SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Żakowski o protestach na Wall Street: Opinia publiczna traci cierpliwość. Jak w PRL Jacek Zakowski 10/12/2011 12:00:00 AM Zródło: gazeta.pl

Żakowski o protestach na Wall Street: Opinia publiczna traci cierpliwość. Jak w PRL

...

Dzisiejsze protesty w Nowym Jorku można porównać do okupacji Komitetów w PRL. To próba pokazania, że symbol obecnego systemu, ta Bastylia, funkcjonuje, ale nie jest tak potężna, żebyśmy nie mogli jej zablokować własnymi ciałami - komentuje dla TOKFM.pl Jacek Żakowski, publicysta "Polityki" i prowadzący Poranki TOK FM.



Od połowy września trwa akcja ruchu "Occupy Wall Street". Protestujący w Nowym Jorku i wielu innych miastach demonstrują swoje rozczarowanie obecną polityką finansową rządu, a dokładniej niesprawiedliwym - ich zdaniem - podziałem odpowiedzialności i problemów wynikających z kryzysu.


- To coś, czego się spodziewaliśmy. Ja jestem zdziwiony, że to dopiero we wrześniu się zaczęło - komentuje dla TOKFM.pl Jacek Żakowski, publicysta "Polityki" i Radia TOK FM, autor m.in. książek "Anty-TINA. Rozmowy o lepszym świecie, myśleniu i życiu", "Koniec" oraz "Nauczka". - Mamy wyraźny problem z przełamaniem źródeł systemowego kryzysu. Już nie tylko Naomi Klein, Slavoj Žižek, Michael Moore, czy wielki ekonomista Jeffrey Sachs, zasłużony dla reform liberalnych, mówią, że obecny kryzys ma charakter systemowy. Mówi to już też pan Jean-Claude Trichet z banku europejskiego.

"Dlaczego dbamy o interesy winnych kryzysu?"

Zdaniem Żakowskiego przez trzy lata problemów gospodarczych, nie udało się tego impasu przełamać. - Teraz inercja systemu jest gigantyczna, a opinia publiczna zaczyna tracić cierpliwość. Szczególnie, że obserwują jak naprawa systemu spoczywa na tych, którzy go psuli. I Sachs bardzo obrazowo o tym mówił do protestujących na Wall Street.




- Mam wrażenie, że coraz więcej ludzi pyta: dlaczego cały czas dbamy o interesy tych, którzy są źródłem kryzysu, zamiast dbać o interesy tych, którzy są ofiarami kryzysu? A w Ameryce tych ofiar jest więcej niż w Europie - opowiada Żakowski. - Optymistyczne dla mnie jest to, że ruch w Nowym Jorku to nie jest kwestia czystego kwestionowania tego status quo. Pojawiają się elementy pozytywnego projektu i to jest bardzo ważne, nawet jeżeli ten ruch sam z siebie nie odniesie spektakularnego sukcesu w postaci np. reprezentacji politycznej.

"My jesteśmy 99 procentami"

Zdaniem publicysty nie ma nic zaskakującego w tym, że protesty na Wall Street przyciągnęły cały przekrój społeczeństwa. - Pragmatyczni ekonomiści, czyli ci, którzy zajmują się rzeczywistością, a nie ideologią, od wielu lat zwracali uwagę na rosnące zagrożenie ze strony szybko degradującej się pod względem dochodowych i wpływów politycznych klasy średniej. Radykalniejsi mówili zaś, że klasa średnia jest okradana przez ten 1 proc. najlepiej zarabiających.




- Teraz klasa, która traci radykalnie na przemianach ostatnich kilkudziesięciu lat zaczyna się buntować. Problem w tym, że to klasa średnia, która była w dużym stopniu budowana na biedzie i nieszczęściu krajów południa. Jakość życia była poprawiana na koszt Chińczyków, Latynosów, Hindusów, Afrykanów. Teraz stały się dwie rzeczy jednocześnie: ta klasa średnia musiała się podzielić częścią swojego standardu z ludźmi z innych części świata, a resztę tego, co globalizacja tej klasie średniej zostawiła, połknął ten jeden procent najbogatszych w ich własnych krajach - uważa Żakowski.

Jego zdaniem to, co obserwujemy przypomina gwałtowną urbanizację z XIX wieku, kiedy "relatywnie stabilne życie chłopów zamieniało się w piekło, kiedy przenosili się do miasta i podlegali gwałtownej deklasacji". - To bardzo daleko idąca analogia, a różnica polega na tym, że dzisiaj mamy do czynienia z klasą stanowiącą podstawę systemu politycznego. Teraz następuje jednocześnie destrukcja struktury społecznej, dekompozycja sił rynkowych, które do tej pory rządziły, i dewastacja infrastruktury polityki, której podstawą była właśnie klasa średnia.

"Prognozy jak na wojnę"

- Poziom determinacji i mobilizacji, zwłaszcza w USA, jest dzisiaj duży - twierdzi Żakowski. Czemu? - Prognozy rynkowe mówią o konieczności obniżenia standardu życia w krajach zachodnich o 10-40 proc. To taka katastrofa społeczna, jaką zwykle wywołują wojny. Mamy więc do czynienia z potężnymi, spontanicznymi siłami, które wymuszają reakcje społeczne i zmianę polityczną.




Jest jednak problem. Protestujący proponują elementy pozytywnego projektu, nie jest to jednak propozycja konkretnej alternatywy dla obecnego stanu rzeczy. - Poprzednio, gdy były takie radykalne zmiany, opisywane np. w pismach Marksa, istniały projekty - np. nacjonalistyczny, solidaryzmu klasowego. I po pierwszej wojnie światowej próbowano je realizować z wiadomymi skutkami - mówi publicysta. - Ale jednak, pomimo skutków, to była jakaś odpowiedź. Dzisiaj nie mamy takiego pozytywnego projektu, nawet w postaci ideologii. Mamy więc pragmatyczne odpowiedzi, ale one nie są w stanie zmobilizować wielkich ruchów społecznych, bo trudno jest zmobilizować ruch społeczny np. wokół postulatu podniesienia progu podatkowego z 32 do 40 proc. To nie działa na wyobraźnię tak, jak hasło: "rewolucja!".




- Wybuch rozczarowania w Stanach Zjednoczonych wynika z tego, że duże nadzieje wiązano z Obamą. Że to on się przeciwstawi tym ludziom, którzy są symbolem potęgi giełdy. Obecny prezydent USA nie spełnił jednak tych nadziei. Ludzie więc stoją przed Wall Street pokazując, że ta cytadela nie ma tak dużej mocy. To próba złamania wizji Wall Street jako czegoś, czemu nie można się przeciwstawić - twierdzi Żakowski.

Jednak: - Na Wall Street oczywiście są prawdziwe pieniądze i prawdziwa moc. Te protesty można więc porównać do okupacji Komitetów w PRL. To próba pokazania, że ten symbol systemu, ta bastylia tego systemu, funkcjonuje, ale nie jest tak potężna, żebyśmy nie mogli jej zablokować naszymi ciałami - podsumowuje dziennikarz.