SEARCH
Phone orders. Call: 877.567.BOOK
773.282.4222

Gwiazda daleka. Planeta Roberta Bolaño - cz. 2 Arkadiusz Żychliński 5/28/2010 12:00:00 AM Zródło: PrzeglądPolityczny.pl

Arkadiusz Żychliński - Gwiazda daleka. Planeta Roberta Bolaño - cz. 2 28.05.2010 14:00




III
Świat jest być może prymitywnym szkicem jakiegoś dziecinnego boga, który porzucił go nie ukończywszy, zawstydzony własną nieudolnością; jest dziełem jakiegoś niższego boga, z którego bogowie wyżsi szydzą; jest chaotycznym dziełem jakiegoś zgrzybiałego bóstwa, które już umarło.
Jorge Luis Borges, Analityczny język Johna Wilkinsa

Kiedy w roku 1930 ukazał się pierwszy tom Człowieka bez właściwości Musila, Franz Blei, austriacki pisarz, tłumacz i krytyk literacki, napisał następujące słowa: „Żadna linijka z 1075 stron nie pracuje na biegu jałowym, każda jest ważna dla strukturalnej całości tego niezrównanego dzieła. Co w nim jest? Cały dzisiejszy świat”. Stwierdzenie Bleia dotyczy oczywiście każdej powieści totalnej, każda, ex definitione, zawiera w sobie cały świat. Jest to, rzecz jasna, za każdym razem inny świat; „każdy wielki czy nawet każdy bardzo dobry pisarz kształtuje świat wedle własnych wytycznych (according to his own specifications)” (jeszcze raz Carver). Nieporozumieniem byłoby pytać, który pisarz jest w swej kreacji największy. Każdy wielki pisarz jest jeden, ten jest największy, ten drugi też jest największy. „Nikt nie wymaga od Balzaka, żeby był Stendhalem. Od Balzaka wymaga się tylko, żeby był Bogiem”, pisał Bolano. Doprawdy, oto jedyny wymóg.
Chcąc w pierwszym przybliżeniu najkrócej opisać, o czym opowiada niezrównane dzieło, jakim jest 2666 – powieść o rozwidlających się wątkach, jednak wbrew pozorom bardzo przejrzystej fabule – przytoczmy słowa samego autora, z pomocą których charakteryzuje w książce La literatura nazi en América utwór Una casita en Napa (Chatka w Napa) Zacha Sodensterna (1962-2021): „opisuje on w lakonicznych słowach świat pozbawiony miary (un mundo desmesurado), opanowany przemocą, (…) nie tracąc czasu na udzielanie lekcji moralności czy propozycje rozwiązania problemu”. Otóż to, un mundo desmesurado – podczas gdy człowiek już dawno wyśnił sobie, że wymierzył, że już wkrótce wymierzy cały widzialny, a może nawet także niewidzialny świat.
„Jesteśmy w samym środku, jak zawsze” – zaczyna swoją książkę On evil (O złu) Adam Morton, filozof z Uniwersytetu Alberty w Kanadzie, „istoty ludzkie dopuszczają się względem siebie potworności z takim samym entuzjazmem albo beztroską, jakie zawsze charakteryzowały nasz gatunek. Kiedy myślimy o złu, myślimy w pierwszym rzędzie o koszmarze zakrojonym na wielką skalę. Myślimy o holokauście w Europie, o gułagach Stalina w ZSRR, o Kambodży i Ruandzie. Jednak równie koszmarne rzeczy dzieją się na mniejszą skalę. Kiedy piszę te słowa (2004, A.Ż.), w meksykańskim mieście Juárez znikają młode kobiety, mordowane przez jakieś systematyczne i nieznane dotąd grupy.” Powieść Bolano ukazała się w Hiszpanii właśnie w 2004 i jej głównym wątkiem, oplatanym przez dziesiątki wątków pobocznych, są morderstwa kobiet w Santa Teresa, książkowym odpowiedniku Ciudad Juárez.
Na początku wszakże nic jeszcze nie zapowiada infernalnego tematu. W części pierwszej, La parte de los críticos, poznajemy czworo sympatycznych filologów, oto Francuz Jean-Claude Pelletier, Włoch Piero Morini, Hiszpan Manuel Espinoza i Angielka Liz Norton. Wszystkich tych akademików łączy oddanie dziełu niemieckiego pisarza Benno von Archimboldiego, pasja nie tylko i nie tyle stricte naukowa, ile wręcz, jeśli nie zabrzmi to zbyt pompatycznie, życiowa. Każda z osób poznała książki Archimboldiego w różnych okresach młodości; na wszystkie wywarły one wpływ niezatarty i istotny, bezpośrednio przyczyniając się także do podjęcia określonych decyzji zawodowych. Archimboldi jest pisarzem dość skrytym – mimo iż publikuje stosunkowo regularnie nowe książki i od wielu lat uchodzi za murowanego kandydata do nagrody Nobla (także dzięki zaangażowaniu naszych bohaterów), trudno znaleźć żyjących, którzy go kiedykolwiek spotkali. W czasie jednego ze zjazdów konferencyjnych – opisując nie tylko intelektualne przygody swoich bohaterów w małym akademickim światku Bolano nawiązuje do tradycji powieści uniwersyteckiej – przypadkiem okazuje się, że Archimboldiego widziano w Meksyku. Trójka przyjaciół (Piero Morini porusza się na wózku inwalidzkim, więc rezygnuje z podróży) wyrusza do Santa Teresa; duszna atmosfera tego przygranicznego miasta przytłoczy ich i zdeprymuje, Archimboldi nadal pozostanie zagadkowym cieniem. W tej części po raz pierwszy pojawia się temat morderstw kobiet, kiedy młody meksykański student wspomina o tym Pelletierowi, który wcześniej nic o tym nie słyszał.
Bohaterem części drugiej jest znany nam już profesor Amalfitano, filozof z uniwersytetu w Santa Teresa, podejmujący naszych naukowców (sam również przekładał Archimboldiego, nie uważa go jednak za aż tak wybitnego pisarza). Urodzony w Chile, wiele lat spędził w Hiszpanii, a przed laty przyjął propozycję ze swojego dzisiejszego miejsca pracy. Amalfitano wiedzie wycofany żywot roztargnionego uczonego; osobą, która najsilniej wiąże go ze światem, jest (po stracie żony) jego córka Rosa, o której bezpieczeństwo – nie bez podstaw zresztą – coraz bardziej się obawia. Na tę najkrótszą część całej książki składa się w przeważającej mierze monolog wewnętrzny filozofa, porządkującego migawki wspomnień u progu szaleństwa (Amalfitano od pewnego czasu słyszy w głowie tajemniczy głos, prawdopodobnie własnego ojca).
Część trzecia opowiada historię trzydziestoletniego dziennikarza z Harlemu, Quincy Williamsa alias Oscara Fate’a. Młody reportażysta ma w zastępstwie zamordowanego reportera sportowego udać się do Santa Teresa, żeby zrelacjonować pojedynek bokserski. Fate nie bardzo wprawdzie interesuje się sportem, jednak trudno zignorować polecenie służbowe. Wśród poznanych dziennikarzy meksykańskich jest także Chuco Flores, eks-chłopak Rosy Amalfitano, przez którego poznaje córkę profesora. Ta część powieści, mimo iż formalnie zajmuje miejsce pośrodku całości, jest najbardziej wysuniętym w przód cyplem powieściowej chronologii (jej akcja rozgrywa się około połowy 2002 roku), co, zważywszy na jej zakończenie oraz znaczące nazwisko głównego bohatera, nie jest bez znaczenia.
Część czwarta, La parte de los crímenes, czyli część zbrodni jest niewątpliwie najtrudniejszą w lekturze – w historię dochodzeń, rozgrywającą się pomiędzy początkiem roku 1993 a końcem 1997, Bolano wplata 108 opisów bestialsko zamordowanych kobiet, utrzymanych w poetyce raportów policyjnych patologów. Aby przygotować tę część powieści – przez którą przewija się mnóstwo autentycznych postaci (przepuszczonych przez fikcjonalizujący filtr) – autor przez wiele lat pozostawał w bliskim kontakcie z meksykańskim dziennikarzem śledczym Sergio Gonzálezem Rodríguezem ; bez tych konsultacji nie byłby w stanie uzyskać hiperrealistycznego wydźwięku swojej prozy.
W części piątej poznajemy w końcu Hansa Reitera, urodzonego w 1920 roku w Prusach, który po doświadczeniach II wojny światowej (jako żołnierz Wehrmachtu bierze udział w ataku na Polskę i dalszym marszu na Wschód) – zwłaszcza pod wpływem znalezionych na Ukrainie zapisków młodego pisarza Borysa Abramowicza Anskiego (zamordowanego przez stalinistów albo nazistów) – postanawia zostać pisarzem i przybiera pseudonim Benno von Archimboldi (włoski malarz Giuseppe Arcimboldi pojawia się zapiskach Anskiego, podobnie zresztą jak, może nie przypadkiem, Gustave Courbet). Bolano misternie rekonstruuje biografię Reitera alias Archimboldiego: począwszy od dzieciństwa zamkniętego w sobie chłopca, przez z wolna otwierającą się na świat młodość, przeżyte jakby w kokonie paliatywnej nieobecności pandemonium okresu wojny i powojnia, stopniowe stawanie-się-pisarzem (po całej powieści rozsianych jest dwadzieścia tytułów i omówień poszczególnych dzieł) aż po starość literackiego outsidera. Historia zatacza koło, kiedy w ostatnim fragmencie Archimboldi wybiera się do Meksyku.
Czytając powyższy opis, można poczuć się nieco zagubionym. O czym właściwie traktuje 2666? Powieść amerykańska, zauważa Bolano w rozmowie, „wspiera się na dwóch wielkich powieściach północnoamerykańska, jakimi są Moby Dick Melville’a i Przygody Hucka Twaina. Jedna wiedzie ku bardziej przyjaznej stronie życia, druga jest czarną powieścią par excellence. Jedna jest rajska, druga, Moby Dick, jest piekielna i, paradoksalnie, klaustrofobiczna, ponieważ chociaż statek pływa po całym świecie, marynarze poruszają się tylko po statku”. Tematem pierwszej, dopowiedzmy, jest inicjacja, wchodzenie w świat. Tematem drugiej jest niedowierzające przecieranie oczu tych, którzy w świecie już od dawna są. Powieść Los detectives salvajes czerpie inspirację z tradycji Twaina, 2666 – z Melville’a.
„Nikt nie przywiązuje wagi do tych mordów, a przecież w nich kryje się tajemnica świata (en ellos se esconde el secreto del mundo)”, myśli Fate. Kiedy w czasie jednej z rozmów pojawia się pytanie o zło, o wciąż ponawianą przez Bolano próbę „zgłębienia” zła, pisarz mówi: „Tak, wierzę, że zło istnieje. Nie wiem, jak wygląda. Pewnie nosi wiele masek. Zło jest może głupotą. Albo głupota jest jaskinią, w jakiej ukrywa się zło. Kiedy mówię o złu, nie mam na myśli zwyczajnego zła – konsekwencji określonego wychowania, określonej małostkowości albo zawiści, lecz absolutne zło, które nieodwołalnie niszczy wszystkie nasze moralne wartości. To znaczy: zło, które najpierw pojawia się w lustrze”. Powieść 2666 nie jest „powieścią o złu”, choć jest także o nim. W ostatnim wywiadzie, udzielonym ponad rok po wcześniej przywoływanych słowach, zapytany, jak wygląda piekło, Bolano odrzekł: „Jak Ciudad Juáraz, nasze przekleństwo i nasze lustro, niepokojące lustro naszych frustracji, naszej haniebnej interpretacji wolności i naszych tęsknot (el espejo desasosegado de nuestras frustraciones y de nuestra infame interpretación de la libertad y de nuestros deseos)”. Motto książki stanowią słowa z wiersza Baudelaire’a Le Voyage (Podróż): „Une oasis d'horreur dans un désert d'ennui” („Oaza zgrozy na pustyni nudy”).
Tym, co interesujące dla Bolano, zdaje się nie pytanie o pochodzenie zła, lecz raczej formy jego istnienia. Znamienne słowa wypowiada w powieści Los detectives salvajes Abel Romero: „Belano, powiedziałem, sedno sprawy to pytanie, czy zło (albo przestępstwo, zbrodnia, czy jakkolwiek chce pan to nazwać) jest przypadkowe czy przyczynowe (casual o causal). Jeśli jest przyczynowe, wówczas możemy je zwalczać, trudno je wprawdzie pokonać, ale mamy szansę, mniej więcej jak dwóch bokserów tej samej wagi. Jeśli jest natomiast przypadkowe, to jesteśmy udupieni (estamos jodidos). Niech Bóg się nad nami zmiłuje, jeśli istnieje. Do tego wszystko się sprowadza”. Bolano jest archiwistą przypadkowego zła, to znaczy zła, które jest kwestią wyboru: u jego podstaw nie leży konieczna przyczyna, wszystko mogło było potoczyć się inaczej – niezależnie od tego, czy chodzi o obojętnego nazistowskiego mordercę-biurokratę, czy o sadystyczne egzemplarze morderców dla rozrywki. Wszystkich zaraził wirus tego samego zła.
„Nic nie rozumiem, a to trochę, co rozumiem, przeraża mnie. Nic nie ma sensu (Nada tiene sentido)”, mówi pod koniec powieści Lotte Reiter. Demony nie czekają wcale, aż rozum zaśnie; „szaleństwo jest zaraźliwe” (la locura es contagiosa) mówi popadający w obłęd Amalfitano. Czy ja jestem szalony, czy to świat oszalał? „Rzeczywistość jest jak naćpany sutener (un padrote drogado) w samym środku burzy”, myśli posłanka Azucena Esquivel Plata. Elvira Campos, dyrektorka domu psychiatrycznego w Santa Teresa, „podejrzewała czasem, że cały Meksyk oszalał. (…) Myślała czasem, że najlepiej byłoby wyjechać z Meksyku. Albo zabić się, zanim skończy pięćdziesiąt pięć lat. Albo może pięćdziesiąt sześć?”. Dlaczego policja przez całe lata nie może odnaleźć sprawców morderstw (nie zrobiła tego do dziś)? „Mam dosyć Meksykanów, którzy mówią i zachowują się, jakby to wszystko było Pedro Paramo”, mówi wpływowa posłanka, próbująca (bezskutecznie albo co najwyżej z połowicznym sukcesem) wyjaśnić tajemnicze zniknięcie przyjaciółki. Najbardziej dorzeczne słowa padają z ust profesora Alberta Kesslera, amerykańskiego specjalisty od seryjnych zabójstw (wzorowanego na autentycznej postaci Roberta K. Resslera), który, rozmawiając w przydrożnym barze z młodym policjantem, mówi o trzech silnych przekonaniach, jakie powziął podczas drugiej (nieoficjalnej) wizyty w Santa Teresa „A: to społeczeństwo stoi poza społeczeństwem, wszyscy, absolutnie wszyscy, są jak pierwsi chrześcijanie w cyrku. B: zbrodnie noszą różne podpisy. C: to miasto robi wrażenie żywotnego (pujante), w jakimś sensie postępowego, ale najlepiej byłoby, gdyby jego mieszkańcy którejś nocy wyszli na pustynię i przekroczyli granicę, wszyscy bez wyjątku, wszyscy, wszyscy” .
Do spekulacji skłania oczywiście osobliwy tytuł powieści, który nasuwa myśl o dystopii w rodzaju Roku 1984 George'a Orwella. Nie wydaje się jednak, żeby był to obiecujący trop interpretacyjny. Akcja 2666 rozciąga się, uwzględniając retrospekcje, od początku XX wieku po rok 2002. Jak zauważyli niektórzy krytycy, antycypacja XXVII wieku pojawia się u Bolano przynajmniej dwukrotnie. Po raz pierwsze w powieści Dzicy detektywi, gdzie przypominająca szamankę poetka Cesára Tinajero wspomina w zagmatwanym, chaotycznym monologu o nadchodzących czasach (los tiempos que iban a venir), i wymienia datę – około roku 2600. Nie bardzo wiadomo jednak, co ma się wówczas wydarzyć. Z kolei bohaterka mikropowieści Amulet, obłąkana poetka Auxilia Lacouture, wędrując po nocnych ulicach Meksyku, myśli, przemierzając aleję Guerrero, że „przypomina ona o tej porze przede wszystkim cmentarz, ale nie cmentarz z roku 1974, ani z 1968, ani z 1975, tylko cmentarz z roku 2666 (un cementerio del ano 2666), zapomniany cmentarz pod martwą albo nienarodzoną powieką, beznamiętną cieczą oka, które chcąc coś zapomnieć, zapomniało wszystko”. Czyżby obydwa apokaliptyczne proroctwa były zapowiedzią czasów pozbawionych pamięci? Czyżby Bolano chciał skłonić swoją książką czytelnika z roku 2666 do wspomnienia myślą osobliwego początku tysiąclecia, setek zamordowanych kobiet? Owszem, powieść 2666 jest niewątpliwie także świadectwem.  Jednak sama data niekoniecznie musi mieć ciemny, fatalistyczny wydźwięk. W czwartej części powieści znajdziemy fragment, na który nie zwrócono chyba dotychczas należytej uwagi, a który zdaje się wskazywać inną możliwą lekcję tytułu. Lalo Cura,  młody wiejski chłopak zwerbowany początkowo przez szefa policji Santa Teresa do ochrony jego kuzyna, jednego z narkotykowych bossów, z czasem sam zostaje policjantem. Poznajemy także dzieje jego rodziny, dzieje kolejnych pokoleń kobiet o nazwisku María Expósito (ta opowieść to oczywiście dyskretny hołd dla Márqueza), kolejnych gwałconych Marii, które rodzą następne Marie, naturalną historię podłości i niezłomnego ducha. Ostatnia María Expósito poznaje w roku 1976 na pustyni dwóch studentów z Meksyku DF, wyglądających, jakby przed kimś uciekali (jak nietrudno się domyślić, to prawdopodobnie Ulisses Lima i Arturo Bolano), i spędza z nimi zawrotny tydzień (una semana vertiginosa). Pośród rzeczy, o którym opowiadają studenci, pojawia się także wizja rewolucji – „nowej rewolucji, niewidzialnej rewolucji, która już wisi w powietrzu, ale nie dojdzie na ulice wcześniej niż za pięćdziesiąt lat. Albo za pięćset. Albo za pięć tysięcy”. Dziewięć miesięcy później przychodzi na świat pierwszy chłopak w rodzinie, Olegario Cura Expósito, zwany Laro Cara. W przyszłości zostanie policjantem; bardzo dobrym policjantem, jak wolno sądzić (jest także jedną z najsympatyczniejszych postaci powieści). Czyżby zatem rok 2666 mógł ukrywać zapowiedź zmiany? Najprostsze i najbardziej przekonujące byłoby oczywiście połączenie obydwu tropów – rok 2666 leży jeszcze siedem wieków przed nami, ale także od nas zależy, jaki będzie ten, który nadejdzie: czy uczyni zadość skrywanej w sobie liczbie bestii, wobec czego wydarzenia naszych czasów wyglądać będą niczym niewinne zabawy okrutnych, lecz dobrodusznych dzieci, czy też, przeciwnie, jest szyfrem, datą owej revolución invisible, o której niejasno wspominają poeci. Czy jednak można wierzyć w ich gadaninę? Cóż, jeden z nich jest bądź co bądź ojcem Lalo Cury. Zapytany przez Mónicę Maristain o to, w czym pokłada nadzieję, Bolano odpowiada: „Znowu usiłuje mnie pani zepchnąć w ten kiczowaty narożnik, gdzie się urodziłem. Moją nadzieją są dzieci. Dzieci i wojownicy. Dzieci, które pieprzą się jak dzieci, i wojownicy, którzy walczą jak dzielni wojownicy. Dlaczego? Odsyłam do nagrobka Borgesa. Nie mówmy już o tym”. 

IV
Jedyną rzeczą, jaka nam pozostaje wobec tej nieuchronnej klęski zwanej życiem,
jest próba jego zrozumienia. I to jest racją bytu sztuki powieści.
Milan Kundera, Zasłona

Jak przypomina Walter Benjamin, „słusznie ktoś zauważył, że wszystkie wielkie dzieła literatury (alle großen Werke der Literatur) tworzą jakiś gatunek albo go znoszą, słowem, stanowią przypadek szczególny“. Nie zapominając o tym, wolno wszakże klasyfikować dzieła literackie ze względu na podobieństwo rodzinne, powieści zaś możemy ponadto podzielić od siekiery także ze względu na wymiar czysto kwantytatywny. Wspominaliśmy już o tym, że Bolano ćwiczył się zwłaszcza w sztuce mikropowieści. Dopowiedzmy zatem na koniec, że prawdziwe mistrzostwo osiągnął jednak w dwóch makropowieściach (określmy tym mianem dość ogólnie powieści liczące około tysiąca stron), gatunku z wolna chyba wymierającym. Jaki autor odważy się poświęcić dziś kilka lat na pisanie jednej książki, jaki czytelnik odważy się dziś poświęcić kilka tygodni na przeczytanie jednej książki? Krótka forma jest bezpieczniejsza (z każdą kolejną stroną rośnie prawdopodobieństwo popełnienia błędu), bardziej elegancka, lapidarne sądy uderzają mocniej. A jednak wydaje się, że niektóre rękawice, jakie rzuca nam rzeczywistość, jest w stanie podnieść tylko makropowieść.
W drugiej części 2666 znajdziemy instruktywne przemyślenie na ten właśnie temat. Przypadkowo usłyszane nazwisko Georga Trakla nasuwa Amalfitano na myśl pewną aptekę w pobliżu swojego mieszkania w Barcelonie, gdzie często kupował dla żony leki. „Jednym z pracowników był młodziutki, chudy jak szczapa aptekarz w wielkich okularach, który w czasie nocnego dyżuru zawsze czytał jakąś książkę. Pewnej nocy Amalfitano, chcąc coś powiedzieć, kiedy chłopak przeszukiwał regały, zapytał go, jakie książki lubi i jaką książkę akurat czyta. Aptekarz odpowiedział, nie odwracając się, że lubi książki w rodzaju Przemiany, Bartleby’ego, Czystego serca, Opowieści wigilijnej. A potem powiedział, że właśnie czyta Śniadanie u Tiffany’ego Capote’a. Pomijając to, że Czyste serce i Opowieść wigilijna to, jak wskazywał ostatni tytuł, opowiadania, a nie całe książki, pouczający (revelador) okazał się gust młodego, oczytanego aptekarza, który w poprzednim życiu był może Traklem, albo któremu jeszcze w tym życiu mogło być przeznaczone pisać wiersze tak pełne rozpaczy jak jego daleki austriacki kolega, i który wyraźnie i bezdyskusyjnie przedkładał dzieła mniejsze (la obra menor) nad większe (la obra mayor). Wybrał Przemianę zamiast Procesu, Bartleby’ego zamiast Moby Dicka, Czyste serce zamiast Bouvard et Pécuchet, Opowieść wigilijną zamiast Opowieści o dwóch miastach albo Klubu Pickwicka. Co za tragiczny paradoks (Qué triste paradoja), pomyślał Amalfitano. Nawet oczytani aptekarze nie mają już dziś odwagi zmierzyć się z wielkimi, niedoskonałymi, nawałnicowymi dziełami (las grandes obras, imperfectas, torrenciales), które torują drogi w nieznane. Wybierają doskonałe palcówki wielkich mistrzów. Albo, co na jedno wychodzi, chcą obserwować wielkich mistrzów w czasie ćwiczeń fechtunku, ale nie chcą nic wiedzieć o prawdziwych bojach, kiedy wielcy mistrzowie walczą z tym czymś, co nas wszystkich przeraża, co nas zastrasza i bierze na rogi, i leje się krew, pojawiają śmiertelne rany i odór” Celina Manzoni, krytyczka literacka, nadała przygotowanej przez siebie antologii tekstów poświęconych pisarzowi dość znamienny tytuł: Roberto Bolano. La literatura como tauromaquia (Buenos Aires: Corregidor, 2002), czyli – literatura jako walka byków.
 
Kiedy zastanawiam się, które wielkie boje stoczone w ciągu ostatnich dwóch dekad mają szansę przetrwać próbę czasu (zdając sobie sprawę z punktowego charakteru tego typu rozważań: zbyt wiele zależy od kontyngencji naszych lektur, wynikającej z ograniczonej znajomości języków, kultur i środowisk, a także, oczywiście, mniej lub bardziej arbitralnych i przypadkowych decyzji wydawców), a zatem, które makropowieści mają szansę stać się w przyszłości klasykami przełomu naszych wieków, do głowy przychodzą mi (tylko? aż?) cztery. Po pierwsze The Border Trilogy (Trylogia pograniczna, 1992-1998) Cormaca McCarthy’ego (1056 stron), po drugie Infinite Jest (Nieskończony żart, 1996) Davida Fostera Wallece’a (1104 strony), po trzecie Tu rostro manana (Twoja twarz jutro, 2002-2007) Javiera Maríasa (1336 stron), po czwarte wreszcie 2666 (2004) Roberta Bolano (1126 stron). Każde z tych dzieł jest niczym gigantyczny pałac o tysiącu wejść i tysiącu wyjść. Nie wiemy, jakimi drogami podąży sztuka powieści kolejnych wieków, wolno jednak przypuszczać, że o ile strumień wciąż będzie wypływał ze źródła (Cervantes, Sterne, Flaubert, Stendhal, Dostojewski, Tołstoj, Melville, Conrad …), o tyle zawsze znajdą się „pokolenia ludzi, powodowane rozmaitymi racjami, które będą je czytać z góry przyjętym zapałem i z tajemniczą lojalnością, jakby na ich stronicach wszystko było zamierzone, nieuniknione, głębokie jak kosmos i dające się nieskończenie interpretować” (Jorge Luis Borges).


Wszystkie cytaty z książek Roberta Bolano podaję według następujących wydań: La literatura nazi en América, Barcelona: Seix Barral, 1996; Gwiazda daleka, przeł. C. Marrodán Casas, Warszawa: Muza, 2006; Llamadas telefónicas, Barcelona: Anagrama, 1997; Los detectives salvajes, Barcelona: Anagrama, 1998; Amuleto, Barcelona: Anagrama, 1999; Monsieur Pain, przeł. A. Topczewska, Warszawa: Muza, 2007; Chilijski nokturn, przeł. A. Topczewska, Warszawa: Muza, 2006; Los perros románticos, Barcelona: Acantilado, 2000; Tres, Barcelona: Acantilado, 2000; Putas asasines, Barcelona: Anagrama, 2001; El gaucho insufrible, Barcelona: Anagrama, 2003; Entre paréntesis, Barcelona: Anagrama, 2004; 2666, Barcelona: Anagrama, 2004; La Universidad Desconocida, Barcelona: Anagrama, 2007. Co do pozostałych źródeł, to pomijając liczne (rozmaitej jakości) publikacje dostępne w Internecie (zwłaszcza wywiady i recenzje), zadłużyłem się u wielu autorów, w szczególności zaś nie byłbym w stanie napisać tego eseju bez książki Jorge Herralde’a Para Roberto Bolano, Bogota: Villegas Editores, 2005; zbioru studiów krytycznych pod redakcją Edmunda Paz Soldána i Gustava Faverón Patriau, Bolano salvaje, Barcelona: Candaya, 2008;  instruktywnego posłowia tłumaczki Natashy Wimmer „Roberto Bolano and The Savage Detectives” (w: R. B., The Savage Detectives, New York: Picador, 2008); wyboru Exil im Niemandsland. Fragmente einer Autobiographie, przeł. K. Brandt & H. v. Berenberg, Berlin: Berenberg 2008; zbioru wywiadów Roberto Bolano: The Last Interview & Other Conversations, wstęp Marcela Valdes, przeł. S. Perez, New York: Melville House, 2009; oraz artykułów Marceli Valdes i Carmen Boullosa. Zachowując eseistyczny charakter tekstu, rezygnuję z wymieniania wszystkich konsultowanych książek oraz z dokładnego podawania adresów bibliograficznych.




1)  Weźmy choćby casus modnego stylizowania pisarza na czasowo uzależnionego od narkotyków poete maudit: wszystko wzięło się stąd, że w rzekomo autobiograficznym tekście „Playa” (Plaża; pierwodruk w madryckim dzienniku El Mundo w lipcu 2000, przedruk w Entre paréntesis) Bolano opisuje najgorsze lato swego życia – spę-dzone na plaży lato odwyku heroinowego. Zarówno Carolina López, z którą związał się po przyjeździe do Hisz-panii pod koniec lat siedemdziesiątych, jak i znajomi pisarza z tego okresu zaprzeczają jednak, jakoby kiedykol-wiek był uzależniony od narkotyków (co nie znaczy, że nigdy z nimi nie eksperymentował). Skądinąd wiadomo, że od czasu zdiagnozowania nieuleczalnej choroby nie mógł nawet spożywać alkoholu; niezarzuconą namiętno-ścią pozostała jedynie nikotyna.
2)  Chociaż opublikował w tym czasie już kilka mniejszych książek, nowe manuskrypty były regularnie odrzucane. Początek lat dziewięćdziesiątych to złe lata: na ten czas przypada także diagnoza nieuleczalnej choroby oraz decyzja o separacji małżonków.
3)  Choć sam mówił jak zwykle przekornie: „Nie jestem autodydaktą. Wszystko, czego się nauczyłem, nauczyłem się czytając. A czytałem dużo”. (Zazwyczaj nie omieszkał dodać przy tej okazji, że książki kradł, ponieważ nie mógł sobie pozwolić na ich kupowanie.)
4)  Przypomnijmy, że chodzi o rok 1968, kiedy to w stolicy Meksyku doszło do masakry ludności cywilnej podczas demonstracji studenckich na Plaza de las Tres Culturas w dzielnicy Tlatelolco (matanza de Tlatelolco).
5)  Warto przeczytać w tym kontekście opowiadanie El gusano (z tomu Llamadas telefónicas).
6)  Siedem-osiem albo jedenaście, zależnie od konsultowanych dokumentów (a wedle osobliwej pomyłki na skrzy-dełku niemieckiego przekładu La literatura nazi en América – Bolano będzie wielokrotnie z tego żartował – nawet pół roku); dodajmy na marginesie, że zdaniem niektórych „dobrze poinformowanych” osób cała historia jest mitem: Bolano wcale nie był w Chile w czasie puczu. Jako że o wspomnianych wydarzeniach mówią jednak wszystkie dostępne dziś poważne źródła, uznaję ją za prawdziwą; jak było rzeczywiście, dowiemy się zapewne nieprędko, na biografię pisarza trzeba będzie poczekać jeszcze wiele lat.
7)  W wywiadzie z 2007 roku Vargas Llosa mówił o Bolano: „Był prawdziwym objawieniem (una verdadera revela-ción). Czytałem go, zanim umarł, i sądzę, że mieliśmy w nim wielkiego pisarza. Miał wielką ambicję literacką, powieść Dzicy detektywi, mimo całego uznania, nie została dostatecznie doceniona w swojej odwadze i głębi. Książka bardzo dramatyczna, przejmująca, pełna gier i odniesień literackich. Bolano jest jednym z autorów na-szego języka, którzy przetrwają próbę czasu”.
8)  Sam Bolano stwierdził kiedyś, że „żadne inne miejsce nie przypomina kolonii karnej Kafki bardziej niż Ameryka Łacińska”.
9)  W uniwersum Bolano te same postaci przewijają się przez wiele książek na przestrzeni wielu lat. Jednym z naj-bardziej wymownych przykładów może być postać rumuńskiego generała Eugenio Entrescu, opisanego w  ency-klopedycznym apendyksie do książki  La literatura nazi en América. Wszystkie wyszczególnione tam detale będą odpowiadać charakterystyce Entrescu z powieści 2666. Prostytutka Lupe, która pojawia się w Los detectives salva-jes, opowiada dokładnie tę samą historię, o jakiej mówi Lupe z wiersza o tym samym tytule w tomie Los perros románticos. Podobne przykłady można mnożyć.
10)  Książka początkowo miała nosić tytuł Tormentas de mierda (Nawałnice gówna), jednak wydawca i przyjaciele zdołali wyperswadować autorowi ten pomysł. Powieść nawiązuje formalnie do Upadku Alberta Camusa (pozycji niezwykle ważnej w literackiej biografii Bolano), a bezpośrednim impulsem do jej napisania były dwie mające dość burzliwy przebieg (wielu autochtonów poczuło się obrażonymi opiniami emigranta) wizyty autora w Chile, jakie miały miejsce pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Relację samego autora znajdziemy w tekstach „Fragmen-tos de un regreso al país natal”(1999) & „El pasillo sin salida aparente” (1999) (w tomie Entre paréntesis).
11)  „Życie to tylko nawias (paréntesis), raczej krótki, pomiędzy jednym wielkim nic i innym wielkim nic (entre una gran nada y otra gran nada).”
12)  Na razie mowa o odnalezionych fragmentach książek pt. Diorama (Diorama) oraz Los sinsabores del verdadero policía o Asesinos de Sonora (Strapienia prawdziwego policjanta albo Mordercy z Sonory; powieść ta przekształciła się prawdopodobnie w czwartą część 2666, o pracy nad nią Bolano wspominał już w listach z 1995 roku), a także pamiętnikach i notatkach.
13)  Twórczość Bolano obejmowała, jak pisał, utwory „rozliczne i zróżnicowane”. Jako że sam autor, podobnie jak jeden z jego faworytów, Georges Perec, uwielbiał różnego rodzaju listy i zestawienia, możemy pokusić się o spo-rządzenie prowizorycznej mapy, wytyczającej pierwszy szlak w uniwersum Chilijczyka. Mogłaby ona wyglądać następująco: na początek opowiadania ze zbiorów Llamadas telefónicas i Putas asesinas, następnie 2666, potem La literatura nazi en América i Los perros románticos, w końcu Gwiazda daleka i Chilijski nokturn (oprócz dwóch ostatnich książek żadna inna nie jest dostępna w języku polskim, wszystkie natomiast ukazały się po angielsku [dwie pierwsze w częściowym wyborze pt. Last Evenings on the Earth, przeł. Ch. Andrews, London: Vintage, 2007]). Właściwie już po pierwszej wiadomo będzie, co jeszcze przeczytamy: wszystko albo nic. Zapytany o wymarzo-nego czytelnika, Bolano powiedział: „Taki, który gruntownie zajmuje się całym dziełem pisarza. Niewybaczal-nym na przykład wydaje mi się przeczytanie tylko jednej książki Camusa. Albo jednej książki Flauberta. Albo Stendhala. Trzeba przeczytać całego Stendhala, trzeba szukać jego książek, zbierać je, pieścić. Innym rodzajem wymarzonego czytelnika jest czytelnik romantyczny, który czyta Wertera a potem strzela sobie w łeb; albo który czyta Kerouaca i kończy w deszczu na szosie, łapiąc okazję; albo który czyta Philipa K. Dicka i zaczyna knuć mroczne spiski. Choć to idzie już może zbyt daleko. Nie chciałbym, żeby moi czytelnicy cierpieli. Nie chciałbym, żeby umierali młodo”.
14)  Oryginał hiszpański ukazał się w roku 2004 nakładem wydawnictwa Anagrama, zaraz potem rozpoczęły się prace translatorskie: włoski przekład książki wyszedł w dwóch tomach w latach 2007-2008 (w 2009 wydanie jednotomowe) w wydawnictwie Adelphi (tłumaczyła Ilide Carmignani), amerykański (kaseta trzytomowa oraz wydanie jednotomowe) w 2008 w wydawnictwie Farrar, Straus & Giroux (tłumaczyła Natasha Wimmer), francu-ski w tym samym roku w wydawnictwie Christian Bourgois (tłumaczył Robert Amutio), niemiecki rok później w Hanserze (tłumaczył Christian Hansen). W tymże roku ukazał się także przekład holenderski w wydawnictwie Meulenhoff (tłumaczyły Aline Glastra van Loon & Arie van der Wal) i portugalski w Quetzal (tłumaczyli Cristina Rodriguez i Artur Guerra).
15)  Czy gdyby powieść Dzicy detektywi została opublikowana dopiero po śmierci autora, pyta retorycznie Ignacio Echevarría, nie wzbudziłaby równie fantastycznych spekulacji co do swej rzekomej niedokończoności?
16)  Efekty długoletnich dociekań Rodríguez zawarł w książce Huesos en el deserto (Kości na pustyni, 2002), której przygotowanie przypłacił nieomal śmiercią (został porwany i brutalnie pobity, prawdopodobnie nie zamordo-wano go tylko dlatego, żeby nie nadawać sprawie jeszcze większego rozgłosu). Według opublikowanego w roku 2007 raportu organizacji Reporterzy bez Granic Meksyk zajmuje drugie miejsce po Iraku jako najniebezpieczniej-sze miejsce dla dziennikarzy. W języku polskim dostępna jest raczej przeciętna książka reportażowa Marca Fer-nandeza i Jeana-Christophe Rampala, Miasto – morderca kobiet, przeł. J. Kurska, Warszawa, W.A.B., 2007 (org. 2005).
17)  Ciudad Juárez to miasto położone w północnym Meksyku, w stanie Chihuahua, tuż przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi (naprzeciwko El Paso w Teksasie). Liczba mieszkańców wynosi obecnie około 1,4 mln, jednak wciąż rośnie, ponieważ migrantom z ubogich rejonów kraju miasto jawi się mimo zagrożeń jako ziemia obiecana; bliskość granicy sprawia, że swoje fabryki-montownie (tzw. maquiladores) przeniosło tu wiele amerykańskich firm, mogących przebierać w dobrych pracownikach za grosze (poniżej 50 centów za godzinę). Wyjątkowo bru-talne kobietobójstwa (feminicidios) rozpoczęły się według oficjalnych oświadczeń w styczniu 1993 roku i nie skoń-czyły po dzień dzisiejszy. Ze względu na pokrętną politykę informacyjną nikt nie zna dokładnych danych, ani nie wie, ile kobiet (głównie młodych dziewczyn i małych dziewczynek z ubogich rodzin) zamordowano przez ostat-nie siedemnaście lat; ostrożne oceny mówią o ponad czterystu zabójstwach. Wśród przyczyn mających wytłuma-czyć zbrodnie wymienia się powszechny mizoginizm, przyzwolenie na przemoc, biedę, wszechobecną korupcję policji i polityków, przygraniczny handel narkotykami i wojny gangów (narcos).  Prawdopodobnie wszystkie są prawdziwe. Oczywiście chwytliwe tytuły prasowe w rodzaju „W Juarez każdy może bezkarnie zabić kobietę” (Rzeczpospolita z 3 stycznia 2008) są mylne i fałszywe, ponieważ rzecz właśnie w tym, że bezkarnie zabijać kobiety mogą tylko niektórzy (nie jest tak, że brak wyroków skazujących: więzienia wciąż się zapełniają), nie wiadomo tylko, kim są owi stojący ponad prawem sprawcy.
18)  Testimonialny charakter swego pisarstwa podkreśla Bolano w mowie z okazji przyznania Premio Rómulo Gal-legos w Caracas, gdzie wspomina, że „wszystko, co napisałem, jest listem miłosny czy  listem pożegnalnym (una carta de amor o de despedida) do mojej generacji”. Dodajmy do tego niezwykłe na pierwszy rzut oka wyznanie: „O wiele chętniej niż pisarzem chciałbym być detektywem, który wyjaśnia morderstwa. Policjantem, który wyjaśnia morderstwa, kimś, kto całkiem sam, w nocy, wraca na miejsce przestępstwa i nie boi się duchów”. Słowa te staną się bardziej zrozumiałe, jeśli dodamy do nich konstatację z jednego z esejów, wedle której „zbrodnia zdaje się symbolem (el símbolo) XX wieku”. Roberto el Tira (przypominają się słowa Chandlera o Marlowie: „I see him always in a lonely street, in lonely rooms, puzzled but never quite defeated”), pisarz-detektyw: wskazuje to, jak mi się wydaje, na dwie istotne rzeczy – po pierwsze że literatura jest niebezpieczną namiętnością (dobra literatura powstaje, mówi w Caracas, gdy autor „potrafi włożyć głowę w ciemność, skoczyć w pustkę”, gdy wytrzyma „wędrówkę po skraju przepaści: po jednej stronie ziejąca głębia, po drugiej roześmiane twarze tych, których ko-chamy, książki, przyjaciele, jedzenie”), po drugie że właśnie jednostka, każdy odważny człowiek, zawsze może coś zmienić, niezależnie od zła, z jakim przychodzi mu się zmierzyć.
19)  Dodajmy, że nie ma on raczej nic wspólnego z chłopcem o tym samym imieniu, który pojawia się w opowiada-niu „Prefiguración de Lalo Cura” (z tomu Putas asesinas). Co ciekawe, mamy tu do czynienia z niezwykle znaczą-cym imieniem i nazwiskiem, bowiem jego homonim, czyli słowo la locura, oznacza szaleństwo.
20)  Staroangielska inskrypcja na nagrobku Borgesa „And ne forhtedon na” z wiersza opisującego bitwę pod Mal-don oznacza „I niech będą bez trwogi”.