wirtualną dziewczyną, grający musi przyswoić sobie wiele różnych umiejętności. Cała inicjatywa jest po jego stronie, nie potrzebuje współpracy drugiej strony. Dzięki wbudowanemu mikrofonowi gracz może nawet prowadzić słodkie, choć trywialne czy zgoła bezsensowne rozmowy ze swą wirtualną partnerką. Prawdziwe (przyziemne w zestawieniu z eterem?) związki wymagałyby oczywiście więcej niż wypowiedzenia do partnerki paru słodkich, ale pustych słów.

40-letni Yuki Sakazaki, który korzystał z aplikacji "Love+", napisał na swoim blogu: "To niezła zabawa, ponieważ relacja może być rozwijana w nieskończoność".

Ta "nieskończoność" trwała od 10 lipca do połowy sierpnia!

Przypadek "Love+" pokazuje, do czego może uciec się człowiek, żeby uniknąć samotności: wyeliminować ze swego życia prawdziwego, ludzkiego partnera. To wynalazek w rodzaju piwa bezalkoholowego albo beztłuszczowego masła.

I tak jak łatwo zawiązujemy te relacje, tak - na pierwsze żądanie - się ich pozbywamy: za jednym naciśnięciem przycisku "Delete" albo poprzez użycie etykiety "Spam".

W naszym internetowym życiu wirtualne relacje i stosunki biją na głowę te rzeczywiste. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że relacje wirtualne, jak wedle prawa Kopernika podrobiona moneta w konkurencji z tą z mennicy, wyprą z rynku te rzeczywiste. Młody człowiek uzależniony od Facebooka twierdzi, że w ciągu jednego dnia zdobywa 500 przyjaciół. W ciągu jednego dnia! To więcej, niż mi się udało przez 85 lat życia.

Nieco ponad 30 lat temu pojawił się na ekranach znakomity film "Wystarczy być", z Peterem Sellersem, wielkim brytyjskim aktorem, który grał rolę pana Chance'a. Chance pojawia się na ulicy, na której jest duży ruch. Wchodzi w kontakt ze światem, który do tej pory widział tylko w telewizji u swego pracodawcy. Był u niego lokajem i ogrodnikiem, nigdy nie wychodził z domu, a teraz, po jego śmierci, musi ten dom opuścić. I nagle widzi coś zupełnie nieznanego, przerażającego - korowód na czarno odzianych zakonnic. Ma nadal w kieszeni pilota od telewizora, próbuje więc je "wyłączyć" - oczywiście bez efektu. Ta postać to jakby prototyp wielu uzależnionych od Facebooka czy innych sieci i portali społecznych.

Mamy wybór. Możemy mnożyć wirtualne znajomości, które są niewymagające, nie angażują nas w nieprzewidywalny ciąg zdarzeń, tyle że wtedy redukujemy komunikację do spraw płytkich, niekontrowersyjnych, ale i nieżyciodajnych. Nasze relacje będą wtedy bardzo naskórkowe i kruche.

Ale możemy spróbować umacniania więzi w tym prawdziwym życiu. Trwalsze będą wówczas i głębsze. Tyle że trzeba będzie w nie angażować więcej czasu, a zarazem wystawiać się na całkiem rzeczywiste ryzyko, którego komunikacja w systemie online pozwalała nam dotychczas uniknąć. To ryzyko życiem się nazywa.

Fragmenty wykładu, który prof. Zygmunt Bauman wygłosił 20 listopada 2010 r. podczas konferencji „Kultura 2.0. Kultura odnawialna”, zorganizowanej przez Narodowy Instytut Audiowizualny.

Pełne nagranie wykładu i dyskusji po nim dostępne -www.nina.gov.pl